Przejdź na stronę główną Interia.pl

Bliskie spotkania III stopnia

Dziecko potrafi zburzyć spokój domowego ogniska. Szczególnie jeśli nie jest nasze. A macocha, która latami tłumi uczucia, stara się i troszczy, i tak jest traktowana jak ktoś zazdrosny, niszczący i rywalizujący. Proszę, nie traktujmy jej jak kosmitki.

Sandra Bullock jest tegoroczną laureatką Oscara za rolę pierwszoplanową w dramacie „Blinde Side” Johna Lee Hancocka oraz Złotej Maliny za komedię romantyczną „Wszystko o Stevenie” Phila Trailla. Skrajne oceny jej umiejętności aktorskich korespondują z jej życiem prywatnym. Dla Amerykanów aktorka jest symbolem współczesnej macochy: jednocześnie podziwianej i oskarżanej. Pewnego dnia poślubia mężczyznę z trójką dzieci.

Reklama

Zapowiada się jak początek filmu familijnego na niedzielne popołudnie, w którym macocha musi być czarnym charakterem. Nie ma wyglądu wiedźmy, robi tosty z masłem orzechowym, podwozi do szkoły, ale i tak sprytne dzieciaki trudzą się, by uprzykrzyć jej wspaniałe życie, bo przecież tej pani trafiła się nie lada gratka: wychowywanie cudzych dzieci.

Dodatkowo trzeba jeszcze oświecić tatusia, podsuwając kolejne dowody, jaką to złą kobietę poślubił. Oczywiście, wszystko kończy się dobrze. Macocha staje się klawą macoszką. Słucha głośnej muzyki, pozwala jeść chipsy w łóżku, broni przed gniewem ojca, a życie z nią jest nieustającym biwakiem z przygodami.

Sandra, specjalistka od rozśmieszania i pokrzepiania serc, mogłaby znakomicie wcielić się w rolę filmowej macochy, gdyby nie to, że od kilku lat nie potrafi się w niej odnaleźć w realnym życiu. Matkowanie dzieciom męża określiła jako ciąg niekończących się frustracji, kiedy dajesz wszystko, a nic nie otrzymujesz w zamian, i do tego jesteś przez niego zdradzana. Przyznała się również do napadów złości, gniewu i lęku w kontaktach z pasierbami. Zwierzenia Bullock złamały tabu, by nie wypowiadać się źle o pasierbach, oraz wywołały dyskusję nad statusem przybranej matki.

Wraz z liczbą rozwodów rośnie również liczba kobiet wiążących się z mężczyznami mającymi dzieci z poprzednich związków. Poradnictwo dla rozwiedzionych matek i dzieci w sytuacjach kryzysowych kwitnie. I tylko macochy ciągle traktuje się po macoszemu.

Nie jesteś moją matką

Macochy i ryby głosu nie mają – psychologowie coraz częściej zwracają uwagę na skomplikowane emocjonalne wyzwania, którym muszą sprostać, oraz na bagatelizowanie ich cierpień. Istnieje niepisana reguła, że to rodzice są odpowiedzialni za wychowanie dziecka, a przybrana matka powinna im tego nie utrudniać.

Ta zasada działa jak knebel dla macochy. Zostaje ona pozbawiona całego arsenału środków komunikacji pomocnych w układaniu relacji z nowym dzieckiem.

Jeżeli próbuje wypowiedzieć swoje żądania, wyegzekwować posłuszeństwo, zaprowadzić porządek, nauczyć dobrych manier czy ukarać, od razu jest przywoływana do porządku. Oskarżenia padają nie tylko z ust dzieci czy męża. Macochy mniej lub bardziej świadomie same się karcą za każdy przejaw asertywności. Wiele z nich stara się być sztucznie miłymi i nie reagować na prowokacyjne zachowania. Zmuszają się do milczenia, uległości, do trzymania nerwów na wodzy. We własnym domu czują się jak intruz, piąte koło u wozu albo gosposia tatusia. Niektóre przymilają się na siłę, dziecinnieją na pokaz, robią z siebie kumpelkę. Obdarowują prezentami, a potem słyszą: „Mnie nie można kupić!”. Przestają to robić, słyszą: „Nic cię nie obchodzę!”.

Pragnienie, by być cudowną macoszką, ma swoje źródło w stereotypie macochy: kogoś o złym sercu, niecnie walczącego ze słabszym, bezbronnym i zagubionym w świecie dorosłych przeciwnikiem. Kobiety nie chcą być postrzegane jako zołzy. Nadmiernie się starają, aby nikt nie przypisał im złych intencji. Badania Paula J. Roscha, nowojorskiego profesora psychiatrii, ujawniły, że macochy często są wyczerpane emocjonalnie. Skarżą się na obniżenie nastroju, niepokój, stany paniki i lęku.

Często opisują swoją sytuację jako patową. Pragną spokoju i normalności, ale jak zmusić się do polubienia cudzego dziecka, które niczego nie ułatwia? Przecież, szczególnie w sferze emocji, nic nie musimy i nic tak naprawdę nie potrafimy sobie narzucić. Bycie wspierającą macochą może być naszym zadaniem, ale nie za wszelką cenę. Uporczywe wkradanie się w łaski małego księcia zapewne doda nam anielskiego blasku, ale może nam również zaszkodzić. Nie cenzurujmy tego, co czujemy. Dajmy sobie prawo do bycia takimi, jakie jesteśmy. Wiele kobiet nie radzi sobie z rolą macochy, bo w kontakcie z przybranymi dziećmi przestają być dorosłymi kobietami, a zmieniają się w dziewczynki, które nie potrafią zatroszczyć się o siebie.

I kto tu rządzi

Nie ma recepty na to, by pokochać dzieci partnera. Nie musimy się również z nimi na siłę przyjaźnić, kumplować. Wystarczy, że będziemy zachowywały się przyzwoicie. Wobec nich, ale również wobec siebie. Zamiast przyjąć rolę bezbronnej ofiary, lepiej rozważnie, nieinwazyjnie, ale systematycznie budować swoją pozycję. Jako pełnoprawnej partnerki ich ojca. Kogoś dorosłego, kto ma swoje zasady, upodobania i szacunek dla siebie samej.

Musimy nauczyć się przyjąć emocjonalnie przybrane dzieci. Ale one również potrzebują czasu, by oswoić się z nową osobą w ich życiu. Być może mają jeszcze trudniej, bo kiedy wracają od macochy, w domu czeka na nie ojczym.

James Bray, amerykański psychoterapeuta rodzinny, przyznaje, że napady agresji, złości, kłamstwa, manipulowanie, krnąbrność, szpiegowanie, wymyślanie fikcyjnych oskarżeń pod adresem macochy to typowe zachowania dla pierwszych dwóch lat wspólnych kontaktów. W tym czasie następuje adaptacja do nowych warunków, a macocha pełni zazwyczaj zaszczytną funkcję piorunochronu. Przyjmuje na siebie całą energię złych emocji: żalu, rozpaczy, smutku, że rodzice nie są już razem.

Jest obwiniana nawet wtedy, gdy związek rodziców rozpadł się wcześniej i stanowił dla dziecka przykre doświadczenie. Po tym dwuletnim okresie powinno nastąpić stopniowe uspokojenie, wyciszenie, przyzwyczajenie się do sytuacji oraz znalezienie swojego miejsca.

Psychologowie zalecają, by w czasie tego trudnego dla całej rodziny czasu postawić na naturalność i spontaniczność. Dobrze, gdy dziecko nie ma statusu świątecznego gościa. To tylko umacnia poczucie, że tata ma nowy dom, a ja nie mogę w nim poczuć się jak u siebie. Rozpieszczają mnie, ale jest jakoś sztucznie. Jak u cioci na imieninach. A kto lubi siedzieć na takich imprezach rodzinnych cały weekend?

Dobrze jest powiedzieć: "Chciałabym, żebyś czuł się jak u siebie. Jesteś domownikiem i dlatego musisz sprzątać po sobie i pomagać w drobnych pracach". Nie krytykujmy nawyków wyniesionych z domu. Nie mówmy: "U mamy to możesz jeść przed telewizorem, u mnie nie". Takie zachowania dziecka mogą być wynikiem jego temperamentu oraz przyzwyczajeń, np. głośne wyrażanie niezadowolenia. Dziecko nie chce nas zdominować, po prostu nie ma jeszcze doświadczenia, jak modyfikować swoje zachowania w kontaktach z innymi ludźmi.

Pamiętajmy, że nawet jeżeli dzieci nas lubią, mogą bać się to okazywać, bo jednocześnie czują, że w ten sposób są nielojalne wobec własnej matki. Spójrzmy na dziecko nie jak na rywala, nie jak na owoc miłości mojego męża i tej pani, ale jak na... zwykłe dziecko, które czegoś nie lubi, ma jakieś marzenia.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje