Przejdź na stronę główną Interia.pl

O wiek cię nie pytam

W przyjaźni jak w miłości najważniejsze są wspólne zainteresowania i życiowe priorytety. A gdy do tego jeszcze spotkają się podobne charaktery, różnica w dacie urodzenia nie ma znaczenia.

Niczego nie trzeba wykreślać

Hanna Krall, pisarka i Mariusz Szczygieł, 42 lata, reporter, zastępca szefa dodatku "Duży Format" Gazety Wyborczej.

Reklama

Od kilku lat Mariusz Szczygieł boi się zasypiać. Sen to jakby śmierć, więc czuwa do późna, by życia nie ubywało. Późnym wieczorem dzwoni do Hanny Krall. Jak z nią porozmawia, trochę mu lepiej. Raz nawet doszedł do wniosku, że właściwie już się śmierci nie boi. - Bo po drugiej stronie, pani Haniu, są Ryszard Kapuściński i moi przyjaciele, Beata Pawlak i Waldek Goszcz.

- Ale czy oni nas odnajdą, panie Mariuszu, skoro jest tam tyle miliardów istnień? Jednak tu, na ziemi, Krzysztofowi Kieślowskiemu łatwiej było znaleźć mnie na Ursynowie, bo mieszkał na Mokotowie.

- A ja myślę, że tam nie ma odległości.

- Tak bym chciała, żeby mnie odszukali Rysiek Kapuściński i Krzysztof Kieślowski. Ale będzie fajnie, jak spotkam rodzinę, której nie znam. Wszystkich, którzy zginęli za okupacji. Ciocię Alę spytam, jak to się stało, że została komunistką: "Co ci do łba strzeliło? Ty, wykształcona i inteligentna, a taka głupia!".

Potem Hanna Krall odkłada słuchawkę i mówi do męża: "Jaki dziś był dobry dzień! Zadzwonił do mnie pan Mariusz z informacją, że istnieje życie pozagrobowe!".

Ponad dwadzieścia lat temu kolega powiedział Szczygłowi, że czyta książkę autorki, która pisze wyłącznie o bardzo smutnych rzeczach. Tak do jego rąk trafiły "Trudności ze wstawaniem" Hanny Krall. - Czytałem te reportaże, dochodziłem do puenty i za każdym razem przeszywał mnie dreszcz. Dawkowałem je sobie po troszeczku, jak narkotyk. Pamiętam, że pomyślałem: "Jak bym chciał porozmawiać z nią całkiem prywatnie. Żeby powiedziała coś tylko do mnie, żebym miał to na własność". Kiedy w 1990 roku pisarka szukała młodych dziennikarzy do nowo tworzonego działu reportażu w "Gazecie Wyborczej", wysłał swój tekst. I doczekał się odpowiedzi: "Pisze pan, jak się pisało dwadzieścia lat temu. Dzisiejsze czasy wymagają innego pisania. Zdania powinny być szybsze". Jednak dała mu szansę.

Hanna Krall: - Najważniejsze w tym zawodzie, ciekawość świata i słuch, Mariusz miał. On i Wojtek Tochman, dwójka z tamtej grupy, to dzisiaj najlepsi reporterzy w Polsce.

Przyjaźń rozpoczęła się od spraw zawodowych. - Pani Hania uważała, że w moim pisaniu za dużo było chichotu, a za mało współczucia.

- Pilnowałam, żeby mnie nie naśladował. Pokazywałam, co można zrobić ze zdaniem, jak zagęszczać tekst.

- Dzwoniłem i pytałem: "Co lepiej brzmi? "Państwo Miller postanowili żyć pięknie" czy "Państwo Miller chcieli żyć pięknie"".

- Brałam do ręki długopis i wykreślałam, jeśli czegoś było stanowczo za dużo. Dziś Mariusz Szczygieł nie pokazuje już Hannie Krall swoich tekstów przed drukiem. Ona jego dwa reportaże z tomu "Gottland" uważa za bezbłędne, bo niczego nie trzeba z nich wykreślać. Teraz rozmawiają nie tylko o pracy. Choć gdy Krall wstaje rano i czuje, że nigdy już niczego nie napisze, niezwłocznie zawiadamia o tym Szczygła. Tak samo, kiedy uznała, że w nowej książce "Różowe strusie pióra" udało jej się napisać naprawdę udaną stroniczkę. - Zadzwoniłam i powiedziałam, że nareszcie, po pięćdziesięciu latach! On zabiegał o tę przyjaźń, bo potrzebował bezwarunkowej akceptacji. - W pani Hani szukałem autorytetu i cech matki. Moja mama strasznie przejmuje się wszystkim, co mnie dotyczy. Tego już nie zmienię. A pani Hania zachowuje dystans i trzeźwy osąd

Słucham jej rad, bo nie kieruje się emocjami jak moi rodzice. Gdy zaproponowano mi prowadzenie talk-show "Na każdy temat" w Polsacie, zapytałem ją, czy mi wypada. A kiedy uznała, że powinienem już odejść z telewizji, odszedłem. Nie możemy się porozumieć tylko w kwestii psychoterapii. Ona nie pojmuje, jak mogę u psychoterapeuty przerabiać swoje kryzysy. Czasem jednym zdaniem potrafi przywrócić rzeczom właściwe proporcje. Sprowadza moje problemy do rzeczywistego rozmiaru.

Hanna Krall: - Dzieli nas różnica półtora pokolenia. Ja jestem dzieckiem wojny, a on na szczęście dzieckiem normalnego świata. Patrzę na niego z ciekawością i zadaję sobie pytanie, kim ja bym była na jego miejscu. Co bym robiła, gdyby nie wojna? Wprawdzie to ona nauczyła mnie, co jest w życiu ważne, ale na zawsze odebrała poczucie bezpieczeństwa. Rówieśnicy Mariusza nie tracili energii na próby przeżycia. Imponują mi. Żyją bez kompromisów. Mariusz w dziennikarstwie dokonał czegoś, na co najpierw patrzyłam ze zdumieniem, ze zgorszeniem nawet, a potem z podziwem. Przekroczył granicę reportażu i wszedł w rewiry zastrzeżone dotychczas dla literatury pięknej. Prywatnie jest serdeczny, dobrze wychowany i ma dobrotliwy uśmiech. Niedawno byliśmy razem we Francji. Wędrowaliśmy po Prowansji, dobrze się z nim czułam.

Mariusz Szczygieł: -Na paryskim bulwarze Montparnasse chciała, żebym ją fotografował na tle znanych literackich knajp. I koniecznie, żeby było widać szyld. Zapytałem, co zrobi z tymi fotografiami. Odpowiedziała serio, że powiększy je i powiesi na kuchennym kredensie. Ma ogromne poczucie humoru. Kiedyś zdenerwowana zakończyła zdanie: "Koniec i kropka!". A po chwili dodała spokojnie: "Bo mnie najlepiej kropki wychodzą".

Złości się tylko, że pisarka wciąż porozumiewa się ze światem za pomocą faksu. - Tłumaczę, że to przestarzałe, straszę, że właśnie je wycofują. Przez pięć minut jest zaniepokojona: "Musimy coś zrobić, panie Mariuszu, faks likwidują!". Ale nie umie przestawić się na maile.

Pytany o to, czym można Hannie Krall sprawić przyjemność, odpowiada: - Zaprosić na dobre jedzenie i campari z sokiem z mandarynek.

Sam dostał od niej najcenniejszy prezent. Dedykację na książce: "Po wszystkim, o czym sobie opowiedzieliśmy, nie mam już nic do dodania".

Maria Barcz

Przeczytaj drugą część artykułu

Przeczytaj trzecią część artykułu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje