Przejdź na stronę główną Interia.pl

Chcemy mieć dziecko

Szczęściary nawet nie wiedzą, o czym mowa. Po prostu pewnego dnia zobaczyły niebieskie paski w teście ciążowym. Dla innych te dwa paski są prawdziwym przedmiotem pożądania, wytęsknionym i niedostępnym. O tym, jak mądrze starać się o dziecko, rozmawiamy z psycholog i psychoterapeutką Bogdą Pawelec.

PANI: Czy istnieje dobry moment na macierzyństwo?

Reklama

Bogda Pawelec: - Z psychologicznego punktu widzenia dobrą porą jest czas, kiedy pragniemy dziecka. Z kolei biologia wskazuje, że idealne na macierzyństwo są okolice dwudziestych urodzin. Tylko że niełatwo te pory pogodzić: to, czego chce natura, nie jest zgodne z potrzebami kobiet. Jesteśmy dziś jakby w pułapce pomiędzy instynktem a własnymi ambicjami, a także propozycjami, które płyną ze świata zewnętrznego, często kuszącymi, obiecującymi samorealizację, przyjemne życie.

- Dziecko spada na liście życiowych priorytetów na daleką pozycję i stąd przesuwanie się czasu pojmowanego jako dobry moment na macierzyństwo. To oczywiście sprawa indywidualna, zależna od charakteru, wzorców rodzinnych. Najłatwiej jest pogodzić pragnienia z biologią kobietom, które nie mają ochoty pełnić w życiu wielu funkcji. Wcześniej są psychicznie gotowe do bycia mamą, wcześniej pojawia się u nich instynkt. Czasem jego "wywoływaczem" jest miłość, mężczyzna, ale nie zawsze.

Ma pani na myśli instynkt macierzyński? Niektórzy wątpią, czy on w ogóle istnieje.

- Naturalnie, że nie wszystkie kobiety to czują. Nie sądzę, by w ogóle istniało coś, co odczuwają wszystkie kobiety bez wyjątku. Ale tę wielką biologiczną gotowość do bycia matką widziałam u mnóstwa kobiet. Trudno dokładnie opisać, na czym ona polega, lecz pragnieniu urodzenia dziecka towarzyszy wówczas myśl, że uczestniczy się w procesie wykraczającym poza nasze życie.

- Wiele kobiet mówiło mi, że nagle zaczęły ze wzruszeniem myśleć o tym, że są ogniwem w łańcuchu pokoleń sięgającym daleko w przeszłość, że chcą przekazać część siebie dziecku, żeby ten wzór nie został przerwany. Towarzyszy temu poczucie sensu. Ale myślę, że im więcej społecznych ról zajmujących czas, absorbujących uwagę, wymagających siły, energii kobieta odgrywa, tym ten moment przychodzi później.

Jednak wydaje się, że to już stały trend: kobiety w naszej kulturze zostają matkami coraz później.

- Właśnie o rezygnację z tego "coraz" mi chodzi. Kobiety rodzą później, to prawda. Ale w mojej 20-letniej praktyce terapeutycznej obserwuję, że to nie jest niezmienny kierunek. Najwięcej 35-, 37-letnich pacjentek decydujących się na macierzyństwo widziałam jakieś dziesięć lat temu.

- Wtedy był ogromny boom na robienie kariery, na niezależność. Przychodziło do mnie wiele kobiet tuż przed czterdziestką, które mówiły: "Nie chciałam żyć jak moja mama, uwiązać się w domu, wolałam najpierw do czegoś dojść, zabezpieczyć się finansowo". Teraz moje pacjentki są zwykle młodsze, około trzydziestki. I to jest dobre: rodzimy dzieci później, ale nie coraz później.

Dlaczego to 35 lat jest wiekiem przełomowym, granicą?

- Bo kobieta rodzi się z pewną pulą komórek jajowych, które z każdą owulacją bezpowrotnie giną. Jedne z nas mają ich więcej, inne mniej, ale uśredniając, przyjmuje się, że wchodzimy w życie z blisko 400 tysiącami komórek potencjalnie zdolnych do zapłodnienia. Dwudziestolatka ma ich mnóstwo, 30-latka mniej więcej 100 tysięcy, po 35. roku życia większość dobrych, zdrowych komórek została już zużyta. Kiedy ta rezerwa się wyczerpie, zacznie się menopauza.

- Od kilku lat można zrobić badanie tzw. rezerwy jajnikowej, żeby sprawdzić, w jakim momencie jesteśmy, jakie są stan i liczba naszych komórek jajowych.

Czyli 40-latka ma po prostu mniejszą pulę i mniejsze szanse.

- Czterdziestolatka ma już tylko średnio 10 tysięcy komórek jajowych i nie są one tak dobrej jakości, bo najlepsze przepadły już w owulacjach. Jej szanse są naprawdę mniejsze, chociaż oczywiście szczęście możemy mieć w każdym wieku. Jednak moimi pacjentkami są kobiety, które z jakichś przyczyn tego szczęścia nie miały. "Jestem w szoku - mówią - bo to jest pierwsza rzecz, na którą nie mam wpływu. Miałam wszystko zaplanowane, poustawiane, najpierw studia, praca, związek, mieszkanie, teraz dziecko - a tu nagle ściana! Nie mogę zajść w ciążę". Są też kobiety młodsze, od dawna gotowe do macierzyństwa w sensie psychologicznym, które mimo wielokrotnych prób nie mogą mieć dzieci.

- Co szósta para w Polsce boryka się z problemem niepłodności. Mówimy o kobietach, ale statystyki pokazują, że tylko 45 proc. przypadków niepłodności dotyczy naszej płci, a drugie 45 proc. - mężczyzn. Reszta - około 10 proc. - to przyczyny psychologiczne.

Pani zajmuje się właśnie nimi?

- Czasem przyczyna medyczna nie istnieje, partnerzy są młodzi, zdrowi, nie wiadomo, dlaczego ciąża się nie pojawia. Powodem może być silny lęk kobiety - przed zmianą w życiu, przed totalnym uzależnieniem od mężczyzny, przed rezygnacją z siebie. Niektóre z nich nie chcą powtórzyć losu swoich matek, inne boją się, że dziecko to kres wszystkiego, co przyjemne, a początek epoki ograniczeń i poświęceń. To są nieświadome przekonania, na co dzień ukryte i często nieuzasadnione sytuacją, w jakiej naprawdę kobieta się znajduje. Trzeba je wyciągnąć na światło dzienne, przyjrzeć się im, zobaczyć ich irracjonalność, sprowadzić do naturalnych proporcji.

I ciąża przychodzi?

- Czasem tak się zdarza. Drugim powodem problemów z zajściem w ciążę może być nadmierna motywacja. Moim zdaniem, usilne staranie się o potomstwo działa lepiej niż... antykoncepcja.

Jednak na początku te starania są bardzo przyjemne. Seks bez ograniczeń, nastrój oczekiwania.

- Niepokój pojawia się po roku, a jeśli partnerzy są starsi - szybciej, po sześciu miesiącach. I wtedy stajemy nad krawędzią pułapki: seks na gwizdek, życie intymne jako praca nad zajściem w ciążę, obsesyjne diety, witaminy, ćwiczenia. Dziecka nie ma, a my jesteśmy o krok od konfliktu, od odsuwania się od siebie, od utraty bliskości.

- Mężczyźni znoszą to bardzo źle. Wielu ucieka w komputer, alkohol, szuka innej kobiety. Dla mnie jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy - przekonać pacjentkę, że nadmierne staranie się o dziecko jest potężnym środkiem antykoncepcyjnym i narzędziem do zniszczenia namiętności. Że intymność w związku, seks i pożądanie trzeba utrzymać z dala od starań o dziecko.

Próbować, nie podejmując wysiłków? Jak?

- Uprawiać seks w czasie owulacji, ale bez zegarka w ręku, bez zapowiadania i informowania partnera o swoich dniach płodnych, bez paniki i gorączkowego nastawiania się, że teraz nam się uda, że już, natychmiast, bo to ten moment. Podobnie w sytuacji, kiedy para leczy się z powodu niepłodności i decyduje na wspomagane zapłodnienie w klinice, seks musi być od tych spraw starannie oddzielony. Tu staramy się o dziecko ze specjalistą, a w domu mamy swoją sypialnię, swoje zwyczaje erotyczne. Tam trzeba się uwodzić i nie myśleć o dziecku.

Z medycznego punktu widzenia chodzi chyba o to, że stres i napięcie powodują zwiększone wydzielanie prolaktyny, a wysoki poziom tego hormonu uniemożliwia zajście w ciążę.

- Tak, chodzi właśnie o poziom hormonów stresu. Ciąża często pojawia się wtedy, kiedy pacjenci przestają się nią zajmować, coś innego ich absorbuje, odwraca uwagę. Kolejnym problemem jest depresja. Staranie się o dziecko powoduje huśtawkę emocji - uda się, uda, Boże, znowu się nie udało. Po pewnym czasie dochodzi przygnębienie, poczucie beznadziei.

- Amerykańscy uczeni z Uniwersytetu Harvarda zrobili kiedyś taki eksperyment: zaproponowali grupie kobiet, które leczyły się z powodu niepłodności, udział w spotkaniach terapeutycznych. Były to spotkania zespołowe, w czasie których kobiety relaksowały się i uwalniały negatywne emocje związane z długotrwałym staraniem się o dziecko: stres, gniew, żal, poczucie winy, lęk, smutek. Po pół roku od zakończenia eksperymentu ponownie nawiązano z nimi kontakt i okazało się, że ponad 50 proc. z nich zaszło w ciążę. W grupie kontrolnej, która nie uczestniczyła w żadnej terapii, dziecka spodziewało się tylko 18 proc. To dowód, że jeśli kobieta usiłuje zajść w ciążę w stresie i depresji, jej szanse maleją.

Jeśli jednak pomimo terapii nadal jej się nie udaje, trzeba podjąć starania medyczne.

- Kiedy zachowawcze leczenie zawodzi, parze najpierw proponuje się inseminację - skrócenie drogi do zapłodnienia jajeczka nasieniem partnera albo - jeśli na przykład jego plemniki są słabe lub martwe - nasieniem obcego mężczyzny. Najpierw lekko stymuluje się hormonalnie komórki jajowe kobiety, a potem lekarz podaje nasienie bezpośrednio do szyjki macicy. To stosunkowo prosta metoda, choć inwazyjna.

Każda droga do posiadania dziecka jest pani zdaniem dobra?

- Nie każda. Ale nie jest moim zadaniem stawiać granice i mówić ludziom, która z nich jest nieprzekraczalna. Wiem z doświadczenia, że każdy wyznacza je gdzie indziej. Ja - tam, gdzie przebiega granica prawa. Odradzam korzystanie z usług surogatki, bo kobieta, która rodzi dziecko, jest jego prawowitą matką. Nie jest istotne, czy to dziecko tego, czy innego mężczyzny - w każdym przypadku matką jest ona.

- Słyszała pani o japońskiej parze, która ostatnio zdecydowała się na skorzystanie z usług surogatki w Indiach? Nie może wrócić z dzieckiem do swojego kraju, ponieważ ono jest obywatelem hinduskim. Granicę prawa trzeba jasno pokazywać. W innych przypadkach nie ja mówię ludziom, gdzie mają się zatrzymać. Nie mogę na przykład doradzić komuś adopcji komórki jajowej innej kobiety - pacjentka sama musi czuć, że w jej przypadku to jest akceptowalne. Informuję więc tylko, że jest taka możliwość: jeśli jej rezerwa jajnikowa wygasła albo komórki są uszkodzone, może skorzystać z dawcy.

- Z każdym pacjentem trzeba pracować indywidualnie. Była u mnie na terapii para, która zdecydowała się na adopcję zarodka pochodzącego z komórki jajowej i nasienia zupełnie obcych ludzi. Chcieli go przyjąć, urodzić, mimo że tylko mężczyzna miał problem z niepłodnością! Uważali, że tak będzie sprawiedliwie, że obydwoje będą czuli się lepiej, bo żadne nie będzie uprzywilejowane. Woleli, żeby nie było ani "bardziej moje", ani "bardziej twoje". Ale bywa całkiem inaczej.

- Nieraz kobieta, której komórki jajowe są bardzo słabe, decyduje się na adopcję jajeczka innej kobiety, ale tylko zapłodnionego plemnikiem własnego partnera. Twierdzi: - Niech przynajmniej częściowo nasze dziecko będzie podobne do męża. To są zbyt trudne sprawy, żebym mogła ingerować w decyzje, cokolwiek narzucać. To przyszli rodzice muszą wszystko przemyśleć, zastanowić się, jak się z tym czują, żeby nie przyszli za trzy lata i nie powiedzieli: - To nie jest nasze dziecko, ono nie jest takie, jak chcieliśmy, jest obce.

Tak się zdarza?

- Rzadko, ale się zdarza. W adopcji zarodka mamy przecież podobną sytuację jak w adopcji społecznej, gdy zostajemy rodzicami obcego niemowlęcia. Człowiek czasem nie wie, gdzie znajduje się jego granica, bywa też, że oczekiwania są zbyt duże, nadmiernie optymistyczne. Ludzie nie zawsze zdają sobie sprawę, że kiedy zostaje się rodzicem, przyjmuje się życiową rolę ukierunkowaną na dziecko, a nie na siebie. Trzeba ogromnej determinacji, żeby aż tak starać się o dziecko. Tak, dlatego mówiłam o instynkcie, biologii. Ale z drugiej strony wiele kobiet się wycofuje.

- Miałam pacjentki, które już podczas terapii uświadamiały sobie, że w gruncie rzeczy to naciski otoczenia sprawiają, że starają się o dziecko, choć wcale o nim nie marzą. Inne kobiety wycofują się na etapie leczenia niepłodności. Dyskutuje się o in vitro w kategoriach etycznych, ale to także zastrzyki w brzuch, ciągłe kontrolowanie cyklu, przyjmowanie hormonów wywołujących objawy podobne do menopauzy, pobieranie komórek, ból, bo to przecież boli. A potem huśtawka między nadzieją i rozczarowaniem, czasem życie latami w poczuciu comiesięcznej straty, kiedy każda miesiączka jest małą żałobą i zaczynaniem od początku. Wiele kobiet nie chce tego przeżywać, twierdzi: - Nie, to dla mnie za dużo. Inne widzą, że ich związek się psuje, i robią krok w tył.

Cały czas mówimy o kobietach, a połowa przypadków niepłodności to mężczyźni. Nie przychodzą do terapeuty?

- Mężczyźni towarzyszą partnerkom na pierwszym spotkaniu. Na kolejne przychodzi już tylko kobieta. Wie pani, na całym świecie tak jest. To kobiety szukają lekarzy, umawiają wizyty, pilnują terminów. Mężczyznom wydaje się, że mają więcej czasu, im się nie spieszy. Przychodzą w konkretnych sytuacjach, kiedy mają problemy z oddaniem nasienia do badań albo już później, gdy ma dojść do zapłodnienia komórki jajowej. Albo jeśli nie wiedzą, jak pomóc kobiecie, która bardzo cierpi.

Mężczyzna nie cierpi tak samo?

- Bardziej odbiera ból żony, szczególnie jeśli mocno kocha. Ale też jest tym wszystkim zmęczony, przeciążony, boi się, że straci pracę, a leczenie przecież kosztuje. I chciałby, żeby ona nie była taka zafiksowana na punkcie dziecka. Czasem nie wie, jak jej to powiedzieć, i przychodzi po prostu po radę.

- Mężczyźni mają też duży problem ze zrozumieniem, że niepłodność jest chorobą, a nie dowodem na brak męskości. W ogromnym napięciu czekają na wyniki badań nasienia. Kiedy okazuje się, że plemniki są dobrej jakości, na ich twarzach widać wielką ulgę: uff, to nie moja wina. To również jest część mojej pracy: uświadomić pacjentom, że tak jak nie są winni, gdy dostaną zawału, tak samo nie są nimi, będąc niepłodnymi.

Magdalena Jankowska

Pani 3/2014

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje