Przejdź na stronę główną Interia.pl

Co by tu sobie wyczarować?

- Jestem w dziwnym momencie życia - mówi Magdalena Różczka. - Spełniona, spokojna. Czuję jednak, że potrzebuje nowych wyzwań.

Miałyśmy spotkać się w kawiarni. O dziewiątej rano dostaję SMS: "Pogoda dziś podła, zapraszam do siebie". Saska Kępa, ostatnie piętro. Magda Różczka ubrana w dżinsy i kolorową bluzę czeka na mnie w drzwiach. Zaprasza do środka. Duże okna, przez które podziwiam taras urządzony na dachu. Nowoczesne, ale przytulne wnętrze, które nie ma jednak nic wspólnego z laboratoryjnym porządkiem. Panuje lekki poranny nieład, wszędzie porozrzucane zabawki. Dwuletnia Wandzia, córeczka Magdy, nie odstępuje mamy na krok. - Kochanie, teraz mamusia musi porozmawiać z koleżanką - tłumaczy cierpliwie Magda. - A potem pojedzie do pracy, ale szybko do ciebie wróci. I dodaje: - Spędzam z nią bardzo dużo czasu, wydaje mi się, że o wiele więcej niż przeciętna mama, która pracuje na cały etat. Jeśli wychodzę z domu, to zazwyczaj na kilka godzin.

Reklama

Dziś aktorka ma zdjęcia do trzeciej części serialu "Usta usta". To pierwsza produkcja (poza kilkoma dniami zdjęciowymi w "Idealnym chłopaku dla mojej dziewczyny"), w której zagrała po urodzeniu Wandy. Zależało jej na tej roli. Bo po pierwsze przerwa w pracy trwała już długo, a po drugie - i to było najważniejsze - scenariusz spodobał się jej od razu. Co prawda, czasami niektóre zdarzenia wydawały się jej tak skomplikowane, że aż nieprawdopodobne, ale na planie co chwilę ktoś mówił: "Tak, dokładnie to samo mi się przydarzyło" albo "Tak właśnie było u moich przyjaciół". - Moje życie nie przypomina losów żadnej z trzech bohaterek - śmieje się Magda. - Jest po prostu zwyczajne.

Niedawno byłam na spotkaniu z młodymi ludźmi, którzy myślą o aktorstwie i przez cały czas chodziło mi po głowie: "Ależ oni są inni". Przypomniało mi się, kiedy to ja byłam w akademii teatralnej - nasi profesorowie też powtarzali: "Jesteście inni". Wtedy strasznie mnie to irytowało. Wydawało mi się, że jestem jak oni. Idealistka, rozkochana w teatrze. Teraz rozumiem słowa Zbigniewa Zapasiewicza: "Nie obrażajcie się na mnie, po prostu żyjecie w innym świecie, to normalne, czasy się zmieniają". To prawda, w zasadzie nie powinnam się dziwić.

Kiedy dziesięć lat temu zdawałam do akademii teatralnej, zastanawiałam się, co zrobić, żeby jak najlepiej przygotować się do egzaminów. Tymczasem na tym spotkaniu zadawano mi pytania w rodzaju: "Jak uważasz, czy w ogóle opłaca się zdawać do tej szkoły? A nie wystarczą znajomości albo castingi?". Młodzi ludzie widzą, niestety, że karierę robią osoby bez przygotowania i warsztatu. Dlatego sądzą, że wszystko przychodzi łatwo, że nie trzeba ciężko pracować. Uff! Narzekam jak stara ciotka. Ale dostrzegam też plusy zmian. Dla mnie, dziewczyny z Nowej Soli, Warszawa była na drugim końcu świata. A połowa z tych osób na spotkaniu mówiła, że jeśli szkoła aktorska, to na pewno nie tu, tylko w Nowym Jorku albo w Los Angeles. To niesamowite, jak poszerzyły się horyzonty.

Podobno w przedszkolu byłam bardzo śmiała. Jak wychowawczyni tylko zaczęła: "A kto wie…", to jeszcze nie znając pytania, podnosiłam rękę do góry. Ale już w szkole wolałam nie rzucać się w oczy. I tak jest do dzisiaj. Po dwunastu godzinach na planie marzę tylko, żeby nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zmywam makijaż, zakładam kaptur i chcę być szarą myszką. Ale znam osoby, które po całym dniu przed kamerą potrafią iść do knajpy, dorwać się do mikrofonu i dalej robić show. W sumie nie ma to większego znaczenia, ważniejsze jest, czy ktoś robi coś pożytecznego ze swoją popularnością. Angażuję się w akcje charytatywne, współpracuję z różnymi fundacjami, biorę udział w zbiórkach darów.

Miałam 14 lat, kiedy trafiłam do teatru amatorskiego Terminus A Quo, który od 35 lat do dziś prowadzi Edward Gramont - bardzo barwna postać. Pasjonat, sam wszystko organizuje, pisze teksty, reżyseruje. Wtedy był akurat przegląd teatrów, poszłam na jakąś sztukę, bardzo mi się spodobała, więc zapytałam, czy mogłabym być w jego teatrze. Edward tylko machnął ręką i powiedział: "Dobra, dobra, za trzy miesiące jest nabór, jak ci starczy zapału i siły, to przyjdź". Na początku chodziłam na próby dwa, potem pięć razy w tygodniu. Jeździliśmy w trasy ze spektaklami, dzięki temu pierwszy raz byłam za granicą, w Poczdamie, i pierwszy raz spałam w hotelu. Ten teatr to było całe moje życie, ale nikt, łącznie ze mną, nie wpadł na to, że wyniknie z tego coś poważnego.

Po maturze poszłam na informatykę w Zielonej Górze, potem przeniosłam się na socjologię. To były fajne studia, dużo ciekawych rzeczy się dowiedziałam, czytałam mnóstwo książek. Poza tym pracowałam też jako protokolantka w sądzie rejonowym. Myślałam, że tak już zostanie. Jakaś praca i teatr. Niczego więcej nie potrzebowałam. I nagle rozwiązano moją grupę teatralną. Chciałam dalej grać, tylko nie wiedziałam, gdzie mogłabym to robić. Pojechałam do Warszawy, trafiłam na Chełmską do agencji aktorskiej i tam dowiedziałam się, że najlepiej będzie, jeśli skończę szkołę teatralną.

Do tej pory cały ten świat aktorski wydawał mi się niewyobrażalnie odległy. Myślałam: aktorzy to na przykład Gajos, Janda, Pazura. Ale ja? Uważałam, że jestem przeciętna. Niby taka zdolna, zawsze czerwony pasek na świadectwie, ale tak naprawdę nie miałam pojęcia, co chcę robić w życiu. Najwięcej energii kosztowało mnie, żeby przyznać się, że będę zdawać, powiedzieć to komukolwiek na głos. W końcu się odważyłam. Mama we mnie wierzyła, innych niewiele obchodziły moje plany. To była taka abstrakcja, że nawet tego nie komentowali. Przez rok dwa weekendy w miesiącu spędzałam w Warszawie na konsultacjach. Złożyłam papiery do wszystkich czterech szkół państwowych.

Jeździłam z egzaminu na egzamin nocnymi pociągami, w szkole myłam się, przebierałam, potem mówiłam teksty i znowu w drogę. Wszędzie przechodziłam kolejne etapy, więc pojawiła się nadzieja, że może coś z tego będzie. Zresztą, i tak już wiedziałam, że jeśli nawet się nie dostanę, to przeprowadzę się do Warszawy. Znajdę sobie pracę jako kelnerka i za rok znów spróbuję. Byłam spokojna, bo odkryłam, do czego powinnam dążyć. Każdemu tego życzę, przecież mogłabym do dzisiaj pracować w biurze.

Kiedy zdałam egzaminy, myślałam sobie: "Fajnie, że mam to za sobą", a po chwili okazało się, że egzaminy to ja będę miała co chwilę. Mało tego, cały czas będę oceniana przez wszystkich, przez każdego, kto tylko będzie chciał. Trzeba się do tego przyzwyczaić, choć to trudne. Podobnie jak zdjęcia próbne. Do tej pory wszystkie role, które zagrałam, dostałam dzięki castingom. Pogodziłam się, że pewnie już zawsze tak będzie. Ale za każdym razem są nerwy i trema. Do tego świadomość, że jest się sprawdzanym, że ktoś przede mną grał tę samą scenę i że za drzwiami czeka następna osoba, która podobnie jak ja ma nadzieję, że doskonale nadaje się do tej roli. Zawsze mam wrażenie, że źle zagrałam. Ale jak już wychodzę z castingu, to natychmiast o nim zapominam i nie winię siebie za ewentualną porażkę. Zrobiłam, co mogłam, a że nie wyszło - trudno, widocznie tak miało być.

Mam znajomych, którzy godzinami ględzą, że coś im się nie udało. Po co tyle gadać? Trzeba patrzeć przed siebie. Z jednej strony uważam, że mam wpływ na swoje życie. Jestem pracowita, staram się. A z drugiej myślę, że wszystko jest gdzieś zapisane na górze. Nie wierzę w przypadki. Co się ma wydarzyć i tak się wydarzy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje