Przejdź na stronę główną Interia.pl

Taniec na całe zło

Nie tylko moda, ale coś więcej. Styl życia, kod pokolenia. Tańczyć po prostu wypada. Ale taniec to nie tylko towarzyski rytuał. Dla niektórych to lek na zło. Jeśli myślicie, że boom na taniec się kończy, a wiedza Polek na temat fokstrota i samby ogranicza się do oglądania show z gwiazdami, zapytajcie znajome, kuzynki, sąsiadki, co robią wieczorami.

Nieśmiała Magda, która na milongach szukała mężczyzny. Edyta, księgowa, która "walczy" na breakdance. Grażyna, matka trójki dzieci, dziś miłośniczka tańca brzucha pogodzona z rozmiarem 46. I Marzena z agencji reklamowej, która w tańcu odnalazła sens.

Reklama

Jest piątek, godzina 20. Najpierw Poznań. Nieduża sala gimnastyczna w osiedlowej podstawówce. Rytmiczne, szybkie tupanie słychać z daleka. W środku osiem kobiet w legginsach, getrach, dresach. Matki, żony, gospodynie. Trzydziestolatki, czterdziestoparolatki, jedna z nich po pięćdziesiątce. Tańczą, jak co wieczór w piątek, wpatrzone w ekran stojącego w kącie telewizora. "She’s A Maniac" leci z głośników, a osiem kobiet naśladuje ruchy Alex Owens z filmu "Flashdance". Pot, śmiech, wymachy, tupanie. „Nie mamy pieniędzy na prywatne lekcje tańca”, mówią i ćwiczą same.

Około 23 zajrzy do nich dozorca, który nie będzie mógł zasnąć, i zapyta: „Nie macie dosyć, dziewczyny?”. Nie mają. „Taniec sprawia, że czuję się silniejsza”. „Tańczę, żeby schudnąć”. „Zawsze marzyłam, żeby być jak Alex. Moda na taniec sprawiła, że nabrałam odwagi”.

Warszawa, popularna szkoła tańca. Walca, samby uczą tu tancerze znani z telewizyjnego show. Dzięki ich nazwiskom do szkoły przyjeżdżają dziewczyny z całej Polski. Jak Lidka z Elbląga, Marta z Bolesławca, Olga z Opoczna. Za godzinę skończą się zajęcia, zgasną światła. Dziewczyny na podłogach rozłożą śpiwory i zasną. Rano znów będą tańczyć pod okiem fachowców. Obsługa o nich wie i ich nie wygania, bo lekcje pochłaniają znaczną część budżetu dwóch studentek i samotnej matki.

Dlaczego tańczą? Lidka, która studiuje administrację: „Bo chcę mieć czym zaszpanować w klubach”. Marta, na drugim roku anglistyki: „Bo tu czuję się wyjątkowa”. Olga, matka dwulatki: „Bo po raz pierwszy w życiu robię coś tylko dla siebie”. Kilka ulic dalej w przyciemnionej sali muzyka leci ze starego gramofonu, trwa milonga – spotkanie ludzi, którzy chcą tańczyć tango argentyńskie.

Magda tańczy od roku, wspomina początki, kiedy z nowo poznanym partnerem przełamywali strach, wstyd i deptali sobie po nogach. I to, że któregoś razu po północy zostali już tylko oni. On – chudy blondyn, doradca klienta w banku, ona – szatynka w okularach, kierowniczka apteki. Tańczyli do trzeciej w nocy. Następnego dnia umówili się na parkiecie. Zanim zostali parą, przetańczyli razem 188 godzin.

– Zaczęłam tańczyć, żeby przełamać nieśmiałość i znaleźć miłość. W niedużym miasteczku pod Lublinem trenuje Edyta. Stoi na rękach, na głowie. Odpycha się nogami, robi szpagat, wiruje po podłodze. Jej mieszkanie ma 40 metrów. Prawie nie ma w nim mebli. Żeby można było tańczyć. Na ścianie w dużym pokoju wisi lustro na pół ściany. A na nim zdjęcia z brodwayowskiego "Fame". Wieczorami raz w tygodniu w niewielkim klubie tanecznym Edyta toczy walkę. Na modern jazz i breakdance.

Spotykają się dwie grupy – w każdej kobiety, mężczyźni, sąsiedzi, znajomi z pracy. Tańczą naprzeciwko siebie, do rana. Kończą przekonani o swojej przewadze. Zaczęła tańczyć, bo była wściekła. Potem odkryła, że to jej pasja. W Krakowie Grażyna, która ma własną agencję nieruchomości i trójkę dzieci. – Kto powiedział, że tańczyć mogą tylko szczupłe? – zastanawia się i wspomina moment, w którym zapisała się na pierwszą lekcję.

– Kilka lat temu, po tym jak Kinga Rusin w "Tańcu z gwiazdami" tak namiętnie zatańczyła rumbę. To śmieszne, ale patrząc na nią, wyobrażałam sobie, że to ja tak tańczę i wyglądam. Rano Grażyna zrobiła dzieciom kanapki, posłała łóżka, pojechała do pracy. W internecie znalazła szkołę tańca. „Chcę się poruszać, tylko tak, żeby można było w luźnym dresie – powiedziała instruktorce. – Kochana, musisz pozbyć się kompleksów. Zaczniemy od tańca brzucha”.

– Oczywiście na zajęcia nie poszłam. Nie chciałam się kompromitować. Dziś Grażyna tańczy hula. Znów Warszawa. Za chwilę uderzy techno, house. W świetle stroboskopu, w zapachu kadzideł. Ruch ciał, tupanie nóg, trans. Kilkanaście osób w lnianych bluzkach. Dżinsy, T-shirt, rude włosy. To Marzena, dyrektor kreatywna w agencji reklamowej, mężatka.

– Ponieważ nie lubię być jak wszyscy, zamiast na salsę poszłam na taniec szamański – mówi. Po transowym tańcu Ałtajczyków ludzie leżą na podłodze, ktoś płacze, ktoś się histerycznie śmieje. – Ja nic nie czułam. Więc szukałam dalej. Aż trafiłam na flamenco.

A teraz Monika Richardson, dziennikarka, żona, matka, uczestniczka jednej z edycji Tańca z gwiazdami. Program się skończył, ale ona tańczy nadal. Dwa razy w tygodniu w grupie ośmiu kobiet, młodych mam, bizneswomen na urlopach macierzyńskich. – Pracujemy zawodowo, zajmujemy się domem, jesteśmy silne, samowystarczalne, w T-shirtach, tenisówkach.

Brakuje nam zwykłego poczucia kobiecości, które kiedyś dawał gorset, wachlarz, długa suknia. Więc dzięki programom tanecznym zaczęłyśmy być odważne w poszukiwaniu kobiecych gestów, rytuałów. Na parkiet wkładamy szpilki, prostujemy plecy, uczymy się uwodzenia wzrokiem. I tu jest klucz do zrozumienia fenomenu tańca.

To trwa nadal

Kiedy zaczęłyśmy tańczyć? Jest koniec lata 2007. Magda, która dziś chodzi na milongi, do warszawskiego klubu idzie z dwóch powodów. Po pierwsze potańczyć, po drugie kogoś poznać. Ostatni raz w miejscu publicznym tańczyła, świętując obronę pracy magisterskiej, czyli sześć lat temu.

– Ale klubowy taniec różnił się od tego, co zapamiętałam z imprez w Hybrydach. Kiedyś były swetry, koszule i kołysanie się w rytm. Teraz połyskliwe tuniki, szpilki i dziewczyny ruszające się jak Beyoncé w teledyskach – opowiada. Przy barze zagadał ją architekt z pasją, takich lubi. Rozmawiali długo, aż zaproponował: „Chodź, poswingujemy”. Na parkiecie obracał się na palcach jak Jackson w "Thrillerze".

A ona marzyła, żeby wysiadł prąd. Sala była pełna luster. Widziała siebie i myślała: za luźne dżinsy i te ręce zgięte w łokciach, ruszają się na zmianę, to w przód to w tył, jakbym uprawiała nordic walking. Przed północą wróciła do domu. Rano zadzwoniła do koleżanki, lekarki, która tańczy salsę. „No, jesteś trochę drewniana – usłyszała Magda. – Dam ci numer do mojej trenerki”.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje