Przejdź na stronę główną Interia.pl

Związki a la patchwork

Jeśli na początku znajomości jest przyjaźń, to dobry znak: istnieje szansa, że będzie także wtedy, gdy miłość się skończy. I powstanie jedna wielka rodzina...

Dom przy zacisznej uliczce na warszawskiej Sadybie. Wytwórnia płytowa SP Records. Szef Sławomir Pietrzak, kiedyś gitarzysta, od lat wydaje krajowy hip-hop i płyty takich zespołów jak Pidżama Porno, Lao Che, Kult. Pietrzak nie wygląda na biznesmena - ogolony prawie na łyso, z irokezem. Zaczyna pracę od kawy w służbowej kuchni. Tam spotyka Katarzynę Krauze-Pietrzak, byłą żonę, która zajmuje się dystrybucją płyt. Robi to, odkąd się rozwiedli i podzielili firmę, czyli od 10 lat.

Reklama

W kuchni zaczynają rozmawiać o 26-letnim synu Janku, fotografie, i 21-letniej córce Magdzie, studentce, która właśnie wyprowadziła się od Katarzyny i zaczyna samodzielne życie. Tematów nigdy im nie brakuje. Kasia i Sławek są jak ogień i woda: on ekstrawertyczny, ona siła spokoju - wysoka, w okularach, mówi wolno i cicho. Gdy na nich się patrzy, trudno oprzeć się wrażeniu, że są parą przyjaciół.

Już cię nie kocham

Z danych GUS wynika, że w 2009 roku rozstało się 72 tysiące par. Średni czas trwania małżeństwa, które się rozpada, to 14 lat. Wiek przeciętnego rozwodnika - 40 lat. Świeżo upieczony singiel zazwyczaj szybko łączy się w kolejną parę, a jeśli z poprzedniego związku są dzieci, byli partnerzy najczęściej starają się na nowo ułożyć ze sobą wzajemne relacje. I coraz częściej to im się udaje.

Eksmałżonkowie to już nieodłączny element rodzin, które dostały nawet specjalne określenie - patchworkowe, bo złożone są z wielu elementów: mąż, żona, jego dzieci, jej dzieci. Takie "kompozycyjne" rodziny nikogo nie dziwią. Kiedyś małżeństwo rozpadało się, gdy ludzie nie mogli ze sobą żyć, a powody były dramatyczne: alkoholizm, przemoc, porzucenie. Teraz rozwodnicy tłumaczą w sądzie, że chcą się rozstać, bo już po prostu się nie kochają. Wtedy ludzie szukają partnerów na kolejnych etapach życia, trudno im poświęcić własną autonomię i chęć rozwoju na rzecz trwania w małżeństwie.

Katarzyna Krauze i Sławomir Pietrzak poznali się w Liceum Plastycznym imienia Kenara w Zakopanem. On miał lat 15, ona - 14. To była ich pierwsza i wielka miłość. Po maturze pobrali się i wyjechali do Berlina. Tam urodziły się dzieci. - Wróciliśmy do Polski, Kasia wychowywała Magdę i Janka, ja zakładałem firmę - opowiada Pietrzak. - Przeżyliśmy trudne i piękne chwile, ale ludzie się zmieniają, w pewnym momencie każdy idzie w swoją stronę. Przyznaję, to ja skrzywdziłem Kasię, miałem romans. Wyprowadzałem się, potem wracałem, chodziliśmy na terapię małżeńską. To szamotanie trwało kilka lat. Wstrzymywaliśmy się z rozwodem, bo dzieci były małe.

- W końcu zdecydowałam, że to koniec, i poprosiłam Sławka, aby się definitywnie wyprowadził - dodaje Katarzyna. - To wspólne, ale osobne życie przyprawiało mnie o ból pleców, chorowałam, czułam, że nie mogę nawet oddychać. Przejrzałam na oczy i stwierdziłam, że dalsze trwanie w związku, który już żadnemu z nas nie dawał ani bliskości, ani wsparcia, nie ma sensu. Oboje do tej pory mają poczucie, że skrzywdzili dzieci, ale z drugiej strony zdają sobie sprawę, że one też przeżywały napięcie związane z sytuacją w domu.

- Rozwód to trudna decyzja, zwłaszcza gdy dzieci są małe - przyznaje Zbigniew Łuczyński, prowadzący program "Uwaga!" w TVN. - Kiedy w moim małżeństwie z Beatą zaczęło się psuć, Olga miała dziesięć lat, a Szczepan - sześć. Związek Łuczyńskich, podobnie jak Pietrzaków, zaczął się od przyjaźni. Oboje z Beatą mieli po 19 lat. Szybki ślub i narodziny pierwszego, potem drugiego dziecka. Po kilku latach poczuli, że coś się wypaliło. Na początku były złe emocje, ale nie kłócili się przy dzieciach. W końcu zdecydowali się na sądową separację. Ten wariant wydawał się im lepszy niż rozwód.

Łuczyński kupił małą kawalerkę, zaledwie sto metrów od mieszkania, w którym została Beata z dziećmi. Widywali się codziennie. Zgodnie zajmowali się Olgą i Szczepanem. Wygasła jedynie namiętność, a oni z tym nie walczyli. - Rozłożyliśmy nasze rozstanie w czasie, może dlatego obyło się bez gwałtownych scen - mówi Łuczyński. - Zakończyć wspólne życie to jedno, a zrezygnować z przyjaźni, wsparcia i ciepła, które czerpiemy z wzajemnej relacji z partnerem, to drugie.

Przepraszam, co dalej?

Katarzyna Gintowt, malarka, dyrektor artystyczna tygodnika "Show", rozstanie wspomina dziś bez emocji. Przez 15 lat była żoną reżysera Filipa Bajona. Serdeczna, pełna uroku blondynka, kiedy opowiada o byłym małżeństwie, żartuje. - Oboje mamy pokrętne, artystyczne dusze i nasz związek zawsze był trudny - mówi. - Byłam jego drugą żoną. Z pierwszego związku Filip ma syna Maurycego, a ze mną dwóch chłopaków. Tworzyliśmy fajną rodzinę, ale stała się rzecz najbanalniejsza z możliwych - skok w bok. Dodam, że nie z mojej strony. Gdy się o tym dowiedziałam, spakowałam Filipowi walizkę i powiedziałam: "Do widzenia". Pierwszy moment jest trudny, bo nagle wali się życie i ma się poczucie totalnej porażki. Po jakimś czasie pomyślałam jednak, że kiedy rozpada się małżeństwo, nigdy nie jest tak, że tylko jedna strona jest winna. Przyznaję, że może skupiając się na dzieciach, zaniedbałam Filipa. Gdy się rozstaliśmy, jeden syn miał zaledwie trzy lata, drugi - 12. Były powody, żeby walczyć, próbować jeszcze być ze sobą. Ale dla mnie utrata zaufania to równia pochyła, zjazd w stronę fikcji, nieudolnych prób przebaczania. Chciałam tego uniknąć i uratować coś cenniejszego, co nas łączyło: przyjaźń i umiejętność rozmowy.

Filip Bajon na pytanie, jak się rozstać i zachować dobre stosunki, odpowiada konkretnie: - Wytłumić złe emocje i pomyśleć, że świat się nie kończy. Kaśka ma wspaniałe poczucie humoru i to pomogło. Uniknęliśmy psychodram. Nie lubię ich ani w życiu, ani w kinie. Najważniejsze w tym wszystkim jest, żeby nie ranić dzieci i nie rozgrywać swoich spraw ich kosztem. I chyba to nam się udało. Rozstanie to stres, który trzeba przeżyć, podobnie jak w żałobie, opłakać kogoś, kto odszedł i nigdy już nie będzie tak blisko. - Gdy się rozwodzimy, czujemy gniew - dodaje Gintowt. - I trzeba go wyrazić, ale niekoniecznie tłukąc naczynia. Smutek, przerażenie, pytania: "co dalej?", są naturalne. Ważne, jak my damy sobie z nimi radę.

Agnieszka Szmidt, 38-letnia bizneswoman, uważa, że ułożenie stosunków po rozwodzie i traktowanie byłych partnerów to kwestia dojrzałości i swoisty egzamin z życia. Agnieszka jest właśnie w Dębkach ze swoimi rodzicami i córką byłego męża Kasią - 34-latką z dwójką dzieci. W zrozumieniu sytuacji rodzinnej jej eks, czyli Piotra Szmidta, prezesa polskiego oddziału Villeroy & Boch, pomaga mi mail od niego. W nim rozpisuje skomplikowany układ: byłych żon, wspólnych dzieci, nowych partnerów byłych żon, wnuków. Szmidt jest uroczym mężczyzną: otwarty, wygadany, nie wygląda na 50-latka. Zaprasza mnie do swojego domu w Podkowie Leśnej.

W drzwiach wita mnie Magda, psychoterapeutka. Jest w zaawansowanej ciąży. Wkrótce będzie czwartą żoną Piotra i urodzi im się córeczka Sara. Za chwilę wpada też Maja Szmidt, druga żona, dyrektor artystyczna pracująca w branży reklamowej. On gotuje bób, stawia na stole maliny, częstuje nas ciasteczkami, podaje talerzyki i serwetki.

- Jak zachować dobre relacje? - zastanawia się Piotr Szmidt. - Gotować dla wszystkich żon! - żartuje. - Pierwsza, Małgorzata, zniknęła. Mieszkaliśmy razem we Francji. To było bolesne i nie chcę o tym opowiadać. Zostawiła mnie z dwójką dzieci. Od tamtej pory nie widzieliśmy jej. Maję, wówczas studentkę romanistyki, poznałem w Paryżu. Miała 23 lata. Szybko się pobraliśmy, a ona okazała się nie tylko świetną żoną, ale i czułą opiekunką dla 10-letniej Kasi i 3-letniego Piotrusia. Wkrótce przyszła też na świat nasza córka Matylda.

- Po siedmiu latach wróciliśmy do Polski, to był początek lat 90. - mówi Maja. - Piotr doskonale się tu odnajdował, mnie było trudniej. Kiedyś po prostu spakowałam walizkę, wzięłam Matyldę i wróciłam do mamy. Ten pierwszy rok po rozstaniu wcale nie był łatwy, a nasze stosunki nie wyglądały różowo. Miałam w sobie mnóstwo złości, poczucie porażki, że nam nie wyszło. Nawet gdy przychodził po Matyldę, prosiłam moją mamę, aby to ona się z nim spotkała. Pogodzili się i porozumieli, gdy Piotr zaprosił Maję, Matyldę i jej mamę na Wigilię. Zdecydowali się na rozwód, mieli nawet wspólną adwokatkę. Piotr kupił Mai mieszkanie. - Poczucie wsparcia nie tylko psychicznego, ale i finansowego jest ważne w takich sytuacjach - zaznacza Szmidt. - Najczęściej byłe żony nie dość, że są samotne i smutne, to odczuwają też pogorszenie statusu majątkowego. To pogłębia frustrację, zaczynają się kłótnie, rozgrywki. Ofiarami walk są dzieci, które muszą opowiedzieć się po jednej ze stron.

Monika Głuska - Baran

PANI 8/2010

Więcej przeczytasz w najnowszym numerze miesięcznika PANI

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje