Byłam tygrysią córką
Czy twoi rodzice nazywali cię głupią, brzydką, bezużyteczną, śmieciem? Byłaś bita laską, policzkowana, dostawałaś klapsy? Zakazywano ci oglądać telewizję i musiałaś godzinami ćwiczyć grę na instrumencie?
Większość moich zachodnich przyjaciół była zszokowana, kiedy im powiedziałam, że mnie to wszystko spotkało, kiedy byłam dzieckiem. Lecz w Hong Kongu nie ma w tym nic niezwykłego - to normalna rodzicielska dyscyplina w chińskiej kulturze.
Tym, którzy byli oburzeni surowym, pełnym dyscypliny stylem wychowywania, zachwalanym w "Tygrysiej matce" Amy Chua, kontrowersyjnej nowej książce, niezbędna jest szersza perspektywa. Większość chińskich rodziców postrzega świat jak Hobbes (angielski filozof żyjący w XVI/XVII w.) - uważają za swoje zadanie zahartowanie swoich dzieci i uzbrojenie je w umiejętności niezbędne do przeżycia w rywalizującym i brutalnym środowisku.
Tak jak typowi rodzice w Chinach opisani przez panią Chua, moja matka oczekiwała wytrzymałości od swoich dzieci. W naszym domu brak zainteresowania czy zdolności nie był żadną wymówką. Jeśli zawodziłeś, musiałeś po prostu ciężej pracować.
Musiałam ćwiczyć grę na pianinie przynajmniej godzinę dziennie, a kiedy nie miałam szkoły - trzy godziny. Nie mogliśmy oglądać telewizji, poza wiadomościami. Kiedy na dyktandzie miałam mniej niż 90 proc. (wystarczyło zrobić dwa błędy), musiałam tłumaczyć, dlaczego nie poszło mi tak dobrze jak poprzednio.
Nie tęskniłam za weekendami czy feriami - oznaczały jedynie więcej muzycznych ćwiczeń i nużących sesji ostrej nauki i zadań domowych. (Lecz nie winię jedynie rodziców, chińskie szkoły chlubią się ilością zadań domowych, które dają uczniom i częstotliwością testów oraz egzaminów.)
Czy to nieustępliwe podejście mojej matki działało? W pewnym sensie tak. Nigdy nie byłam najlepszą uczennicą, ale zawsze miałam ponadprzeciętne wyniki. Uczyłam się w prestiżowej szkole z internatem w Anglii. Mam dwa tytuły naukowe i zdobyłam stypendium na badania na uniwersytecie w Oxfordzie. Zdałam trudny egzamin gry na pianinie z wyróżnieniem w wieku 14 lat, a kiedy miałam 17 lat zagrałam koncert na fortepian i orkiestrę.
Artykuł pochodzi z kategorii: W świecie kobiet
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (13)
-
01.03 (20:25)Mam 17 lat o dzieciństwa znam 3 języki: włoski (język ojca), polski (język matki) i angielski urodziłam się w RPA. Moi rodzice wychowują mnie w miłości, ale średnia 5,0 minimum musi być. Do 15 roku życia ćwiczyłam balet ale po kontuzji kolana nie mogę tego kontynuować. Obecnie chodzę też do szkoły muzycznej II stopnia i liceum. Jestem w biol-chemie i wiem że gdyby nie moi rodzice nie miałabym stypendium naukowego i nie wyjeżdżała na wymiany np. do Anglii czy Izraela, bo z gorszymi wynikami w nauce bym się nie kwalifikowała. Dlatego dziękuje i za tą dyscyplinę.
-
07.01 (18:27)Moja pierwsza próba samobójcza była w podstawówce. Miałam chyba ze 14 lat. Jakiś rok później była kolejna. Jak miałam 17 lat już nie mieszkałam z rodzicami. W domu panowała przemoc, a czasami wręcz sadyzm. A wszystko pod okiem wykształconej, szanowanej w świecie zewnętrznym matki. Nikt ze środowiska zewnętrznego nawet nie podejrzewa, że ci "wybitni" ludzie (moi rodzice) zgotowali swoim dzieciom terror, a nie dzieciństwo.
Dziś mam 35lat i czuję się nieźle, ale to efekt wieloletniej walki z samą sobą i ciężkiej pracy aby zniwelować skutki traumatycznych doświadczeń dzieciństwa. -
-
02.11.2011 (13:31)dla mnie te całe wychowanie Chińskie to jakies nieprozumienie:( mam 3 latka od 6 m-ca rozmawialismy z nim w 2 jezykach i uczylismy czytac metoda Glena Domana. dziś zna angielska tak samo jak polski i ma duży zasób słów oraz świetnie radzi sobie z czytaniem. nie siedzimy nad nim ma swobode jak każde dziecko- oraz rozwija swoje zainteresowania.
moim zdaniem rodzice z Chin traktuja swoje dzieci jak przedmioty a to wynika z biedy chca aby cos osiagnely tylko pytanie ile z nich tak naprawde cos osignie??? marny procent lub jego odsetek/ -
01.06.2011 (22:15)Książka Amy Chua zasługuje na przeczytanie, chociażby dlatego, że jest rewelacyjnie napisana. Amy nie do końca gloryfikuje chińskie wychowanie, bardziej pokazuje jak ono wyszło w jej domu, a wyszło średnio na jeża bo młodsza córka, Lulu postawiła się w wieku 13 lat i w ten sposób skończyło się chińskie wychowanie w jej przypadku.
Amy pokazuje swój sposób myślenia i dlaczego robila to, co robiła - wszystko dla dobra dzieci - ale dla dobra w ujęciu długookresowym. W ujęciu krótkookresowym była to dla dzieci męczarnia (codziennie grać po kilka godzin na instrumencie plus inne obowiązki).
Ale Amy pokazuje też jak bardzo rodzice chińscy poświęcają się dla swoich dzieci, jak z nimi ćwiczą non stop, są z nimi, robią wszystko dla dzieci. To nie jest tak, że tylko się wymaga dużo od dzieci, rodzice też dają z siebie wszystko aby pomóc dzieciom.
Tym niemniej, wolę swoją mamę, która mnie kochała w nieco mniej drastyczny sposób. Nie chciałabym być bita za to, że nienawidzę fortepianu albo skrzypiec a ktoś mnie zmusza do gry i to po kilka godzin dziennie. Chińscy rodzice nie pozwalają bowiem dzieciom wybierać hobby. -
31.03.2011 (14:09)Uważam że są pewne granice w wychowywaniu dzieci których nie powinno się przekraczać. Nie podoba mi się np. jak rodzice próbują realizować swoje nie spełnione marzenia na dzieciach. Natomiast jeśli chodzi karcenie dzieci to owszem popieram ale tylko w sytuacjach w których dziecko coś przeskrobie naprawdę bardzo. Oczywiście nie mówię tutaj o takim karceniu jak się dość często słyszy w telewizji (czyli pobicie dziecka), chodzi mi o klapsa, wtedy dziecko będzie wiedziało że źle zrobiło a żadna krzywda mu się nie stanie.













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli