Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jestem jedną z was

Małgorzata Buczkowska

Jedna z najzdolniejszych aktorek pokolenia 30-latków. Znana najbardziej z filmów "Kołysanka" Juliusza Machulskiego i "Statyści" Michała Kwiecińskiego. Mężatka, ma dwoje dzieci.

Reklama

Pierwsze skojarzenie - seksowna fruwająca sukienka. A zaraz potem myśl: jaka to była jednak tragiczna postać... Miała w sobie tyle ciepła i słodyczy. Tylko że mężczyźni, których kochała, nie byli w stanie przyjąć takiej dawki miłości. Myślę, że Marilyn byłaby cudowną matką, bo tylko dziecko można kochać bezgranicznie, nie bojąc się, że ta miłość cię spali. Wiemy, że chciała być matką i stworzyć dom. A natura jej na to nie pozwoliła. Za to obdarowała ją urokiem osobistym, który niesamowicie działał na mężczyzn.

Każda kobieta marzy o tym, żeby mieć choć cząstkę tej kokieterii. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, jak można żyć, będąc dla całej męskiej populacji mrocznym przedmiotem pożądania. Ona wchodziła w tę rolę, ale cierpiała, bo przecież każda z nas chce być doceniana za to, co potrafi, za to, kim się dzięki ciężkiej pracy staje, a nie za to, jak wygląda. Na co dzień nikt nie liczył się z jej emocjami, a przecież mało kto w swoim zawodzie musi tak się obnażać.

Trudno uwierzyć, ale Norma Jeane Baker nie od razu była sexy, nie od razu skupiała na sobie uwagę mężczyzn, nie od razu była synonimem grzechu i tym samym swoim pojawieniem stanowiła zagrożenie dla innych kobiet.

Ludzie na ogół łatwo zapominają, że aktor jest tylko człowiekiem, a nie maszynką do grania, którą można wyłączyć tak jak telewizor. Marilyn zdawała sobie sprawę z tego, jaką cenę płaci za popularność. Próbowała psychoterapii, która teraz dla aktorów jest czymś oczywistym i przestaje być, nawet w Polsce, tematem wstydliwym. Nikt jej jednak nie potrafił pomóc.

Dziś już wiemy, jak się może skończyć leczenie depresji alkoholem i środkami nasennymi. Najważniejsze w zawodzie aktora to utrzymanie równowagi psychicznej. Ja po trudnym dniu na planie filmowym ćwiczę izometrię i lekkoatletykę. Do upadłego. Wysiłek fizyczny jest najlepszym remedium na zmęczenie psychiczne. Mam też oparcie w najbliższych.

Zanim wyszłam za mąż i urodziłam dzieci, bałam się, że rodzina, wprowadzając w moje chaotyczne życie stabilizację, zrujnuje karierę. Stało się wręcz przeciwnie. Wracam do domu i odnajduję grunt pod nogami. Mam dla kogo żyć. Marilyn miała wszystko, oprócz tego co najważniejsze: ciepłego domu, do którego wraca się z radością.

Olga Bołądź

Ma 26 lat. Gra w "Czasie honoru", doskonałe recenzje zebrała po roli Basi w "Skrzydlatych świniach" w reżyserii Anny Kazejak. Ostatnio pojawiła się jako Agata Mróz-Olszewska w telewizyjnym filmie "Agata" Anny Pluteckiej-Mesjasz.

Nie jestem wielką fanką Marilyn. Słodki uśmiech, buzia, obcisłe sukienki, kokieteria, seksapil robią wrażenie, ale to nie jest typ kobiecości, który mi odpowiada. Choć doceniam, że potrafiła wykorzystywać swoją fizyczność i aurę seksualną do osiągania celów. To, co na pewno łączy mnie z Marilyn, to marzenia i ambicja. Ona wciąż chciała być lepsza, ja też. Marilyn miała 26 lat, gdy wystąpiła w "Niagarze" Henry'ego Hathawaya - swoim pierwszym ważnym filmie.

Ja mam dziś tyle samo i właśnie zagrałam trudną i dramatyczną rolę w filmie biograficznym o Agacie Mróz-Olszewskiej. Z drugiej strony widzę w Marilyn kobietę zagubioną w świecie, w którym przecież odniosła sukces. Mimo że była gwiazdą, to nadal szukała następnego uzależnienia - mężczyzn. Otaczała się nimi jak planeta satelitami. Potrzebowała nieustannie ich spojrzeń, adoracji, ale wciąż pragnęła czegoś więcej.

Pierwszy mąż - sąsiad - chciał zamknąć ją w klatce. Nie rozumiał i nie akceptował jej aspiracji. Drugi - bejsbolista Joe DiMaggio - był krokiem w przód. Na pewno mieli genialny seks, chodzili na przyjęcia, bawili się. Ale ona marzyła o czymś więcej. Jakiejś umysłowej stymulacji. Czy bejsbolista mógł ją zapewnić? Nie wiem, poza tym był o nią strasznie zazdrosny.

Jadłam kiedyś lunch w hotelu w Los Angeles, w którym - według miejscowej legendy - Marilyn spotykała się ze swoimi kochankami. Podobno pewnego dnia do jednego z apartamentów wpadł DiMaggio i zaczął wściekle okładać kijem bejsbolowym łóżko. Jakaś staruszka dostała zawału serca, a Marilyn, która była w pokoju obok, zdążyła uciec. Nic dziwnego, że po zakończeniu takiego związku szukała kogoś, kto podaruje jej spokój.

Związała się z intelektualistą Arthurem Millerem. Ale kolejny raz się nie udało. Ja jestem typem samotnika, nie przeglądam się w partnerach jak w lustrze, czuję się wolna. Może Marilyn w latach 50. nie miała szans na taką wolność?

Małgorzata Domagalik

PANI 2/2011

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje