Przejdź na stronę główną Interia.pl

Słucham innych, robię swoje - część III

W Polsce panuje kult sztucznej skromności. Wszystko po to, żeby nie stać się źródłem złych zazdrości.

Niech mówią, że jestem gruba i głupia

Karolina Korwin Piotrowska, współprowadząca kontrowersyjny program W TVN STYLE "Magiel towarzyski "

Reklama

W show-biznesie pracuje kilkanaście lat. Przeszła przez RadiA: Kolor, Zet, PIN. Jest producentką programów, redaktorem, krytykiem filmowym: - Nie osiągnęłabym tego wszystkiego, gdybym starała się wszystkim przypodobać - stwierdza.

Zamawia chłodnik, potem tiramisu. - Biorąc pod uwagę, że Katarzyna Skrzynecka publicznie zasugerowała, że powinnam schudnąć, chyba muszę zastanowić się nad tym deserem - uśmiecha się, po czym sekundę później z lubością wbija widelczyk w ciasto.

- Wiesz, co o mnie mówią? - pyta z pełną buzią i wyraźnym zadowoleniem na twarzy. - Jem tylko puszki, bo nie umiem gotować. Mam nieustające problemy z facetami, nie uprawiam seksu, więc jestem zgorzkniałą starą panną. Nie mam dzieci, dlatego nie mogę być normalna.

Ostatnio dowiedziała się, że jest lesbijką. Doniósł jej o tym były narzeczony, z którym utrzymuje serdeczne kontakty. Zadzwonił i powiedział wprost: "Karolina, podobno zmieniłaś orientację". Poza tym jest sfrustrowana, gruba, brzydka i fatalnie się ubiera.

Do tego, że budzi skrajne emocje, zdążyła się już dawno przyzwyczaić, ale od kiedy prowadzi "Magiel towarzyski", liczba ludzi jej nieżyczliwych znacznie wzrosła.

- Pocieszam się zdaniem, które kiedyś usłyszałam: "Miarą twojego sukcesu w Polsce jest liczba plotek na twój temat". Jeśli uznać je za prawdziwe, to chyba odniosłam sukces, prawda?

Od dziecka była ostra, miała cięty język i nie oglądała się na innych. Rodzice powtarzali: "Bądź niezależna", "Miej własne zdanie". Gdy rówieśnicy Karoliny przychodzili do szkoły ubrani w takie same mundurki, z tekturowymi tornistrami na plecach i w nieśmiertelnych juniorkach, jej mama stwierdziła: "To nie są Chiny Ludowe" i uszyła córce ładny fartuszek. Kolorowy plecak przywiózł córce z RFN tata. - Nie chodziło o to, żebym wyglądała bogato, tylko żebym nie dała się zrównać z jedyną obowiązującą słuszną średnią. To stało się moim celem. Jak trzeba było coś załatwić, gdzieś pójść, wysyłano mnie.

Miała osiem lat, gdy głośno, przy całej klasie, próbowała dowiedzieć się od nauczycielki, dlaczego jedyną osobą, która dostała nowe podręczniki, jest syn dzielnicowego dygnitarza PZPR: "Nie bardzo rozumiem te zasady, może pani mi to wyjaśni?", spytała krótko. Wychowawczyni wezwała do szkoły mamę, Karolina dostała reprymendę od samej dyrektorki szkoły. - To był pierwszy raz, gdy ktoś próbował złamać mi kręgosłup, a ja mam jeden, który ma mi służyć przez całe życie. Nie dam się wbić w ziemię - zaznacza.

Jej zdaniem, gdy szanujesz i doceniasz siebie, szanują cię też inni: - Żaden szef nie próbował mnie zniszczyć czy zmienić - mówi. - Jeśli kazano mi robić coś, czego nie akceptowałam, mówiłam to wprost.

Nawet jeśli ryzykowałam utratę pracy. Tak było, gdy pracowałam jako redaktor naczelna "Sukcesu" i odmówiłam wycinania strony z felietonem Manueli Gretkowskiej.

Nigdy nie łudziła się, że ludzie ją uwielbiają. - Jeśli ktoś mówi, że lubią go wszyscy, to albo mu się tak tylko wydaje i powinien iść z tym do specjalisty, albo to jest człowiek bez charakteru, który stara się wszystkim przypodobać - twierdzi. I stanowczo dodaje: - Media to nie jest miejsce dla płaczących misiów czy nadwrażliwych dziewczynek. Tu trzeba mieć grubą skórą. Idziesz do przodu, jeśli nie masz złudzeń. To, że ktoś się do ciebie uśmiecha czy jest miły, to wcale nie znaczy, że cię lubi i można mu zaufać.

Dosłownie trzy dni temu była świadkiem pewnej sceny. Kilka koleżanek jadło wspólnie obiad. Wśród nich znana prezenterka. Wystarczyło, żeby zniknęła za drzwiami, a natychmiast posypały się na nią gromy. I to od kogo? Od jej niby dobrych znajomych. "Ona się źle prowadzi", rzucił ktoś. Wtedy Karolina nie wytrzymała: "A przepraszam, jakie to ma znaczenie w kontekście pracy, jak ona się prowadzi? I co to w ogóle znaczy "dobrze się prowadzić"?".

Ma kilka zasad, które ułatwiają jej poruszanie się w show-biznesie. Po pierwsze, oddziela życie prywatne od zawodowego. Trudno się do niej zbliżyć. Ale naprawdę woli, gdy nazywają ją zimną suką, niż gdyby mieli opowiadać o jej osobistych problemach. - Pracuję w miejscu, które generuje plotki. Po co mi to? Zwierzam się nielicznym przyjaciołom, których znam od kilkunastu lat i którzy nigdy mnie nie zawiedli. Cała reszta?

Nastawiona jestem do nich życzliwie, ale niczego nie oczekuję. Kilka razy spotkałam się z "przyjaźniami", których celem było wykorzystanie moich kontaktów.

Przyznaje, że gdy docierają do niej opinie, że nie nadaje się do swojej pracy, czy jest nieinteligentna, potrafi zbić ją to z tropu. Nie jest w końcu człowiekiem bez uczuć. Szybko jednak stawia się do pionu. - Marilyn Monroe chciała, żeby ją wszyscy kochali, i jak skończyła?

Jednak daleko jej do tego, by udowadniać, że nie jest potworem. "Pani Karolino, przyjdzie pani do naszego programu coś ugotować?", zaprasza dziennikarka "Dzień dobry TVN". Inna: "Pani Karolino, słyszałam, że ma pani dwa psy, pokazałaby je pani w naszej stacji?". - Mogłabym wystąpić w czymś takim, bo to pewnie ociepliłoby mój wizerunek. "Rety, ona potrafi zrobić placki i ulepić pierogi? Nie wysysa krwi z piesków?!", dziwiliby się ludzie. Pytanie tylko, czy mi na tym zależy.

Od dziecka słyszała, że jest zarozumiała. - Problem polega na tym, że w Polsce panuje kult sztucznej skromności. Wszystko po to, żeby nie stać się źródłem złych zazdrości. Po cholerę mam być skromna, gdy mam osiągnięcia?

Kilka lat temu pracowała z Michałem Żebrowskim przy jego płycie. Mieli takie swoje zdanie wytrych, gdy ktoś ich krytykował: "Kim on jest, żeby wydawać sądy?". Dziś Karolina podkreśla: - Jeśli słuchasz krytyki, musisz wiedzieć, od kogo jej słuchasz. Jeżeli ktoś w zawodzie jest dla ciebie autorytetem i mówi ci: "To jest fajne, a to jest kiepskie, zastanów się, czy nie ma racji".

Pierwsze odcinki "Magla…" Karolina oglądała w napięciu, obok na kanapie leżał telefon. Pik, pierwszy SMS. To Kuba Wojewódzki: "Powinno być jeszcze ostrzej". Pik, druga wiadomość: "Dopuść trochę do głosu Kina". Potem nadchodziły kolejne. - Uwagi wzięłam sobie do serca. Poprawiałam, zmieniałam.

Cieszy się, gdy takie osoby jak Marek Niedźwiecki ją chwalą: "Mówisz to, co sam bym chętnie powiedział, tylko nie mam odwagi" . I to jest dla niej najważniejsze.

Katarzyna Troszczyńska

Przeczytaj pierwszą część artykułu

Przeczytaj drugą część artykułu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje