Przejdź na stronę główną Interia.pl

Odsetki od marzeń

Na własne mieszkanie, na dom. Czasem na samochód lub „odrobinę luksusu”. Kilka lat temu stać nas było na kredyt, jednym podpisem kupowaliśmy sobie lepsze życie. Dzisiaj przychodzi za nie rachunek. Waluty drożeją, płace maleją, bank domaga się kolejnej wpłaty. No i te myśli: Na czym oszczędzić? A może oddać dom? I co będzie, gdy mnie zwolnią z pracy? Czy marzenia na kredyt jeszcze nam smakują?

Barbara, adiunkt na uczelni, i Irek, grafik. Warszawiacy, rodzice dwójki kilkulatków. Ich miesięczny domowy budżet to 4300 złotych. Rata kredytu za mieszkanie po obecnym kursie franka: 3400 zł. Zdarza się, że po opłaceniu rachunków nie zostaje im nic.

Barbara: - Niedawno przypomniała mi się wojenna opowieść prababci. Mówiła: "Żeby nakarmić dzieci, biegałyśmy z siostrą na pola kraść ziemniaki i marchewkę. Nad głowami latały nam bomby". Nie porównuję jej przeżyć do swoich, ale ten obrazek miałam w głowie, kiedy rok temu byliśmy w największym finansowym dole, a mąż wybrał się z sąsiadem na pobliski bazar. Przyniósł obite śliwki, pomidory, kilka ładnych kalafiorów i kabaczków. "Będzie obiad na dwa dni", mówił dumny, jakby wrócił z grzybobrania z koszem prawdziwków. A mnie było wstyd: wykształcony, zdrowy facet, który od kilku miesięcy nie może znaleźć pracy. Ale gdy robiłam kolejny wek, pomyślałam: "Schowaj dumę, zostało wam sto złotych, a wypłata za dwa tygodnie".

Reklama

Nie zawsze było źle. Rok 2007, koniec lata, wtedy wszyscy znajomi kupowali większe mieszkania albo mówili, że planują. Miałam pewny etat na dwóch uczelniach, Irek pracował dla koncernu. Wspólnie zarabialiśmy 11 tysięcy. Frank kosztował trochę ponad 2 złote i według prognoz mógł wzrosnąć maksimum do 2,30. Trzech analityków w różnych bankach przekonywało nas, że gospodarka będzie się rozwijać. Udowadniali, że kredyt w szwajcarskiej walucie jest tańszy niż w złotówkach. Trudno nam było się z tym nie zgodzić.

Szukałam w internecie idealnego miejsca dla nas. Znajdowałam fajne mieszkania, ale gdy dzwoniłam do pośredników, słyszałam: "sprzedane, dziś podpisaliśmy umowę przedwstępną". Najlepsze oferty znikały z rynku momentalnie. Spodobało mi się Miasteczko Wilanów - trochę snobistyczne, ale ciche, czyste, ze spójną architekturą i zielonymi terenami wokoło. Zadzwoniłam do dewelopera. "Mam ostatnie siedemdziesiąt metrów z wielkimi oknami", powiedziała miła pani. Weszłam do tego mieszkania z betonową podłogą, surowymi ścianami i zachwyciłam się przestrzenią, widokiem na lasy w Powsinie.

Jednak mąż nagle zaczął się bać. Mówił: "690 tysięcy kredytu na 30 lat to szaleństwo!". Cały Irek, jemu wystarczała 38-metrowa kawalerka w centrum miasta, w której mieszkaliśmy z małym synkiem. Nieważne, że nie było gdzie wyjść na spacer, że stara winda wciąż się psuła, więc musiałam taszczyć wózek i zakupy na czwarte piętro. Dwa tygodnie później okazało się, że jestem w ciąży. "Jak wyobrażasz sobie naszą czwórkę w tej norze?", denerwowałam się. Irek zmiękł, powiedział: "OK, kupmy to mieszkanie". Ale kawalerki nie chciał sprzedać. "Wynajmiemy i będziemy mieli gdzie wrócić, gdy powinie nam się noga". Na wszelki wypadek przepisał ją na brata.

Ja się nie bałam kredytów. Gdy wychodziłam za mąż, miałam już na opla corsę i laptopa. Złożyliśmy wniosek. Wzięliśmy planowane 690 tysięcy plus 50 tysięcy na wykończenie mieszkania. Wkrótce okazało się, że dodatkowa suma starczyła tylko na podłogę, gniazdka, parapety i kuchnię ze sprzętem AGD. A gdzie łazienka, szafy do przedpokoju i meble? Kiedy zapytałam sprzedawcę w OBI, które panele na podłogę poleca, zapytał: "Urządza pani mieszkanie na wynajem? Nie? A chodziła pani kiedyś po panelach? Słychać wtedy okropne stukanie. Nie ma co oszczędzać stu złotych na metrze, trzeba kupić parkiet".

Znajomi też mnie podkręcali: "Rolety tylko na zamówienie, te z marketów spadają z okien. Nie oszczędzaj na zmywarce, bo za dwa lata ją wyrzucisz". Wkrótce dobraliśmy jeszcze dwa kredyty: 17 i 18 tysięcy. Oczywiście, że się bałam obciążeń, ale z drugiej strony myślałam: kiedy mamy się urządzać, jak nie teraz?

"Igracie z ogniem", mówił mój teść. Ale ja nie popieram tego typowo polskiego czarnowidztwa. Oboje z Irkiem zakochaliśmy się w nowym mieszkaniu. "Miałaś dobry pomysł!", mówił mąż i rozsiadał się z koniakiem na naszej sofie. Większość rzeczy kupiliśmy na kredyt: lampę, krzesła, komplety ręczników i pościeli. Siostra się dziwiła: - "Gdy mnie się coś spodoba, co miesiąc odkładam. - Ja tak nie potrafię, jestem impulsywna. Zresztą stać mnie na raty zero procent" - mówiłam.

Przez rok żyło nam się nieźle, zaczęliśmy nawet oszczędzać. Suma wszystkich rat nie przekraczała połowy naszych wspólnych miesięcznych dochodów. Tyle że z dwojgiem dzieci i z dala od centrum potrzebowałam samochodu. Znajomi sprzedawali kilkuletnią hondę civic. "Nie najtańszy samochód, ale od zaufanych ludzi, to ważne, gdy wozi się dzieci", przekonywałam męża. Poszliśmy do banku. I po raz pierwszy usłyszałam: "Przykro mi, nie mają państwo zdolności kredytowej na całą kwotę".

"Banki różnie liczą, a wygrywa ten, który liczy bardziej liberalnie", powiedziała koleżanka i dała mi numer do swojego doradcy. Do dziś go pamiętam: młody mężczyzna w różowej koszuli tłumaczył: "Kiedy dostaje pani do wypełnienia ankietę o kosztach życia rodziny, trzeba je zaniżać. Pisać, że dla jednej dorosłej osoby to maksimum 550 złotych, a dla dziecka 200". Pozytywną decyzję dostaliśmy w piętnaście minut. Doszła nowa rata: 700 złotych przez pięć lat.

Miałam chwilę wątpliwości, czy nie jedziemy po bandzie, ale po podliczeniu dochodów wyszło mi, że na ten kolejny kredyt jednak nas stać. Fakt, raty zabierały coraz większą część pensji, ale do tego byłam przyzwyczajona. Dopiero kiedy frank zaczął drożeć, zaczęłam się bać. Rosło także oprocentowanie kredytów w złotówkach. "Transakcja odrzucona", słyszałam coraz częściej, gdy chciałam zapłacić kartą w sklepie.

"Jeśli któreś z nas dostanie wymówienie, leżymy", straszył Irek. Ale ja byłam optymistką: "Mieszkamy w Warszawie, tu nigdy nie mieliśmy problemów ze znalezieniem pracy. Pamiętasz? Dwa tygodnie poszukiwań to było maksimum". I wyciągałam z szafy segregator z napisem: "Basia i Irek. Dyplomy, świadectwa, szkolenia". To nasza polisa!

Gdy przestało nam starczać na życie, mój samochód sprzedaliśmy jako pierwszy. Bo w styczniu 2011 r. Irek stracił pracę, a kilka miesięcy potem cholerny frank skoczył na 3,5 złotego. Znaleźliśmy się pod ścianą. W ciągu trzech miesięcy mąż był na kilkunastu rozmowach. Propozycję dostał jedynie ze Szczecina za 3 tysiące netto. Nie chcieliśmy się rozstawać, poza tym ta kwota nas nie urządzała. Bo nagle z domowego budżetu zniknęło ponad 7 tysięcy, które zarabiał Irek. Suma zobowiązań z czynszem, telewizją kablową, rachunkami za telefon przekraczała sześć. Nasze oszczędności: 4700.

Zrezygnowaliśmy z kablówki, a ja z abonamentu na komórkę, do telefonu kupiłam kartę. Sklep spożywczy w bloku okazał się za drogi, więc wsiadałam do autobusu i jechałam do Biedronki. Dzieci przestały chodzić na angielski. Znajomi dzwonili: "wpadniemy w weekend". Na początku wstydziłam się powiedzieć: "Nie mam was czym poczęstować", kłamałam, że jesteśmy zajęci. Ale wkrótce musiałam prosić ludzi o wsparcie.

Pożyczałam od rodziny, od mamy 10 tysięcy. Znajomi mówili: "Nie poratujemy cię, też mamy raty", ale ostatecznie ktoś pożyczył tysiąc, dwa, ktoś 300 złotych. Wierzyłam, że ta sytuacja potrwa chwilę. Ale codziennie w gazetach czytałam, że będzie gorzej: z pracą, z benzyną, z frankiem. "Nadeszły czasy, przed którymi cię ostrzegałem", mój mąż cedził przez zęby.

Gdy dzwonili z banku z działu windykacji, oddawał mi słuchawkę: "To twój dobrobyt na kredyt, więc teraz się tłumacz". Walczyłam, by się nie rozłączyć, kiedy pani z windykacji obcesowym tonem mówiła: "Pani Barbaro! Tracę do państwa cierpliwość!". Czułam, że ma satysfakcję, że może mnie pouczać, musztrować, a potem dawać kolejną szansę. Przymilałam się i prosiłam o tydzień odroczenia, aż wreszcie wynegocjowałam trzymiesięczne zawieszenie spłaty rat za mieszkanie. W tym czasie oddawałam zaległości innym bankom i modliłam się, żeby Irek dostał pracę. Nie dostał. To znaczy dostawał zlecenia, przynosił do domu 2 lub 3 tysiące miesięcznie. Mówił: "Mało ci? Popytaj, ile zarabiają ludzie".

Kiedy bratowa upomniała się o dług, oddaliśmy jej i zaczęliśmy zalegać z czynszem, a potem z prądem. Negocjowałam z RWE, żeby nam go nie odcięli. Z bezsilności czasem tłukłam szklanki. Irek o sprzedaży kawalerki nie chciał słyszeć. "Nie pozbędę się wszystkiego! Będę miał do czego wrócić, gdy zlicytują nam ten a-par-ta-ment!". Obwiniał mnie o kłopoty, ja nazywałam go nieudacznikiem. Kłóciliśmy się o kasę, zaczęliśmy wszystko dzielić na moje, twoje. Nie jadł tego, co ugotowałam, kupował sobie mielonki w puszce.

Czytaj dalej na następnej stronie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje