Przejdź na stronę główną Interia.pl

Gen zazdrości

Gwiazda może być tylko jedna

Karolina, żeby wyjść z cienia matki aktorki, wtapiała się w jej świat. Ta sama kariera, upodobania muzyczne, ten sam mężczyzna... Kiedy straciła ciążę, poczuła, jak bardzo potrzebuje prawdziwej mamy. Tylko że wtedy na bliskość między dwiema najbliższymi kobietami było już za późno. - Typowe spotkanie z matką to żadna frajda - opowiada Karolina. - Jeszcze kilka miesięcy temu przed wyjściem do niej mąż jest naburmuszony, obcesowy. Łagodzę: - "Kuba, kochanie, zależy mi, żebyśmy byli u niej jak monolit. Jeśli zobaczy, że jesteśmy pokłóceni, ucieszy się. - Wiem. Przecież idę. Ale nie dajmy się Ulce sprowokować. Nadal uważam, że nasz trójkąt z teściową jest chory".

Reklama

To skomplikowane - przyznaję mu rację w myślach. Były narzeczony mamy jest teraz moim mężem. Ona, kiedyś najważniejsza osoba, dziś traktuje mnie jak rywalkę. I karze. Niby wybaczyła, ale jest czujna, jakby wiecznie widziała we mnie zagrożenie. Że ją przyćmię, ukradnę kawałek życia. Tak jak mężczyznę. Potem siedzimy przy stole we trójkę. Mąż sztucznie radosny, krząta się po domu. Szuka sobie zajęcia. Pomaga opróżnić zmywarkę albo pyta o nowy recital mamy. Trzyma dystans. Ale ona zaczyna spektakl. Kokietuje Kubę: "Co ja bym bez ciebie zrobiła?", kładąc mu dłoń na ramieniu, gdy ten wkręca żarówkę. A ja napinam się, pokazuję, kto tu rządzi. Próbuję skierować rozmowę na moje sprawy.

Opowiadam o moim spektaklu w teatrze w Gdyni. O tym, że może zagram monodram. Chciałabym, by się zainteresowała. Może choć pochwali tiramisu, które zrobiłam? "Za dużo kawy dodałaś", odsuwa talerzyk. A ja czuję się, jakbym startowała w niekończącym się konkursie: jak udowodnić, że jestem fajna?. Ostatnio wypaliłam: "Staramy się z Kubą o dziecko...". Żałowałam już, mówiąc to. Cios w podbrzusze. Mama milczała do naszego wyjścia. - "Co w ciebie wstępuje? - zapytał łagodnie mąż. Co to za sparing? - Trwa całe życie" - odpowiedziałam wściekła.

Dogonić matkę

Byłam szkrabem i chciałam być jak mama. Żyłyśmy we dwie, bo ona, wyzwolona i bezkompromisowa, "pogoniła" ojca. Miałam wtedy trzy lata. Potem pojawiali się przyjaciele domu, dla których traciła głowę. Raz szczęśliwa, raz smutna. Zawsze piękna. Zabierała mnie na spektakle do teatru, gdzie w cekinowej sukience śpiewała niskim głosem Brela. W domu sadzałam misie w półkolu i występowałam przed nimi. Potem wyobrażałam sobie, że biją mi brawo. Wkładałam szpilki i klipsy mamy. Bawiło ją to, czasem brała mnie na kolana przy pianinie i razem na niby grałyśmy. Z czasem, gdy wysłała mnie do szkoły muzycznej, nauczyłam się części jej repertuaru.

Co weekend wpadali znajomi aktorzy, muzycy. Siedziałam na kolanach cioć, patrzyłam, słuchałam, kiedy wymyślali na poczekaniu piosenki albo kołysanki dla mnie. Przynajmniej dla gości byłam maskotką. Kiedyś niechcący podpaliłam choinkę, bo usiłowałam zrobić przedstawienie z magicznymi sztuczkami. Mama nawrzeszczała. Zabiegałam o uwagę, ale ona mi ją dozowała. Potrafiła spędzić cały dzień na wariackiej zabawie. Malowałyśmy żaluzje w kolory tęczy. Albo piekłyśmy ciastka - literki alfabetu. Mama układała napis: "Karolek". Przytulała, śmiała się z moich wygłupów. Przywiozła ze schroniska wymarzonego szczeniaka. Innym razem, odpychająca: "Czy naprawdę nie stać cię na porządek w pokoju?!". I milczenie. A potem znowu odrobina ciepła. W podstawówce też byłam nie taka. Jakbym ciągle próbowała doskoczyć do poprzeczki, którą ustawiała coraz wyżej.

Ona była boska. Prymuska w szkole, teatrze i w życiu. Znałam to z opowieści. A ja? Czwórka z polskiego - słabo. Pamiętam bukiet, jaki robiłam dla wychowawczyni. Źle dobrałam kwiaty: "Nie widzisz, że pąki rozwiną się w różnym czasie?!" - wytknęła. Kiedy indziej miła, bo komplementowali znajomi: "Karolinka śliczna, urocza, rezolutna. Na pewno ma powodzenie. Ula, takiej córki powinnaś pilnować". Fakt. Miałam czternaście lat, ale wyglądałam na osiemnaście. Kiedy koleżanki z klasy zachwycały się durnymi "Crittersami "3, u mnie w domu oglądało się "Podwójne życie Weroniki". One podśpiewywały Roxette, ja ćwiczyłam Janis Joplin. Miałam dorosłą chrypkę, to robiło wrażenie. Ale mama wytykała: "Fałsz, fałsz". "Twój głos jest taki zadymiony...", uśmiechał się Kuba.

Pojawił się w naszym domu przed moją maturą. Czterdziestoparolatek, mało uzdolniony jazzman. Za to obrotny restaurator z Trójmiasta. Mama występowała z recitalem w jego klubie. Zabiegała o względy. Pamiętam, że podczas wspólnego sylwestra w domu pocieszał ją po rozstaniu z kolejnym absztyfikantem. Lubiłam go. Był opiekuńczy. Wpadał na weekend i gotował nam pyszności. Czasem zostawał na kilka dni. Sypiał chyba z mamą, ale ona zbywała mnie: "Przyglądam mu się. Mam do niego ... stosunek przerywany" - żartowała, gdy pytałam, czy to coś poważnego.

Kuba dużo ze mną rozmawiał, opowiadałam mu o swoim chłopaku. Czasem włączaliśmy z Kubą na cały regulator Ulę Dudziak albo Niemena i sprzątaliśmy, kiedy mama była w teatrze. Przyjeżdżał po mnie do koleżanki, u której się uczyłam. Marzyłam o wydziale wokalno-aktorskim, ale zdawałam też na kulturoznawstwo. Mama studziła moje zamiary. Kuba namawiał, żebym startowała na Akademię Muzyczną w Gdańsku. Kupił mi w prezencie dobrej jakości sprzęt audio. Na urodziny - wyjazd na jazzowe warsztaty wokalne. Nauczył mnie prowadzić auto i zapłacił za kurs prawa jazdy. Złapałam się na tym, że bardziej interesował się moimi planami niż mamą. Przestałam wiedzieć, kim jest. Na pewno nie był już facetem mamy.

Mamo, a Kuba i ja...

Nie polowałam. Nie miałam planu uwiedzenia. Kuba mi się podobał, bo był trochę jak tata. Potem kumpel. Mentor. Cudownie było czuć się dla kogoś tak ważnym. Czasem dublowałyśmy się z mamą: w tym samym momencie proponowałyśmy mu obiad albo namawiałyśmy na spacer. Ona żartowała wtedy, że chyba nie jest nam potrzebna. Wydaje mi się, że im nie ułożyło, bo przestał u nas nocować. Był teraz raczej przyjacielem domu. Mama posmutniała, ale nie odniosłam wrażenia, że znowu ma złamane serce. Zresztą miałam dość wglądu w jej życie uczuciowe. "Moje nigdy nie będzie tak wyglądać", to wiedziałam od dawna. Żadnych przelotnych sytuacji. Nie wchodziłam w gówniarskie związki w liceum. Wierzyłam, że kiedy się zakocham, to na całe życie. Opowiadałam o tym Kubie. Dziś wiem, że to była kokieteria. Chciałam, żeby nadal starał się o mnie.

Zawiózł na egzaminy na Akademię Muzyczną, to on, a nie mama, sprawdził wyniki. Denerwował się. Nie miałam wątpliwości, dla kogo jestem ważna. "To była gra wstępna - mówi dziś mój mąż. - Sam nie wiedziałem, jak cię traktować. Bałem się Urszuli". Ja szukałam uwagi Kuby trochę dla sportu. Bo skoro odgrywał rolę w życiu matki, jego sympatia dowartościowywała też mnie. Zresztą z mamą prowadziłyśmy przez lata grę. Zauważała dopiero wtedy, że ma córkę, gdy jej zagrażałam, byłam rywalką. To na nic, myślałam coraz częściej. A Kuba po prostu był.

Nie starałam się, ale on mnie kochał. Chyba. Powiedział to w dość dramatycznych okolicznościach, kiedy razem pojechaliśmy uśpić mojego psa. Mama jak zwykle nie miała czasu. Przytulał, pocieszając, a ja czułam, że to znacznie wykracza poza troskę przyjaciela. Chciałam tego, choć się bałam. Dziś trudno mi to opisać, ale wtajemniczając matkę, oprócz strachu czułam satysfakcję. "Pewnie już dawno domyślasz się, że Kuba i ja...". W wakacje 2005 roku ogłosiłam, że dostałam się na Akademię Muzyczną i że kocham Kubę. "Ulka, to nie wbrew tobie, tak się stało, nie umiemy tego wytłumaczyć" - mówiliśmy jednym głosem. Mama oschle pogratulowała indeksu. Żadnych łez, histerii. Raczej lodowaty spokój. Dopiero kilka dni później otwarcie wypaliła: "Wiążesz się ze słabym frajerem". Co miałam czuć?! Żal i gniew. Jakbym zjadała po matce okruchy. Dla mnie to był kolejny sygnał: "Jesteś gorsza". Ale ja już nie chciałam stawać na głowie, rywalizować.

Wyjechałam na studia i zamieszkałam z Kubą. Na trzecim roku dostałam angaż w teatrze na Wybrzeżu. A z udanym spektaklem dyplomowym przyjechaliśmy nawet do Warszawy. Chciałam, żeby mama zobaczyła, jak radzę sobie w roli rozhisteryzowanej kochanki. Wyłgała się planowanym od dawna wyjazdem z przyjaciółką. Podczas sporadycznych spotkań szukałam porozumienia: "Mamo, marzy mi się spektakl, ty i ja na scenie...", podsunęłam pomysł. Coś jak "Po co są matki" w teatrze u Jandy. "Skoro to zrobili, nie ma co się powtarzać", ucięła. O pracy rozmawia ze mną wtedy, gdy mi się nie wiedzie, kiedy sztuka, w której gram, dostaje fatalne recenzje. "Ona w moim wieku nie zabierałaby się do Witkiewicza...", myślę. Odbiera mi radość grania. Czasem zastanawiam się, czy zostałam aktorką dla niej, czy dla siebie. Przez te siedem lat, kiedy nie mieszkamy razem, mama próbuje udowodnić mi, że Kuba to nietrafiony wybór. "Zobacz, jak on żłopie wino", sięga po różne argumenty. "Wygląda starzej od moich kolegów. Czy on może mieć dzieci?". Potem nadrabia gafę: "Dobrze, że kupił ci auto".

Raz go obraża i deprecjonuje, innym razem kokietuje. Nie powiedziałam jej, że Kuba choruje na cukrzycę, żeby nie był jeszcze większym "frajerem". Wiem, to głupie, bo kto, jak nie matka, powinien mnie wesprzeć? Mąż wiele razy namawiał: "Przestań udawać. Pokaż Uli słabość, pokaż, że jej potrzebujesz... Najwyżej się rozczarujesz". Życie samo przyniosło rozwiązanie. W ciągu roku dwukrotnie poroniłam. Zrezygnowałam z głównej roli w musicalu - to na pewno matkę ucieszy. Nie mogę się forsować. Z Kubą otwieramy nową knajpkę. Klub z kameralną sceną. Zawieszam aktorstwo, może założę kabaret, będę organizować koncerty? Albo choćby wieczorki literackie. Teraz skupię się na sobie i Kubie. Mam nadzieję, że także na dziecku. Być mamą... Tu nie zamierzam z nikim rywalizować ani niczego udowadniać. Będę kompletnie inną matką niż moja własna.

Marta Bednarska

Twój Styl 2/2013

Dowiedz się więcej na temat: matka | córka | zazdrość | matka i córka | rodzina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje