Przejdź na stronę główną Interia.pl

I zdarzył się cud

Delikatne dłonie, nieśmiały uśmiech. Taka jest kobieta, która podjęła się rzeczy niewyobrażalnie trudnej - założyła fundację opiekującą się umierającymi dziećmi. Nie zrobiła tego z dobroci serca. Pewnej nocy, siedząc przy łóżku chorego synka, umówiła się z Bogiem: "Jeśli ty uratujesz moje dziecko, ja będę pomagać innym". Gajusz wyzdrowiał, a Tisa Żawrocka dotrzymała słowa. I nawet przez moment nie myślała, na co się porywa. Zdrowy rozsądek to ostatnie, czym się kieruje.

Ciepłe żółte światło przebija przez matową szybkę w drzwiach. Daje poczucie przytulności, bezpieczeństwa. Za tymi drzwiami hospicjum dla dzieci, dla których los był wyjątkowo bezwzględny. Nie mają szans na życie i nie ma koło nich bliskich. Są sierotami albo ich rodzice poddali się, zrzekli praw. Hospicjum więc to jedyny dom, jaki będą miały. Dom wyjątkowy, nazywany Pałacem. Są tu kolorowe meble na giętych nogach, krzesła, fotele ze "staroci", stoliczki, kredensy, półeczki. W pokoju przeznaczonym dla dziewczynki nad łóżkiem wisi złoty baldachim.

Reklama

Pałac działa od wczoraj i ma już pierwszego pacjenta. Urodził się i został przyjęty w piątek, więc nazwano go Piętaszkiem. Przyszedł na świat w siódmym miesiącu, kiedy jego płuca i oskrzela nie mogły prawidłowo pracować. Do tego problemy z układem pokarmowym. Rodzice zostawili go w szpitalu. Żyją w biedzie, nie stać ich na opiekę nad tak chorym dzieckiem.

Piętaszek pół roku spędził w izolatce, bo każda infekcja mogła go zabić. A teraz fika nogami i rozgląda się dookoła. Czarne mądre oczy, ciemne włoski, Kubuś Puchatek na śpiochach. Kiedy się nad nim nachylam, mocno chwyta mój palec i próbuje podciągnąć główkę. Tylko respirator i rurki przypominają o tym, w jak ciężkim jest stanie.

Patrzę na Tisę pytająco, bo przecież niejeden taki przypadek widziała. Kiedy wychodzimy na korytarz, pytam tylko: - Da radę?. Tisa mówi krótko: - Da. Podleczymy go i oddamy do adopcji zagranicznej. Tak chorym dzieciom trudno znaleźć dom w Polsce.

A może babcia chłopca, która wciąż się waha, weźmie wnuka do siebie? A może zdarzy się cud? To o nim mamy rozmawiać. Bo od cudu wszystko się zaczęło.

Siedemnaście lat temu lekarze zdiagnozowali u pani synka złośliwego raka. Co w takiej chwili czuje matka?

Tisa Żawrocka: - Kiedyś próbowałam ten czas opisać. Okazało się, że najtrudniejsze momenty wyrzuciłam z głowy. Na tym chyba polega mądrość naszego mózgu. Bo gdy się dowiadujesz, że twoje dziecko umiera, najpierw jesteś w szoku, a potem, żeby nie zwariować, odcinasz emocje. Kiedy mija szok, budzisz się w nowej rzeczywistości, do której zdążyłaś przywyknąć, i po prostu działasz.

- Ja jak przez mgłę pamiętam zieloną torbę, w której zawieźliśmy dziewięciodniowego Gajusza na izbę przyjęć, i słowa pielęgniarki: "Mamy dziecko w ciężkim stanie". Zupełnie nie odniosłam tego do synka. Za chwilę byliśmy na rentgenie. Aparat do prześwietlenia noworodka wyglądał jak przezroczysta rura, którą z trudem się rozchylało. Dziecko wieszało się na haku, z rękami skrępowanymi u góry. Jeszcze nazwa - Bobix.

- Zapadła diagnoza: obustronne zapalenie płuc. Syn dostał antybiotyki, wyzdrowiał, wróciliśmy do domu. I znowu pogorszenie. Więc był oddział siódmy - czyli onkologia dziecięca - w szpitalu na Spornej, sala ósma. Lekarze wiedzieli, co dzieje się z moim dzieckiem, ale mówili językiem, którego nie rozumiałam. Bo co to jest choroba rozrostowa? Nie brzmi groźnie. Jeszcze się łudziłam. A przecież to był rodzaj białaczki, szpik Gajusza nie produkował granulocytów. Przeszczep od nikogo z rodziny nie wchodził w grę, przeszczepu od osób niespokrewnionych wtedy jeszcze nie wykonywano.

- Czułam niewyobrażalną rozpacz, bezsilność i poczucie winy. Bo Gajusz, moje trzecie dziecko, był wpadką. Dowiedziałam się, że jestem w ciąży, a ja przecież zamierzałam rozstać się z jego ojcem, inaczej układać życie. Teraz bałam się pustki, która zostanie po synku. Nie umiałam sobie wyobrazić mojego życia bez Gajusza za tydzień, miesiąc, rok.

To wtedy postanowiła pani wytargować jego życie u Boga?

- W sali naprzeciwko leżała Paulinka. Umierała na białaczkę. Dziwiło mnie, że nikt jej nie odwiedza. Okazało się, że jest z domu dziecka. Odeszła koło Bożego Narodzenia. Potem przypadkowo usłyszałam od salowej: "A wie pani, że ta mała łapała za rękę każdego, kto się nad nią pochylał. Z bólu szczypała tak, że zostawał ślad". To nie dawało mi spokoju.

- Którejś bezsennej nocy, siedząc przy łóżku Gajusza, pomyślałam: "Jeśli mój syn wyzdrowieje, obiecuję ci, Boże, że żadne dziecko nie będzie umierało w samotności". Następnego dnia szok: wyniki syna były dobre. Przez chwilę żyliśmy normalnie, a potem znów pogorszenie. Wróciliśmy do szpitala, a ja przypomniałam sobie o przyrzeczeniu. Już wiedziałam, że stworzę fundację.

- Ze szpitala wypisali nas wiosną. Żeby wynagrodzić starszej córce i synowi rok, przez który walczyłam o Gajusza, wyjechaliśmy całą rodziną na wakacje do Małego Cichego. To było akurat lato, kiedy zdarzyła się "powódź tysiąclecia". Byliśmy odcięci od świata, nie mogłam zrobić Gajuszowi badań. Ale ufałam, że jest dobrze. I było.

- We wrześniu 1997 roku złożyłam w sądzie papiery potrzebne do rejestracji fundacji. Nazwałam ją Gajusz. Dwa lata później powstało hospicjum domowe, które opiekuje się dziećmi w ostatnich miesiącach życia. Mogą je spędzić we własnych pokojach i łóżkach. To znacznie lepsze niż szpitalny oddział.

- Dziś zbieramy również pieniądze z jednego procenta na subkonta podopiecznych, wysyłamy dzieci na leczenie zagraniczne, organizujemy przeszczepy, pomagamy na oddziale onkologii, planujemy pierwszy w Polsce oddział perinatologii. Będzie miał pod opieką kobiety, które zdecydują się urodzić dzieci z wadami uniemożliwiającymi im przeżycie. Prowadzimy dla studentów zajęcia z opieki paliatywnej, spełniamy marzenia chorych dzieci.

Czy Gajusz wie, jak dużo dobrego stało się dzięki temu, że wyzdrowiał? Ma świadomość, że fundacja jemu zawdzięcza powstanie?

- Staram się na to uważać, bo przecież nie jest żadnym zbawicielem. Zresztą taka świadomość mogłaby być dla niego ciężarem. Zaskakuje mnie, bo w każdym innym aspekcie życia jest typowym 17-latkiem, który podważa wszystko. Daj mu mapę nieba, a odda ci poprawioną. Tylko do spraw fundacji podchodzi bez żadnego "ale". Kiedyś przyszedł ze szkoły z szóstką z wypracowania. Miał napisać o osobie, którą najbardziej podziwia. Napisał o mnie, a przecież wciąż słyszę, jaka jestem beznadziejna, jak się na niczym nie znam...

- Czasem trudno mi w to uwierzyć, że Gajusz ma dwa metry wzrostu. Przecież to wszystko zdarzyło się tak niedawno. Ma też mocny charakter. Tak jakby przeżycia z dzieciństwa, których oczywiście nie pamięta, na niego wpłynęły. Razem z naszymi podopiecznymi otwierał Pałac. Dał mi do zrozumienia, że sam zdecyduje, jakie przemówienie trzeba w takiej chwili wygłosić. Przecinając wstęgę, powiedział: "Przy tym Pałacu pałac Poznańskiego, czyli bogatego łódzkiego fabrykanta, może się schować". Uznałam, że to OK.

Przez te wszystkie lata spłaciła pani swój dług z nawiązką. Nie ma pani dość bólu, łez, rozpaczy?

- Prawdziwa tragedia dotyka rodziców, których dziecko odchodzi. Na przykład dziś byłam na pogrzebie Jasia. Choć przeżył kilka godzin, jego mama zdecydowała się go urodzić, chciała przytulić swoje dziecko, ochrzcić, a potem się z nim pożegnać. Mimo że słyszała od lekarzy ginekologów, że "to" nie ma żadnych szans. To ona jest bohaterką, nie ja.

- Wspaniale i precedensowo zachował się szpital im. Madurowicza, w którym Jaś przyszedł na świat. A moja rola sprowadza się do pomocy. No i mam wokół siebie ludzi, którzy to ułatwiają: lekarzy, pielęgniarki, pracowników socjalnych, wolontariuszy. Do mnie należy zdobywanie pieniędzy, walka w urzędach.

- I nie jest tak, że zajmujemy się tylko śmiercią, bo na onkologii dziecięcej widziałam niejeden cud. Na przykład Weronika. Miała guz mózgu w takim miejscu, że lekarze, kładąc ją na stół operacyjny, dawali dwa procent szansy na przeżycie. Dziewczynka żyje. Albo Iwo, który też wywinął się śmierci. Zagrał z Darkiem Basińskim z kabaretu Mumio w naszym spocie telewizyjnym. Jasne, że kilka razy chciałam odejść, bo czułam się wypalona, zmęczona. A potem los decydował, że jednak mam działać. Na przykład Pałacu nie byłoby bez Pawełka.

Dlaczego był aż tak ważny?

- Chorował na rdzeniowy zanik mięśni, ale umysłowo był sprawny. Jego matka, prostytutka, przyjmowała klientów w pokoju za ścianą. Chłopiec był pod naszą opieką, jednak to się nie sprawdzało. Na przykład dzwonił do wolontariuszy, że ma wysoką gorączkę, ale nie może pójść do kuchni po lekarstwa. Kiedy oni przyjeżdżali, matka ich nie wpuszczała. Któregoś razu Pawełek zachorował na zapalenie oskrzeli. I umarł w ciągu dwóch godzin. Jestem pewna, że nie chciał żyć, bo nie było dla niego perspektyw.

- To wtedy zdecydowałam, że dla takich dzieci musi powstać specjalne miejsce, czyli hospicjum stacjonarne. Taki dom na ostatnią drogę życia. Wydawało mi się, że to projekt sensowny i potrzebny. Przeliczyłam się - oprócz zrujnowanego budynku nie dostałam od władz miasta nic.

Pałac jednak powstał.

- W dużej mierze dzięki więźniom. Przypomniałam sobie, że moja ulubiona bohaterka Scarlett O’Hara też zatrudniała więźniów. Dwa i pół roku temu zadzwoniłam więc do dyrektora aresztu śledczego w Łodzi i powiedziałam, o co chodzi. W ciągu trzech dni przysłał mi ekipę ośmiu mężczyzn. Zaczęli od skuwania tynków, zdzierania podłóg. A my z moimi dziewczynami zaczęłyśmy dzwonić.

- Na Pałac złożyło się pięciuset darczyńców, od firm przez prywatne osoby. Wpływały też pieniądze z jednego procenta. Masakryczny był dla nas zwłaszcza styczeń tego roku. Kasa pusta, więc wystąpiliśmy o kredyt. Dzień przed podpisaniem dokumentów okazało się, że potrzebny jest zastaw. Zdecydowałam, że zastawem będzie moje mieszkanie. Może to głupie posunięcie. Ale co miałam zrobić? Dach był dziurawy, nie mogłam dopuścić do tego, żeby nas zalało!

Nie miała pani bezsennych nocy, że naraża rodzinę?

- Nie, nie miałam. 

Dowiedz się więcej na temat: hospicjum | chore dziecko

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje