Przejdź na stronę główną Interia.pl

Gra o siebie

Na początku prawie zawsze jest fantastycznie. Ryzyko, zabawa, pierwsza wygrana i wielkie emocje. Ale gdy koło fortuny przestaje sprzyjać, zaczynają się długi, niespłacane kredyty i kłamstwa. Podwójne życie, podwójna moralność. Uzależnieniu od hazardu ulega dziś coraz więcej kobiet. Ilona, Marta i Barbara opowiadają o tym, ile straciły przez nałóg, i co zrobiły, by znów wrócić do życia.

Baśka pierwszy raz znalazła się w kasynie, żeby odreagować problemy w pracy. Szef wezwał ją na dywanik: „Pani Barbaro, w jakiej sytuacji pani nas stawia?! – rzucił notesem o biurko. – Jesteśmy w połowie ważnego projektu, a pani taki numer wykręca?! Nie poprowadzi pani tej budowy w takim stanie, nie ma mowy!”. To sytuacja sprzed roku. Barbara miała wtedy trzydzieści dwa lata, pierwszą pracę i lekko zaokrąglony brzuch. – Byłam kierownikiem jednego z zespołów realizujących wielką inwestycję. Prestiżowy projekt, duże wyzwanie. Chciałam pracować, ile się da, a po porodzie szybko wrócić – opowiada. Tydzień później usłyszała od szefa: „Zastąpi panią kolega, proszę mu przekazać sprawy”. A po macierzyńskim? „No cóż, sama pani rozumie, że nie będzie do czego wracać...”.

Pierwszy raz

Reklama

Nie rozumiała: przecież miała dyplom inżyniera z dobrej uczelni, duże ambicje, dobrą opinię. Mąż, nauczyciel angielskiego, chwalił się nią przed kolegami. – Zastanawiałam się, jak mu powiedzieć, że moja kariera w firmie właśnie się skończyła – wspomina. – Najpierw zadzwoniłam do przyjaciółki. Monika zarządziła: „Zabieram cię na fajną kolację, pogadamy”. Zawiozła mnie do klubu sąsiadującego z kasynem. Kelner przywitał ją jak stałą klientkę. Wiedziałam, że Monika czasem gra w ruletkę. „Może i ja dziś spróbuję? – pomyślałam. – A co tam, tylko raz, dla poprawy nastroju...”. Przyjaciółka puściła oko: „Chcesz? Naprawdę? Fajnie! Za pierwszym razem zawsze się wygrywa, wiesz?”.

Miałam sto złotych. Zapłaciłam za taksówkę, zostało osiemdziesiąt. Obstawiłam kilka liczb na kole. Wygrałam dwieście dwadzieścia! Od razu poczułam się lepiej! Chciałam grać dalej, ale przy stole dwóch mężczyzn paliło cygara. Rozsądniej było skończyć, ze względu na dziecko nie powinnam wdychać dymu. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy w kasynie użyłam zdrowego rozsądku. I gdy wychodząc, miałam pieniądze na powrót do domu.

Pożyczka na szczęście

Mąż ją wspiera: „będzie dobrze”, przyjaciółka doradza podanie pracodawcy do sądu, tata kiepsko kryje rozczarowanie: „Co, już po karierze?”, mama chlipie do telefonu: „Córeńko, i co ty teraz zrobisz?”. Baśka chodzi po domu z napuchniętymi oczami. – Powtarzałam sobie: jestem beznadziejna, dlaczego nikt we mnie nie wierzy? Potrzebowałam pocieszenia, ale wszyscy mnie drażnili.

Pojechałam znowu do kasyna. Sama, Monika nie miała czasu. I znów zagrałam w ruletkę. Tym razem kulka wpadła w złe pole. Drugi raz, trzeci, czwarty – to samo. Baśka przegrała dwieście złotych. Z bankomatu wzięła kolejne pięćset. – Usprawiedliwiałam się: na zakupach i tak wydałabym więcej. Tego wieczoru obstawiła jeszcze sześć razy. Przegrała wszystko. – Byłam wściekła – wspomina. – Powtarzałam w myślach: „Wrócę i odegram się! Zobaczycie!”. Kto miał zobaczyć? Prezes, jej następca, a może tata, który każdą rozmowę zaczynał teraz od słów: „I co, znalazłaś już jakąś nową pracę?”.

Po kolejnej takiej rozmowie Baśka znów poszła zagrać. Wygrała tysiąc złotych i poczuła, że jest wielka. Że poradzi sobie i z pracą, i z ojcem. Dzień później straciła całą sumę. – Nie mogłam tego tak zostawić – opowiada. – W tajemnicy przed mężem złożyłam wniosek o większy limit debetowy. Jako alibi dla wieczornych wyjść wymyśliłam bajeczkę o kursie hiszpańskiego. Kupiłam nawet książki. W samochodzie odginałam kolejne kartki, pozorując, że używam podręcznika. Grałam teraz regularnie dwa razy w tygodniu – mówi Baśka. Przy stole nie zawierała znajomości. – Nie chciałam mieć nic wspólnego z nałogowcami – tłumaczy. – Przecież ja byłam tam tylko przypadkiem. Odkuję się i zajmę swoimi sprawami – wmawiałam sobie. Wkrótce wzięła pożyczkę, żeby spłacić wysoko oprocentowany debet.

Mąż zaczął coś podejrzewać. Kiedyś zauważyła, jak ukradkiem wąchał jej ubranie. Wyczuł papierosy, cygara? Z „hiszpańskiego” przepisała się na „basen”. Karnet „open”. Mogła teraz wychodzić o dowolnej porze. Po powrocie natychmiast brała prysznic, zmywała z włosów i skóry zapach kasyna. Jednego zmyć się nie dało. Wyrzutów sumienia. – Rosły z moim brzuchem – mówi Basia, patrząc w podłogę. – Nie zarabiam, a tyle straciłam. Przecież przydałoby się na dziecko. „Jestem okropna! Jestem głupia! Przegrywam za karę!”, mówiłam do siebie w myślach. Faceci, którzy palili przy ruletce, przestali mi przeszkadzać.”

Jeszcze wygram!

Baśka jest w siódmym miesiącu ciąży. Nie pracuje. Zarabia tylko jej mąż Jarek. Za to ona ma trzy pożyczki, których nie spłaca. Ostatnią w banku, który daje na dowód osobisty. Nie zauważyła, że mąż stał się przygnębiony, zamknięty w sobie. – Zajmowała mnie gra – tłumaczy. – I kombinowanie, skąd wziąć na nią pieniądze. Zaczęłam okłamywać znajomych: mam już ustawioną nową pracę, świetny kontrakt. Działało. Pożyczali. Miesiąc przed urodzeniem córki, przyjechała do Jarka rodzina ze Stanów. Przywieźli prezenty: elektroniczna niania, ubranka. I złoty łańcuszek z medalikiem, Matką Boską Fatimską.

– Siedzieli tydzień – wzdycha Baśka. – Uziemiona w domu, zamykałam się w łazience i płakałam. Już nie mogłam żyć bez ruletki. Najpierw sprzedała koleżance elektroniczną nianię. Wzięła sto pięćdziesiąt złotych, choć ten model wart był ponad pięćset. Ale wtedy liczyła się już każda setka, którą można obstawić. Wierzyła, że w końcu przyjdzie wielka wygrana, za którą kupi mieszkanie, zatrudni guwernantkę dla córki i zainwestuje we własną firmę. Dwa tygodnie przed porodem Baśka zastawiła w lombardzie część swojej biżuterii. Któregoś wieczoru, szukając w szkatułce kolczyków, trafiła palcami na Matkę Boską: – Wyjęłam medalik, chciałam go schować do portfela. Wtedy usłyszałam: „Nie! Nie to”. W drzwiach sypialni stał mąż.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje