Przejdź na stronę główną Interia.pl

Demoniczno - komunijna

Małe to, chude, ale ładne, mówili profesorowie w Filmówce. Jednak na planie Marieta Żukowska umie poczuć się dużą blondyną. Dla roli zbrzydnie, przytyje, w filmie może być przecież, kim chce: skandalistką w Nieruchomym poruszycielu komediantką w Ciachu. Naprawdę wciąż jest tą dziewczyną ze skrzypcami, wychowaną przez siostry zakonne. Trochę nieśmiała, nieporadna. I stała w miłości.

W dniu moich urodzin za oknami...
był stan wojenny. Przeżyłam go, leżąc w pieluchach w błogiej nieświadomości burz, które przetaczały się nad Polską. To rodzice się przejmowali. Nigdy nie byli bierni, cenili wolność, powtarzali, że nie wolno się poddawać, trzeba walczyć...

Reklama

Wychowywali mnie...
mądrze. Jako studentka dostałam w prezencie książkę Komedianci o tym, jakie postawy przyjmowali znani ludzie wobec stanu wojennego. W zrozumieniu tamtych czasów pomógł mi też film Życie na podsłuchu ze świetną rolą Ulricha Mühego.

Niezapomniana lektura z dzieciństwa...
przewodnik operowy. To nie żart. Mama, cudowna kobieta, nauczycielka muzyki, czytała mi go przed snem. A ja to uwielbiałam. Czerwony Kapturek i Sierotka Marysia nie miały szans z Traviatą i Madame Butterfly. Opera to piękne wspomnienie. Całą rodziną jeździliśmy do Wiednia. Chodziliśmy na spacer do ratusza i tam na wielkim telebimie wyświetlane były opery. Superbaje nie do końca przeznaczone dla dzieci.

Rodzice widzieli we mnie...
muzyka. Wysłali do szkoły muzycznej. Uczyłam się w klasie skrzypiec. Szkoła mnie przeraziła. Zniechęciła presja. Podświadomie czułam nakaz: muszę mieć szóstkę ze skrzypiec, być najlepsza. Z jednej stronyostra rywalizacja, z drugiej obcowanie z muzyką klasyczną, czymś doskonałym. Ale ta szkoła zbudowała mój charakter. Gdy zagrałam maturę, dyrektor, który wiedział, że wybrałam aktorstwo, powiedział mi z żalem: A byłaś wielką nadzieją naszej szkoły! To był strzał w samo serce. Niechętnie wspominam... pobyt w internacie dla muzyczek i plastyczek prowadzonym przez siostry zakonne w Bielsku-Białej. Zamieszkałam tam, mając 13 lat. Przez kolejne pięć od prawdziwego świata odgradzały mnie wielkie drewniane drzwi. Siostry były oschłe, nieprzystępne. Czułam się samotna. Na szczęście odkryłyśmy z koleżankami wyjścieprzez dachy sąsiednich domów. W nocy wymykałyśmy się na miasto i szłyśmy na imprezę. Rodzice mnie zabiją, kiedy to przeczytają... Używki... nigdy mnie nie pociągały – ani papierosy, ani narkotyki, ani alkohol. A teraz jestem już za stara na eksperymenty. To przywilej szczenięcych lat. Narkotykiem jest dla mnie teatr. Granie ostre,ekstremalne, wywołuje nieprawdopodobnie silne emocje i można się uzależnić. Postawiłam na... szkołę aktorską. Myślę, że rodzice byli zawiedzeni. Miałam być wirtuozem.

Postawił na mnie...
Mariusz Grzegorzek. Pierwszy poważny mentor. Nazwał demoniczno-komunijną dziewczynką. Czyli trochę diabła, trochę anioła. Wyciągnął mnie ze szkoły na III roku studiów. Obsadził między innymi w Lwie na ulicy. Gram skrzywdzoną przez życie dziewięcioletnią Portugalkę, która nie wie, że umarła.

Dla roli...
przedzierzgnę się w dużą blondynę seksownie zaokrągloną. Choć chuchro ze mnie. Profesorowie w Filmówce mówili o mnie: małe to, chude, ale ładne. Na szczęście robili to z uśmiechem i stawiali dobre stopnie. Ulubiony film... Pianistka Hanekego. Haneke jest jednym z moich ukochanych reżyserów. Często okrutny, ale w tym jego patrzeniu na świat nie ma ściemy. Oglądając jego filmy, czuję ciary na plecach. W pracy nie lubię… gdy ludzie nie poświęcają się swojej robocie. Wtedy się wściekam. Nauczyłam się robić małe awanturki. Bardzo przeżywam każdą taką konfrontację, ale tego nie wie nikt prócz mnie. Udaję, że jestem twarda i asertywna.

Perfekcjonista to...
Dla mnie – Patryk Vega, reżyser, u którego zagrałam w komedii Ciacho. Patryk czuwał nad wszystkim i opracował nawet wygląd wizytówki mojej bohaterki. Często stawia na aktorski instynkt. Na planie wołał do mnie: Marieta, intuicyjnie, graj intuicyjnie!

Związek aktorki z reżyserem jest...
bardzo silny, pewnie dla postronnych niezrozumiały. Gdy już trafisz na pokrewną duszę, dozwolone jest prawie wszystko, rozumiecie się w pół słowa.

A gdy reżyser jest w dodatku jej mężczyzną...
to już układ o najwyższej temperaturze. Życie z moim partnerem, reżyserem Wojtkiem Kasperskim, przypomina skoki na bungee. Jest trudno, ale emocjonująco, seksownie i ciekawie. Wojtek mnie inspiruje. Przed jedną z najtrudniejszych ról powiedział, że moja bohaterka powinna być jak woda – przelewać się przez ręce. Genialnie wyczuł istotę postaci. Człowiek kolorowy, intelektualista czytający miliony książek. Staram się nadążać.

W moim facecie kręci mnie...
odwaga i fantazja. Wojtek nie boi się na dwa miesiące wyjechać do Rosji, na Kołymę, mieszkać z poszukiwaczami złota w szałasie, znosić skrajnie trudne warunki, wszystko po to, aby zrealizować wymarzony film.

Anna Stefopulos

Więcej w styczniowym numerze "Twoje Stylu".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje