Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zabiłam

Usłyszały zarzut z artykułu 148 paragraf 1 kk: „Kto zabija człowieka...” . A miały życie podobne do naszego – rodzina, praca, obowiązki. Nikt nie znał prawdy o tym, co działo się w ich domach. Marta i Sylwia chowały się ze swoim dramatem. Doprowadzone do ostateczności, popełniły zbrodnię - zabiły mężów. Choć przecież tak kochały...

Marta ma nawyk więzienny - gdy ktokolwiek wchodzi do pomieszczenia, w którym rozmawiamy, natychmiast wstaje. Siedzi na krześle wyprostowana, z dłońmi ułożonymi równo na kolanach. Jest ładna. Latynoski typ, ciemne oczy, włosy związane w grubą kitkę. Twarz skupiona, poważna. Pierwszy uśmiech zobaczę po dłuższej chwili, gdy opowiem jej o moich dzieciach. Swojej ośmioletniej córce Marta mówi o ojcu tylko dobrze.

Reklama

- Opowiadam: tatuś jest w niebie i nad nami czuwa. Gdy ty zostajesz w domu, a ja wracam do więzienia, opiekuje się mną, ale kiedy do ciebie wrócę, on wróci ze mną... Odsiedziała cztery z ośmiu lat wyroku za spowodowanie śmierci męża. Ma dużą szansę na przedterminowe zwolnienie. Dlaczego zabiła? Z miłości. Inaczej nie potrafi tego wyjaśnić.

Jacy byli?

Dokładnie tacy sami. Przebojowi, ambitni, z pomysłem na siebie. - Studiowaliśmy na jednej uczelni. Janek ekonomię, ja prawo i administrację. On twierdził, że zakochał się od pierwszego wejrzenia. Kiedy śmiałam się, że nie wierzę, opowiadał mi, jakie ubrania o jakiej porze roku nosiłam, jakie buty. Obserwował mnie, zapamiętywał. Rzeczywiście się zgadzało - uśmiecha się Marta.

Janek zagadnął ją w klubie przy winie. - Kwadrans rozmowy i poczułam, że to TEN facet. Wiedział, czego chce od życia - własna firma, stabilizacja, a potem rodzina, koniecznie dziecko. I ciągły rozwój. Byłam pod wrażeniem, bo właśnie tak myślałam o własnym życiu - opowiada Marta. Gdy Janek robi dyplom i zaczyna pracę w korporacji, ona studiuje na drugim fakultecie. Jego stać już na pierścionek zaręczynowy z brylantem. Rok później - na grawerowane obrączki z białego złota.

- Miał gen zwycięzcy - opowiada Marta. Po ślubie urządza 70-metrowe mieszkanie w dobrej dzielnicy. Marta przymierza się do otworzenia własnej firmy. Nie ma mowy, żeby rodzinę utrzymywał wyłącznie on. - Znalazłam miejsce blisko domu na biuro nieruchomości. To przydało się potem, kiedy musiałam uciekać z malutką Kasią - opowiada.

Ale na razie wszystko układa się dobrze. Ona otwiera firmę, Janek jest już ważnym menedżerem. Martę tylko trochę niepokoi fakt, że mąż coraz rzadziej mówi o dziecku. A zapytany o pomysł na wakacje, robi wielkie oczy: przecież on nie może w tym roku zostawić pracy. Może zimą znajdzie tydzień na narty. Po czym przytula Martę, całuje w szyję, mruczy: "Ale chyba się nie gniewasz". 

Forum: Mój mąż ma konta na portalach randkowych ~ jadiu

- Był czuły, męski, przystojny. Dzisiaj o takich facetach mówi się "ciacho".

"Porozmawiajmy"

Słowo klucz. Marta wierzyła w jego moc. - Coraz częściej prosiłam Janka: usiądź, porozmawiajmy. Martwiło mnie to, że się oddalamy. Ale cieszyłam się, że on jest otwarty: OK, porozmawiajmy, co jest nie tak? Kupowałam książki psychologiczne, on bez oporów "kładł się na kozetce" - opowiada Marta.

A co było nie tak? - Z czasem przekonałam się, że dla Janka życiowym sukcesem jest pełne konto i znajomości. Ja się upierałam: po pierwsze rodzina, a potem uczciwa praca wynikająca z pasji. On kpił: jednak ożenił się z naiwną idealistką. A ja się broniłam: udowodnię ci, że da się osiągnąć sukces inaczej niż przez układy - wspomina Marta.

Składa wniosek o unijną dotację na rozwój firmy. Janek prycha: zero szans, dostają tylko "swoi". - Kiedy przyznano mi te pieniądze, myślałam, że się ucieszy. A on wpadł w szał: przecież mógł mi dać ze swoich oszczędności, co chciałam mu pokazać, za kogo się mam? Nie weszłam w tę awanturę tylko dla świętego spokoju - za ścianą spała nasza roczna córeczka - kontynuuje Marta.

Kasię urodziła trzy lata po ślubie. - O dziwo, Janek wiadomość o ciąży przyjął spokojnie. Był przy porodzie. To jeden z momentów, w których byłam naprawdę szczęśliwa - uśmiecha się Marta.

Pierwszy raz mąż uderzył ją w dniu drugich urodzin Kasi. Bo był zestresowany - uroczystość, rodzina, rozbił flakon, a rano ktoś wjechał mu w bok auta. Przepraszał. Nigdy więcej tego nie zrobi. Uderzył w twarz. Mocno. Marta przyłożyła lód. Źle zrobiła, że postawiła ten flakon na samym brzegu blatu...

Jestem pogubiony

"Duszę się, podcinasz mi skrzydła, osaczasz, nie doceniasz". Albo: "Nie spotkałem nigdy tak mądrej kobiety, pójdę za tobą wszędzie". Marta żyła na huśtawce. - Mówił mi rzeczy piękne i wstrętne. Jednego dnia poniżał, drugiego ubóstwiał. Ale bywał też czuły, troskliwy, chwalił się mną przed kolegami - zaradna, elegancka, kreatywna. I nigdy nie podniósł głosu na córkę - opowiada. Również o tym, jak sama pakowała się w ślepe uliczki. - Kiedy zaczął pracować po 18 godzin na dobę, wiedziałam, że to chore, pierwszy raz zaczęłam myśleć o rozwodzie. Choć zupełnie nie umiałam wyobrazić sobie naszego rozstania.

Ale któregoś dnia, dokładnie w walentynki, wysłałam mu SMS-a: "Na święto zakochanych ślę ci gołębia pocztowego z pismem rozwodowym". Prowokacja. Chodziło o to, żeby nim potrząsnąć. Wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Poważny, miał w oczach łzy. Ten widok mnie roztkliwił. Przytuliłam się: "Przepraszam, głupi żart, lepiej porozmawiajmy..." - wspomina Marta. Pewnego dnia odbiera telefon. - Od "życzliwego". Prosta informacja: powinnam lepiej przyjrzeć się kobietom z jego biura. Zwłaszcza blondynce...

Janek ma romans? Nie chciałam uwierzyć. Poprosiłam o wyjaśnienia, chciałam usłyszeć: bzdura, zawiść. I tak się stało. Po czym mąż zaatakował: ktoś mu mówił, że widział mnie w porze lunchu z wysokim mężczyzną dwa razy. Zaczęłam się tłumaczyć: pewnie chodzi o nowego konsultanta, spokojnie, to przecież dzieciak, tylko jedliśmy pizzę... Ale schodziłam na pozycję obronną. Kłótnie kończyły się niczym albo seksem. Żyliśmy w matni - opowiada Marta. Pewnego dnia (Kasia była wtedy w "średniakach") Janek musiał pójść na ważne zebranie do przedszkola. Marta wyjechała służbowo do Londynu.

- Zadzwonił: "Słuchaj, właściwie gdzie jest to przedszkole?". Dotarło do mnie, w jak osobnych światach żyjemy - mówi Marta. Gdy wróciła, dostała w twarz drugi raz. Bo napięcie, Janek nie daje rady, chciałby dobrze. Poniosło go, kurczę, już naprawdę ostatni raz.

Ukrywałam wszystko

- Rodzina, przyjaciele, nikt nie wiedział, co się u nas dzieje - mówi Marta. - Prowadziłam firmę, nie mogłam się przyznać, że radzę sobie z zespołem, a mam kłopoty w relacjach z mężem. W mojej rodzinie nie było rozwodów, nie mogłam rozczarować mamy. Co rok wyprawiałam święta, imieniny moje i Janka, wszystko wyglądało pięknie. Znajomi chwalili, że dom taki wychuchany, dziecko zadbane - opowiada.

Gdy kolejny raz Janek nie zapanował nad agresją, Marta wymyśliła bajeczkę o szaleństwie psa. - Z uśmiechem opowiedziałam pracownikom, że Ares zwariował, rzuca się na domowników i przewraca nas na podłogę. I po tym te ślady. - Rany po paznokciach Janka zakrywałam makijażem, nosiłam ciemne okulary. Po obdukcję do lekarza poszłam tylko jeden raz w życiu - Marta robi długą przerwę w opowiadaniu. Prosi o otworzenie okna. Więc ten jeden raz.

Odtwarza scenę: ona w kuchni, odwrócona tyłem robi herbatę. Kasia jest u dziadków, Janek wraca z pracy poirytowany. Czy coś poszło nie tak? Pytanie jest zwykłe, przynajmniej tak się wydaje Marcie. Jest zdziwiona, gdy czuje szarpnięcie. Jeszcze bardziej - gdy odwrócona siłą, dostrzega nóż w ręce męża. - Coś w niego wstąpiło. Chwycił mój sweter, naciągnął materiał, zaczął systematycznie odcinać jego fragmenty. "A-czy-zaw-sze-wszyst-ko-mu-si- -iść-do-brze?", dyszał. I ciął. Po swetrze bluzkę, spódnicę...

Gdy Marta o tym opowiada, ma zamknięte oczy. W tamtej chwili nie czuje, że nóż nie tylko przecina tkaninę, ale także jej skórę. Janek wybiega z kuchni, ona zostaje zdziwiona: skąd krew? Jest w amoku. ON jej to zrobił?! - Działałam jak automat. Resztka zdrowego rozsądku mówiła mi, że powinnam zgłosić się na obdukcję. Przemyłam rany, nie były specjalnie głębokie - kilka na rękach, nogach, klatce piersiowej. Zamówiłam taksówkę, pojechałam na pogotowie. - Marta znowu milknie.

Zmienionym głosem dopowiada resztę historii: lekarz dotyka ją najpierw delikatnie, potem mocniej, szczególnie piersi. Ona, wciąż w szoku, najpierw nie rozumie, potem nie wierzy: jest molestowana w takiej sytuacji?! Chce uciekać, ale musi mieć papier. - Usłyszałam: "Coś ci powiem, czarnulko. Nie napiszę, że to rany od noża, bo by ci męża zamknęli w klatce i kto by ci robił dobrze?".

Wypadłam z gabinetu, rozpłakałam się na ulicy. Chciałam się schronić w... ramionach Janka. Trudno to zrozumieć, prawda? - pyta. Trudno. Także to, co stało się później. - Żeby załagodzić sytuację, kupiłam bilety do Hiszpanii. Pojechaliśmy dwa tygodnie po tym zdarzeniu w kuchni. Nie oczekiwałam, że Janek przeprosi. Chciałam, żebyśmy zapomnieli, żeby już było dobrze. Nie mogłam włożyć kostiumu ze względu na widoczne blizny. Nie szkodzi. Janek był miły.

Zabiła go rok później

Jak to się stało? Marta patrzy daleko, za okno. Tak trudno uchwycić jeden powód, wyjaśnienie, dlaczego właśnie w tej chwili... - Zbierało się w nas napięcie, bezsilność. Nie potrafiliśmy się rozstać i nie mogliśmy być razem - opowiada. Podkreśla: nie chodziło tylko o przemoc fizyczną. Liczy: Janek uderzył ją cztery, najwyżej pięć razy. - Właściwie można się do tego przyzwyczaić. Nauczyłam się maskować ślady, chronić dziecko. Gdy mąż rozkręcał się w agresji, brałam Kasię, pakowałam jej plecaczek na rano do przedszkola i zabierałam na noc do firmy. Tłumaczyłam, że muszę popracować, a tam jest przecież wygodna kanapa, którą Kasia tak lubi. Brałyśmy psa, zabawki i kanapki - tłumaczy.

- Od przemocy fizycznej można było uciec, od psychicznej - nie. Któregoś dnia Janek dostał propozycję awansu, ale wiązało się to z koniecznością przeprowadzki. Albo jego wyjazdu do innego miasta. Wtedy pomyślałam: może to jest rozwiązanie - żyć przez jakiś czas na dystans? Ale on ukląkł przede mną i powiedział: "Nie wyobrażam sobie powrotu do domu, w którym nie ma ciebie". - Jak mogłam go za to nie kochać? - pyta Marta.

Najlepsze określenie na ich relację? - Toksyczna miłość - mówi pewnym głosem. Gdyby miała opisać ostatni rok ich życia? - Nie zdarzyło się nic gorszego niż tamto z cięciem ubrań. Tylko kumulowały się skrajne emocje. Raz nienawiść, raz przerażająca tęsknota za sobą. Wracałam myślami do wspomnień z czasów przed ślubem, szukałam punktów zaczepienia: chcieliśmy kiedyś kupić łódź, może teraz do tego wrócimy? Ale on kręcił głową: nie będzie miał kiedy pływać, teraz znów ma więcej pracy, czy ja tego nie widzę? Przecież robi wszystko, żeby nasz dom był dostatni, szczęśliwy! A ja miałam wrażenie, że naszego domu już nie ma.

Janek dostawał nagrody, towarzyszyłam mu na galach, widziałam, jak traktują go ludzie - był dla nich miły, pomocny. Koleżance z pracy załatwił stypendium w Stanach, dziecku kolegi operację okulistyczną. Byłam zazdrosna o jego czas dla innych, o życzliwość, nawet o to, że do innych mówił cicho, a do mnie już głównie krzyczał... - Marta opuszcza głowę.

Cztery lata temu Janek znowu wszedł do kuchni znienacka. Oparł rękę o stół, na blacie leżał nóż... Jeszcze nie wziął go do ręki, ale Marta już czuła jego agresję, pobudzenie. Cofnęła się odruchowo, przywarła plecami do ściany. Co mówili? Niewiele pamięta. Nagle znalazła się na podłodze z wykręconymi rękami, szarpała się, on próbował ją obezwładnić, ale ona była silna. Kiedy sięgnęła po ten nóż, w jakim impulsie? Nie odtworzy tego. Nie chce, nie umie o tym mówić. Zadała jeden cios. Sama wezwała pogotowie. I próbowała reanimować męża. Ale Janek umarł na miejscu.

W sądzie walczyłąm o siebie

Byłam w depresji. Pozbawiłam życia człowieka, którego tak kochałam. Nie chciałam tego, broniłam się, nie zamierzałam go skrzywdzić. Jak miałam to opowiedzieć, kto może to zrozumieć? Adwokat szukał linii obrony, ja milczałam - przecież linią obrony jest całe nasze wspólne życie, jak to przedstawić sędziemu? Padały zarzuty: zamordowałam, żeby dostać pieniądze z polisy - jak w tanim kryminale. Gdyby sytuacja była inna, śmiałabym się z tego. Ale ja zamknęłam się w sobie, po prostu czekałam na wyrok - mówi Marta.

W zakładzie karnym dla kobiet postanowiła jak najszybciej dopasować się do warunków. Cela dzielona z innymi skazanymi za ciężkie przestępstwa, rygor - zniesie wszystko, nie będzie robić problemów. Chce jak najszybciej "przepychać" dni do przepustki. Względny spokój daje jej świadomość, że od czterech lat córka jest pod opieką dziadków.

- Kasia ma osiem lat. Chodzi do szkoły, spotyka się z ludźmi, którzy znają naszą sprawę. Od tego jej nie odizoluję, codziennie martwię się, żeby czegoś przykrego nie usłyszała, nie odczuła. Brałam pod uwagę przeprowadzkę do innego miasta, ale postanowiłam zostać blisko rodziny. Najbliżsi mnie nie potępili, mam ich wsparcie. Muszę podnieść głowę, przygotować się na rozmowy z rodziną Janka, to jeszcze przede mną - mówi Marta.

Teraz czeka na dobre wiadomości o skróceniu kary, decyzja zapadnie niedługo. Marta prawie codziennie wychodzi poza mury. Pracuje jako wolontariuszka w ośrodku dla niepełnosprawnych. Dziś cieszy się, że będzie mogła stać za córką w dniu jej pierwszej komunii. - Dwa, trzy razy w miesiącu jestem w domu. Pozwolono mi zaocznie studiować kolejny fakultet, jeżdżę na zajęcia, mam posmak wolności - mówi cicho. Czy rozmawia z dzieckiem o tym, co się stało?

- Tak, tłumaczę, że doszło do sprzeczki, do wypadku. Byliśmy na siebie źli, wydarzyło się nieszczęście. Ale też, że się kochaliśmy, że tata był świetnym człowiekiem, dbał o nas. Chcę, żeby córka dobrze go zapamiętała - mówi Marta. Po chwili: - Nie wiem jeszcze, co będzie, gdy wyjdę z więzienia. Nie boję się o siebie, ja już ustawiłam sobie w głowie, że do końca życia będę niosła ciężar dla innych niewyobrażalny. Ale być może pomocy psychologa zacznie potrzebować Kasia. Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, córka powiedziała, że to wszystko... przez nią. Bo TO się stało, kiedy ona spała. Uważa, że jest winna, ponieważ ma za mocny sen, nie usłyszała, że się kłócimy, nie przybiegła, żeby nas pogodzić, przytulić się...

- Nie wiem jeszcze, z czym będę musiała się zmierzyć. Na razie marzę, żebym, tak jak za chwilę pani, mogła wsiąść do pociągu i pojechać do domu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje