Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czy ja naprawdę tego chcę?

- Przez całe życie szukam poczucia bezpieczeństwa, które człowiek, dziś już to wiem, potrafi dać sobie sam - mówi Małgorzata Foremniak.

Na spotkanie wpada roześmiana, od progu przepraszając za spóźnienie, choć czekam na nią tylko pięć minut. Krótka beżowa sukienka Burberry odsłania doskonałe nogi, delikatny makijaż podkreśla młodzieńcze rysy twarzy. Wygląda świetnie i widać, że nie przyczynił się do tego żaden chirurg. Szybko skraca dystans, opowiadając o swoim roztrzepaniu, zgubionych kluczykach, spotkaniu, które musi przesunąć. Przez cały czas uśmiecha się, nawet gdy mówi o bolesnych sprawach. Bo to nowa Małgorzata Foremniak, która wreszcie wie, ile jest warta.

Reklama

Kiedyś robiłam wszystko zgodnie z oczekiwaniami innych,

wciąż brałam pod uwagę ich punkty widzenia. Dusiłam się w tym, wielokrotnie czułam, że robię coś wbrew sobie. Nie zadawałam sobie pytania: czy ja naprawdę tego chcę? Czy to jest w zgodzie ze mną? Ale to już przeszłość.

Długo pracowałam nad sobą, poszukiwałam drogi. Zainteresowałam się buddyzmem, filozofią Wschodu, cenię myślicieli – Jiddu Krishnamurti, Osho. Trafiłam na metodę Acces, która uczy widzieć rzeczy takimi, jakimi one naprawdę są, bez iluzji, której często ulegamy. Zmieniłam podejście do życia. Nauczyłam się słuchać intuicji. Jeśli mój wewnętrzny głos podpowiada, że nie powinnam wchodzić w jakąś relację, przyjąć propozycji pracy, mówię sobie: „Spokojnie, Foremniak, odłóż emocje, wyłącz rozum, po prostu poczuj to”. I dopiero wtedy podejmuję decyzję.

Zawsze byłam silna.

Nawet gdyby przejechał po mnie czołg, wstałabym, otrzepała się i krzyknęła: „Chwila, moment, chciałam jeszcze coś powiedzieć…”. Kiedy w 2001 roku wcieliłam się w postać Ash w filmie „Avalon” Japończyka Mamoru Oshii, reżyser był w szoku, że w Polsce gram romantyczne, eteryczne kobietki. „Niemożliwe, przecież Małgosia to wojownik, jak można ją tak obsadzać?”, dziwił się.

Siłę odziedziczyłam po mamie, po niej mam też pęd do zdobywania, poznawania nowych rzeczy, parcia do przodu. Tato jest artystą, emerytowanym nauczycielem plastyki i zajęć praktyczno-technicznych. Żyje w swoim świecie, maluje, wymyśla nowe sposoby hodowania roślin.

Mój dom był pełen zasad. Sprzątanie, ścielenie łóżek – każdy miał swoje obowiązki, z których był rozliczany. Mama mówiła, co dzieci mają zrobić, i nie było dyskusji. To mnie nauczyło odpowiedzialności. Rodzice wpoili mi wielki szacunek do człowieka, szczególnie starszych osób. Babcię i dziadka całowałam po rękach.

Od czasu do czasu buntowałam się, ale poczucie obowiązku było tak silne, że w końcu robiłam to, co było trzeba. Już w dorosłym życiu nieraz mi to przeszkadzało. Czułam, że nie mogę nikogo zawieść, jak dałam słowo, musiałam go dotrzymać – zaprę się, a zrobię. Potem często mówiłam sobie: po co ci to było, przecież mogłaś usiąść i popłakać, powiedzieć: nie dam rady. A ja nie, parłam do przodu. Czasem trzeba sobie pozwolić na słabość, czego dopiero się uczę.

Byłam szczęśliwym dzieckiem.

Nie miałam w domu sytuacji ekstremalnych, nie byłam krzywdzona, wykorzystywana, nie musiałam w dorosłym życiu wychodzić z traumatycznych przeżyć. Pamiętam z dzieciństwa taką scenę: byłam małą dziewczynką, wracałam ze szkoły do domu. Zima, śnieg po kolana. Mieszkałam w Jedlińsku, na samym końcu miejscowości, dalej były już tylko las i pola. Nagle ogarnęła mnie nieodparta potrzeba, by zamknąć oczy, rozpędzić się i gnać przed siebie. Biegłam i gdy już zabrakło mi sił, zatrzymałam się. Otworzyłam oczy, nad polami snuła się mgła, nic przed sobą nie widziałam. Poczułam, że jestem w świecie, który istnieje poza tym, co widzę, czuję. To był fascynujący moment, ale potem zaczęłam się bać. Kiedy wracając, dostrzegłam przez mgłę przebijające światła domostw, wiedziałam, że jestem już bezpieczna. Wydaje mi się, że przez całe życie szukam poczucia bezpieczeństwa, które człowiek, tak naprawdę, potrafi dać sobie sam.

Strach towarzyszył mi w życiu często.

Obawiałam się samotności, utraty pracy, tego, że sobie nie poradzę. Nie wierzyłam do końca w siebie, działałam zrywami: oddawałam się w pełni pracy, by za chwilę mieć wyrzuty sumienia, że za mało czasu spędzam z rodziną.

Poświęcałam się więc dla bliskich, zapominając o sobie, i znów było mi źle. Miałam potrzebę pomagania. I choć często widziałam, że ktoś więcej ode mnie bierze, niż daje, mało w moje życie wnosi, połykałam łzy, nie mówiłam, czego potrzebuję. Gdy byłam lekceważona, nie potrafiłam upomnieć się o swoje. Był czas, gdy poczułam się starą kobietą. Dom, praca i wyczekiwanie na wieczór, żeby już można było położyć się spać i o niczym nie myśleć. „Taniec z gwiazdami” był dla mnie kopem, przypomniałam sobie, kim jestem – zwariowaną, pełną temperamentu kobietą.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje