Przejdź na stronę główną Interia.pl

Serce bije dalej

Większość z nas mówi: gdybym umarła, chciałabym, by moje serce, nerka uratowały czyjeś życie. Dużo trudniej decydować nam o naszych bliskich. Bo jak w chwili, gdy ktoś bardzo dla nas ważny właśnie odszedł, udźwignąć ciężar decyzji, że jego ciało ma być poddane operacji?

Ale czy możemy odmówić, skoro wiemy, że nasza zgoda daje komuś szansę na dalsze życie? Ewa i Mirka stanęły przed takim dylematem i musiały wybrać. Danucie i Kasi przeszczep uratował życie. To, co się wydarzyło, zmieniło wszystko....

Reklama

Ewa bała się, że lekarze nie zrobili wszystkiego, by ratować jej nastoletnią córkę, bo uznali ją za idealną dawczynię narządów. Mirka wiedziała, że jej mąż, tak jak ona i ich córki, popierał transplantację. Gdy zginął w wypadku, nie miała dylematu. Gdyby nie przeszczep wątroby, Kasia chyba nigdy nie podpisałaby oświadczenia woli - bała się, że to kuszenie losu. A Danuta dopiero kilkanaście lat po operacji uznała przeszczepione serce za swoje.

Ewa: Nie mogłam decydować za córkę

"Tylko ją tknij, gnoju! Nie wypatroszycie jej jak kurczaka! - Ewa rzuciła się na lekarza, gdy ten powiedział: - Pani córka nie żyje - i szybko dodał: - Ale może uratować chłopca w ciężkim stanie, który czeka na serce". Wręczył Ewie broszurkę o przeszczepach narządów od zmarłych. - Nie wierzyłam w śmierć córki. Krzyczałam: "Ona żyje, przed chwilą ją przytulałam" - mówi Ewa. Jej córka Marta miała za rok zdawać maturę. I studiować finanse jak mama, księgowa w jednym z warszawskich banków. Biegnąc do autobusu, potknęła się, upadła, straciła przytomność. Tomografia wykazała guz mózgu. Marta nie przeżyła operacji. "Rano jej stan był stabilny. Lekarz dyżurny mówił, że takich operacji co dzień robicie kilka. Marta chciała za dwa tygodnie wrócić do szkoły!"

- Ewa nie dawała za wygraną. W tym momencie do pokoju zajrzała roześmiana lekarka: "Marek, wieczorem winko u Anki. Szczegóły na Facebooku!", powiedziała do lekarza. - Nawet nie bąknął "przepraszam". Kontynuował: - "Aparatura podtrzymuje funkcje życiowe. Sztucznie. Ale nastąpiła śmierć mózgu. - Kto tak twierdzi? - zapytała Ewa. - Komisja trzech lekarzy stwierdziła. Nie będę pani robił wykładu z interny i anestezjologii. I tak pani nie zrozumie! - Pieprzę wasze komisje. Łowcy skór! Zabili ją, zabili, chcą sprzedać jej serce!". - Wpadłam we wściekłość. No bo co to znaczy, że "śmierć mózgu stwierdziła komisja trzech lekarzy"? Może jeden stwierdził i dał kolegom kwit do podpisania? Takie rzeczy dzieją się w szpitalach. Wiem, bo mój siostrzeniec właśnie skończył medycynę i zaczął staż w szpitalu - opowiada Ewa.

- Wciąż myślałam o tej historii z aresztowaniem znanego kardiochirurga. Wiem, że go uniewinnili, ale wciąż "widziałam", jak profesor Religa mówi w telewizji: "Dranie i świnie znajdują się w każdym środowisku - niestety także w środowisku lekarzy". Pomyślałam, że jeśli podpiszę zgodę na przeszczep, odłączą córkę od respiratora. Powiedziałam "nie". Czy dobrze zrobiłam? Gdy zabieraliśmy ciało Marty ze szpitala, mąż powiedział: - "Ja też do końca myślałem, że się obudzi... Chyba nie mogliśmy uratować tamtego chłopaka. - Nasza córka nie żyje, a ty się martwisz obcym facetem?!", krzyknęłam. Gdy dwa lata wcześniej na niedzielnej mszy ksiądz cytował Jana Pawła II: "Świat potrzebuje braterskiej miłości, której wyrazem może być decyzja o darowaniu narządów", Ewa pomyślała, że gdyby coś jej się stało, oddałaby swoje narządy. - Ale tego dnia, w którym umarła Marta, straciłam wiarę - wyznaje dzisiaj.

Gdy po tamtej rozmowie z lekarzem wychodziła z gabinetu, minęła kobietę chodzącą nerwowo po korytarzu. - Poczułam, że to matka tego chłopaka czeka na serce mojej córki. "Nic z tego", szepnęłam. Wstyd mi, ale to, co czułam, może zrozumieć tylko matka, która traci jedyne dziecko - wspomina Ewa. Pamięta, że gdy odłączali córkę od respiratora, przemknęła jej myśl: "Marty nic nie wróci. A może ktoś mógłby zawdzięczać jej życie...". Ale kilka minut później usłyszała, jak lekarz pytał pielęgniarkę: "To tam leżą te wentylowane zwłoki?". To było o jej Marcie. - Nie mogłam uwierzyć, że mówi to, gdy ja stoję obok. Chciałam jak najszybciej zabrać moje dziecko od tych ludzi. Wyobraziłam sobie, jak stoją nad jej nagim ciałem, tną piłą mostek, wyjmują serce i umawiają się na wino. Wmawiałam sobie, że Marta by się nie zgodziła, by okaleczyć jej ciało. Przecież zamartwiała się blizną na kolanie. Na osiemnastkę chciała dostać operację plastyczną tej nogi.

Pół roku po śmierci córki Ewa zaczęła częściej myśleć o chłopaku, który czekał na serce Marty. Zastanawiała się: "Czy on żyje?". Czasem czuła strach, że sama zachoruje, będzie czekać na przeszczep, ale się nie doczeka - za karę. Poszła do psychologa. Wytłumaczył jej, że wtedy nie mogła zdecydować inaczej. - Pomogło, trochę - mówi Ewa. - Ale nikomu się nie przyznaję, że córka mogła być dawcą. Mąż pociesza, że gdyby trafili do innego szpitala, na innych lekarzy, gdyby byli pewni, że ci ludzie potraktują ciało Marty z szacunkiem, toby się zgodzili. - A ja myślę, że zgodziłabym się, gdybym wiedziała, że tak chciałaby moja córka - mówi Ewa po namyśle.- Do dziś zastanawiam się, czego chciałaby dusza Marty. I nie wiem.

Kasia: Trzeba Być po prostu dobrym człowiekiem

Październik 2006. "Dziewczyny, podpiszcie - współlokatorka Kasi rozdaje w akademiku niewielkie druczki. - To oświadczenia woli, zgoda na oddanie narządów po śmierci", zachęca. - Nie podpisałam. Schowałam do szuflady - mówi Kasia, studentka z Wrocławia. - Bałam się. Wyobraźnia podsuwała obrazy: wpadam pod tramwaj, samochód. Podpisać to kusić los, myślałam. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że sama będzie miała przeszczep. Niespełna rok później. - Żyję, bo ktoś dla mnie takie oświadczenie podpisał. Los jest przekorny - mówi. - Ludzie pytają mnie, od kogo mam tę wątrobę. Nie wiem i nie chcę wiedzieć - tłumaczy. - Bo dawca zawsze jest podobny. Ta sama grupa krwi, podobna waga. Miałam zaledwie 21 lat, dawca mógł być nastolatkiem. Po operacji dopadła ją myśl: "Ktoś zginął, a ja wciąż żyję?". Powtarzała: "Nie rozumiem wyroków losu. Ten człowiek umarł i uratował moje życie... Dlaczego?". Mówiła sobie: "Nie czekałam na jego śmierć. Nie mam z nią nic wspólnego".

To wszystko stało się tak nagle. Jeszcze przed wakacjami 2007 roku wszystko układało się wspaniale: miłość, praca, zaliczony semestr. Tuż przed wyjazdem do Gdańska Kasia zemdlała w sklepie. "Nie panikuj, upał", powiedziała do chłopaka. Ale którejś nocy obudził ją ból brzucha. Pogotowie nie przyjechało. "Apap i spać", poinstruował lekarz przez telefon. Rano w lustrze Kasia zobaczyła żółte oczy. Szpital pamięta jak przez mgłę. Obudziła się podłączona do czterech kroplówek. "Choroba Wilsona. To genetyczne. Doprowadziło do ciężkiej niewydolności wątroby", usłyszała. Nie zadzwoniła do domu, bo mama miała urodziny. Nie chciała popsuć imprezy. Ale lekarz zadzwonił. - Powiedział matce, że rozważają przeszczep - wspomina Kasia. - Mama nie wierzyła.

Kilka dni później Kasia usłyszała, że jest dawca. "Ma pani szczęście, zwykle czeka się dłużej". Zapytała, czy jest inne wyjście. Usłyszała: "Za późno na farmakologię". Samolot przetransportował ją do szpitala w Warszawie. "Czego się możemy spodziewać po przeszczepie?- zapytała mama Kasi. - Wszystkiego" - usłyszała. Operacja trwała 7 godzin, Kasia obudziła się po dwudziestu. - Ból. I wrażenie, że brzuch składa się z kilku kawałków - wspomina. Pielęgniarka tłumaczyła, że trzeba czasu, by nowa wątroba ułożyła się w brzuchu. Kasia przypomniała sobie historię mężczyzny, który stracił dłoń. Dostał nową, przeszczepioną od zmarłego. Po pół roku poprosił lekarzy, by mu ją amputowali. "Bez ręki można żyć, bez wątroby nie - pomyślała wtedy Kasia. - Na szczęście wątroby nie widać". - Ale gdy zobaczyłam ją na USG i usłyszałam, że wszystko w porządku, łzy same płynęły - opowiada. - Zanim wyszłam ze szpitala, na mojej sali zmarła kobieta, z którą rozmawiałam. Nie przeżyła transplantacji.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje