To człowiek tworzy metamorfozy
Iść swoją drogą, nie żałować niczego
Kiedy znajomi spotykają Hannę Kurkiewicz, są zdziwieni, że tak ładnie wygląda, że jest taka samodzielna, pełna energii. "Kim ty właściwie jesteś? - pytają. - Wróżką, bioenergoterapeutką, psychologiem?". Uśmiecha się i nie przejmuje pytaniami. - Każdy ma inne zainteresowania, dla każdego dziwne jest coś innego: dla jednego mój masaż, energetyczne oczyszczanie, dla drugiego siedzenie od do w biurze.
O Krzysztofie Kawenczyńskim niektórzy mówią "król Biebrzy". Przez 14 lat był jedynym mieszkańcem opustoszałej wsi Budy. Za towarzystwo miał sfory psów. Teraz ma sąsiadów, ale wciąż woli być sam. Doskonale znają go w pobliskim pensjonacie. Kawenczyński pojawia się tam przynajmniej raz dziennie, obowiązkowo je obiad. - Nie gotuję, bo nawet nie mam gdzie - mówi.
Dom, w którym mieszka, jest dziwny, prawie jak muzeum. Z dumą pokazuje setki rzeźb, malowideł, książek. Sam zajmuje tylko pokój. Na parapecie: dwie fotografie ślubne, kilka zdjęć małego chłopca. - To moja żona, śliczna, prawda? A to mój syn, to stare zdjęcia, dziś to chłop jak dąb, ma 23 lata.
Niektórzy Kawenczyńskiego podziwiają, inni myślą, że jest dziwakiem, ale każdy chce go poznać i zapytać: dlaczego? Dlaczego ktoś dobrowolnie wyprowadza się z dużego miasta, zostawia rodzinę, zaczyna mieszkać w najbardziej dzikim miejscu w Polsce. - Odwiedza mnie kilka tysięcy turystów, jestem jedną z programowych atrakcji dla ludzi, którzy przyjeżdżają na bagna biebrzańskie - opowiada Kawenczyński. Odpowiada wtedy na setki pytań i marzy, żeby wszyscy już sobie poszli. Bo historię dałoby się opowiedzieć w wielkim skrócie: "Żyję po swojemu".
Dlaczego w zasadzie to tak ich dziwi? Gdy przed laty żenił się, bardzo kochał swoją żonę, zresztą do tej pory darzy ją uczuciem. Mieszkali na trzydziestu siedmiu metrach kwadratowych, ona szybko zaszła w ciążę, urodziła syna. Starał się być dobrym ojcem, nawet pewnie chwilami był, ale tak naprawdę cały czas marzyła się mu wolność.
- Prowadziłem antykwariat, w tamtym czasie obsesyjnie kolekcjonowałem starodruki, miałem jedną z największych kolekcji w Polsce, ale już wtedy pasjonowałem się też przyrodą. Trafiłem do Polskiego Towarzystwa Przyrodniczego, do grupy ornitologicznej. Nad Biebrzę przyjechałem pierwszy raz w 1974 roku, odkryliśmy tu gniazdo łabędzia krzykliwego, to było pierwsze takie odkrycie w Polsce.
Kawenczyńskiemu tak spodobało się nad Biebrzą, że zaczął wyprzedawać swoje starodruki po to, by wykupywać ziemię. Najpierw nabyli z żoną siedem hektarów, planowali wybudować domek letniskowy, przez kolejne lata dokupili 30 hektarów. - Już wtedy wiedziałem, że chcę tu żyć. Miałem wybór: albo duszę się w mieście, w środowisku, którego nienawidzę, albo zaczynam wszystko od początku - mówi. Żona nie chciała się z nim przenieść.
Na początku czuł się tutaj jak na wielkich wakacjach, chciał wszystkich mieszkańców dobrze poznać, zaprzyjaźnić się. Razem z leśniczym codziennie odwiedzali kolejny dom. "A to może wódeczkę?", "A może sałateczkę?", proponowali gościnnie gospodarze. Trzeźwiał najczęściej nad ranem, odsypiał i odwiedzał następny dom. O dawnym życiu zapomniał.
Przez lata utrzymywał się ze sprzedaży starodruków, potem założył pensjonat, w końcu muzeum. Dziś przyjeżdżają do niego wycieczki szkolne. Jego dzień wygląda tak: leniwa pobudka między ósmą a dziesiątą. Wypuszcza z domu kilka psów, idzie karmić kilkanaście pozostałych, które mieszkają w budach na podwórku. Przygotowuje mocną herbatę z fusami, dodaje cztery łyżki cukru, całymi dniami spaceruje, czyta, pisze. Że to dziwaczne? Jeden z internautów napisał:
"On żyjąc na łonie przyrody, z dala od innych, uwolnił się od ograniczonych i zapatrzonych w siebie ludzi, którzy go krytykują tylko dlatego, że sami nie mają odwagi, żeby wybrać to, co najważniejsze - własne szczęście".
Katarzyna Troszczyńska
PANI 7/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Reportaże
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (27)
-
11.03.2011 (02:01)
-
10.03.2011 (23:18)nie opowiadala jakie dostalamilionowe odszkodowanie?.. coz a indie sa przekursorami w chirurgii plastycznej.. w reszte to pewnie juz i sama uwierzyla
-
-
10.03.2011 (22:42)Szkoda że innym osobom, w tym BEZROBOTNYM Pani Minister Pracy i Polityki Społecznej nie poleciła: działań w grupie założycielskiej Indyjsko-Polskiej Izby Gospodarczej. Chętnie też bym się realizowała zawodowo... ;). Też byłam w tym czasie atrakcyjną blondynką... ;).
-
10.03.2011 (21:23)Uwazam ten artykul za ciekawy i pouczajacy.Jak wielu nas nie umie odnalezc sie wtedy, kiedy upadamy i widzimy ,ze nie mamy juz wyjscia.
Znam to.Podzwignelam sie ale niestety maz nigdy tego niedostrzegl,ze jest nam lzej.Niestey utrudnia,bo sam sobie nie radzi.
Podziwiam Pana ktory poswiecil swoje zycie pomagajac dzieciom chorym.Mam nadzieje ,ze odezwia sie do pana swoje dzieci,bo zrozumieja swoj blad i dostrzega dobro jakie Pan czyni.
Z calego serca zycze, aby wiecej na tym swiecie bylo ludzi ktorzy nie poddaja sie tylko spelniaja swoje marzenia. -
10.03.2011 (20:54)~GostekCo za kretyński art. I jeszcze ta pani :) Chciałbym zobaczyc przemianę wiejskich kobiet w Polsce, lub robotnic z małych miast. Taaak natychmiast jada zza granicę, zostawiaja kopę dzieciaków w wiekuprzedszkolno-szkolnym pod opieka męża pijaczyny i ćwicza jagę :) A ja myslałam, że w polsce obowiazuje inny rodzaj jogi - modlitwa do Matki Boskiej i różaniec. Śmiech i żal.Kazdy jest kowalem wlasnego losu. Ile kobiet mysli, ze po slubie chlopak-alkoholik sie zmieni? Ile z nich potrafi przewidziec trudnosci z utrzymaniem "kopy" dzieciakow? Jednemu pomaga joga, drugiemu modlitwa i rozaniec, ale najpierw trzeba miec WIARE













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli