Przejdź na stronę główną Interia.pl

Z miłości do idola

Kocha, wzdycha, szanuje. Fan jest w stanie zrobić naprawdę wiele dla swojego mistrza. A co, jeśli do tego jest idolem dla innych?

Maciej Stuhr, aktor

Jestem podatny na autorytety. Jak już sobie kogoś upatrzę, to nie widzę ani jego wad, ani wpadek. Pod koniec podstawówki rozkochałem się w Stanisławie Soyce. Kiedy chodziłem do średniej szkoły muzycznej, potrafiliśmy z kolegami obejrzeć sześć jego koncertów w miesiącu, czyli wszystkie, jakie artysta dawał w Krakowie. Wówczas zaczęła się też moja fascynacja teatrem. Niemal codziennie byłem w Starym Teatrze i nie przeszkodziła mi w tym nawet matura. Moim idolem był wtedy Krzysztof Globisz, "pożerałem" go wszystkimi zmysłami.

Reklama

W pewnym momencie, głównie z powodu pracy, zacząłem częściej bywać w Warszawie. Tu zetknąłem się z reżyserem Krzysztofem Warlikowskim, który stał się dla mnie objawieniem. Wraz z Grzegorzem Jarzyną stworzył warszawski Teatr Rozmaitości, najgorętsze miejsce na mapie teatralnej Polski końca lat 90. Dziś dzielę swoją pracę na epokę przed- i powarlikowską. Bywałem na jego spektaklach, a po nich na bankietach. Krzysztof robił wrażenie tajemniczego. Obserwowałem, jak uważnie przypatruje się nowo poznanym ludziom. Sam nie mówił zbyt wiele.

Jakże byłem zaskoczony, kiedy dostałem SMS z pytaniem, czy nie wystąpiłbym u niego. Krzysiek przesłał mi zaproszenie przez Jacka Poniedziałka, którego dobrze znałem. To była propozycja zagrania w adaptacji sztuki Tony’ego Kushnera "Anioły w Ameryce". Tego SMS-a przechowuję w telefonie. Byłem wtedy aktorem komediowym, kojarzonym z kabaretem i prowadzeniem imprez. Warlikowski, chociaż nie miał co do mnie wątpliwości, podjął odważną decyzję, powierzając mi rolę Joego Portera Pitta, homoseksualisty zmagającego się ze swoją tożsamością.

Po trzech dniach prób doskonale zaaklimatyzowałem się w zespole. Dziś myślę, że scena, kiedy wykrzykuję matce, kim jestem, była jedną z najtrudniejszych w moim życiu, ale też przełomową. Granie u Warlikowskiego to coś więcej niż sprawne posługiwanie się warsztatem. Zagłębiamy się w postaci, szukając w sobie psychologicznego uzasadnienia dla ich zachowań. Krzysiek, Staszka Celińska, która grała moją matkę, i ja, długo próbowaliśmy dojść do sedna, popijając czerwone wino. Ciągle jednak to nie było to. W pewnym momencie coś we mnie pękło. Wpadłem wręcz w rodzaj fizycznego dygotu i się rozpłakałem. Wspólnie odkryliśmy stan, który miałem zagrać. Nie mogłem się po tym uspokoić. To był taki kontrolowany eksperyment na sobie, aktorskie rozprawiczenie. Poddałem się temu całkiem świadomie i nie żałuję.

Krzysiek sprawia, że artyści mu ufają. Jest naszym mistrzem i idolem. Niezwykle delikatny. Trzeba się nim opiekować, karmić go, poić. Poza teatrem świat dla niego nie istnieje, dlatego od swoich aktorów wymaga bezgranicznego oddania. Czasem zdarza mi się sprzeciwić, skrytykować go. Początkowo nie przyjmuje tego do wiadomości, złości się, ale potem, gdy przemyśli sprawę, wysyła SMS, że może mam rację... To człowiek, na którym można polegać. Wiem, że nigdy mnie nie oszuka. Wierzę w niego i go uwielbiam.

Nie wiem, jakim cudem trafiła do mnie teczka z rysunkami kostiumów do "(A)polonii". Projektowała je wraz z nami, aktorami, scenograf Małgorzata Szczęśniak. Widocznie przez przypadek przyniosłem teczkę do domu i nikomu jej już nie oddam.

Michał Bajor, aktor, piosenkarz

W dzieciństwie dzieliłem pokój z młodszym bratem. Po jego stronie wisiały plakaty ze sportowcami, po mojej - z artystami. Dziś Piotr też jest aktorem, ale wtedy nasze fascynacje były kompletnie inne. Mieszkaliśmy w Opolu, mieście festiwali. Dzięki ojcu, aktorowi w teatrze lalkowym, nasz kontakt ze sztuką był codziennością. Kiedy mama kupiła mi chińczyka, zamykałem się z tą grą w łazience i bawiłem w festiwal w Sopocie: pionki symbolizowały piosenkarzy, a kostki - konferansjerów: Irenę Dziedzic i Lucjana Kydryńskiego.

Od zawsze miałem idoli. Często patrzyłem na nich z zazdrością, ale bardzo pozytywną - co zrobić, czego się nauczyć, aby wywołać takie emocje i zasłużyć na podobne brawa. Jako zodiakalny Bliźniak lubię przeciwieństwa, dlatego często łączę idoli w pary. Krystyna Janda i Marilyn Monroe: wulkan emocji i siła kontra seksapil i słabość. Tadeusz Łomnicki i Johnny Depp: kunszt kontra nonszalancja. Maria Callas i Amy Winehouse: klasyka kontra nowoczesność. Moja najukochańsza para to Edith Piaf i Tina Turner. Ich głosy to dar od Boga - naturalny tembr na pograniczu histerii niesie w sobie przejmującą prawdę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje