Przejdź na stronę główną Interia.pl

Niech mama już idzie

Ta więź nie jest oczywista. Bo z synową lub zięciem można być w zgodzie tylko... pod warunkiem. Warunki teściowej? Żeby młodzi nie byli pazerni: „mamo, daj”, „mamo, kup”. Żeby nie traktowali jak darmowej niani. Żeby rozumieli, że dzisiaj kobieta 60 plus ma swoje sprawy i nie musi się poświęcać. A w zamian? Trzeba pomagać bezinteresownie. Nie wtrącać się. Zaakceptować, że dziś małżeństwo wygląda inaczej niż za moich czasów. To trudne. Współczesne teściowe opowiadają o życiu na czynnym wulkanie.

Anna, 68 lat, emerytowana farmaceutka, wdowa

Reklama

Już ponad rok jestem na emeryturze, ale jeszcze nie miałam wolnego tygodnia. Od kiedy synowa wróciła do pracy, zajmuję się wnukiem dziewięć godzin dziennie. Za darmo oczywiście, myśli pani, że wzięłabym od dzieci pieniądze? Emerytury dostaję 1700 złotych, ale mam też oszczędności, więc jakoś sobie radzę. I jeszcze staram się pomóc. Młodzi na dorobku, z kredytami i dwuletnim dzieckiem. Nieduży dom chcą budować pod miastem.

Zjawiam się u nich codziennie o 7.45, żeby zostać z wnuczkiem. Nigdy nie przychodzę wcześniej - za bardzo się wtedy denerwuję. Synowa biega po domu i wrzeszczy, bo wiecznie jest spóźniona. Krzyczy na mojego biednego Damiana, że jej nie pomaga, za mało zarabia. A sama? Siedzi w banku za cztery tysiące. Jeśli jej nie wystarcza, niech postara się o awans. Bo Damian, proszę mi wierzyć, "robi bokami". Czym dokładnie się zajmuje, nie umiem wytłumaczyć. Różnymi projektami, promocjami, jest wolnym strzelcem. Całymi dniami przesiaduje z laptopem w kawiarniach przy placu Zbawiciela. I myśli, główkuje, aż jest od tego blady.

W zeszłym roku podpisał umowę na sprzedaż pomysłu biznesowego. Za 65 tysięcy. Niestety, trafił na oszustów, którzy mu nie zapłacili. Był więc telefon: "Mamo, pożycz dwa tysiące, tylko na miesiąc". Zlikwidowałam lokatę i pożyczyłam. Nie oddał, pomyślałam: "nie musi, w końcu to moje dziecko".

Opowiem o sierpniowym poniedziałku z zeszłego roku. Gdy weszłam do ich łazienki, zobaczyłam w wannie namoczoną stertę ubrań. "Pralka nam wysiadła, nie da się naprawić, będziemy prać ręcznie", usłyszałam od syna. Oszczędności? Nie mieli. Kredyt? Brak zdolności, bo wzięli jeden na mieszkanie, drugi na samochód i niedawno pożyczkę na ekspres do kawy oraz dwa tablety. Po co im tyle komputerów? Nie wiem, trudno mi zrozumieć dzisiejszych trzydziestokilkulatków. Miałam odłożone pieniądze na nową pompę do studni na działce. Co tam, dałam synowi kartę i powiedziałam: "jedź do sklepu". I tylko o jedno mam żal, że nie kupił pralki z promocji, takiej do tysiąca złotych. Wybrał wersję z programem na roztocza i praniem koronek. Zapłacił 1699 zł, tyle, co cała moja emerytura. "Bo tanie pralki się psują", mówił. Nic nie powiedziałam. Dlaczego?

Czasem sobie wyrzucam, że nie byłam wystarczająco dobrą matką, i myślę, że teraz powinnam się zrehabilitować. Prowadziłam aptekę, więc Damian jako dziecko biegał z kluczem na szyi. Moczył się do dziewiątego roku życia, w szkole miał kłopoty z koncentracją. Może dlatego, że jego ojciec był wymagający, potrafił zdzielić go pasem? Powinnam była coś z tym zrobić, ale nie zrobiłam. Z drugiej strony starałam się. Syn był zadbany, oprany, wieczorami gotowałam mu dwudaniowe obiady. W liceum, na studiach wciąż zakochiwał w dziewczynach, które go nie chciały. Kiedyś w magazynie psychologicznym przeczytałam, że to może być wina matki...

Dlatego, gdy jako 26-latek przedstawił mi Beatę, przyszłą synową, ucieszyłam się, bo zobaczyłam, że jest dla niej ważny. "Jeśli będzie potrafił ułożyć sobie z nią życie, to znaczy, że jednak dobrze go wychowałam", myślałam. Polubiłam Beatę. Była bezpośrednia, zabawna. Jeszcze przed ślubem zapytała, czy nie mogliby z Michałem wprowadzić się do mieszkania po mojej matce, które wynajmowałam za dwa tysiące miesięcznie. Ale to było moje zabezpieczenie na starość. Zaproponowałam, że je sprzedam i dostaną siedemdziesiąt procent kwoty, jaką za nie wezmę. Resztę wpłacę na lokatę. Damian był zły. "Byłem ulubieńcem babci. To mieszkanie mi się należy", mówił.

Biłam się z myślami, czy dobrze robię, ale koleżanki przekonywały: "Myśl o sobie!". To, co im dałam, nie starczyło na zakup dwóch pokoi. Przeze mnie wzięli kredyt, ale cóż.

Opowiem pani o wnuku, jest śliczny - blondynek z loczkami. Kiedy wychodzę, zawsze płacze "baba, ostań". Nic dziwnego, zżył się ze mną. Karmię go, bawię się z nim, usypiam, zmieniam pieluchy, chodzę na spacery i gdy trzeba do lekarza. Tylko czasem synowa mi zarzuca, że wymyślam za mało kreatywne zabawy, i wzdycha, bo koleżanka ma nianię, która mówi do dziecka po angielsku. Ja znam raptem kilka zwrotów, więc odpada. Przykro jest mi niemal zawsze, gdy od nich wychodzę. Bo Damian i Beata wpadają do domu, przepraszają za spóźnienie i mówią: "dziękujemy, to do zobaczenia". Rzadko zaproponują kawę albo żebym z nimi zjadła.

Gdy Jaś skończył osiem miesięcy, Beata postanowiła, że wróci do banku. Ja jeszcze pracowałam w aptece, życie zawodowe sprawiało, że nie czułam się taka stara, niepotrzebna. Miałam powód, żeby ładnie się ubrać, umalować. Ale Damiana i Beaty nie było stać na nianię, nie chcieli oddać syna do żłobka, a jej rodzice mieszkają daleko. "Mamo, myślisz o emeryturze?", zapytał kiedyś syn. Myślałam, ale powiem pani szczerze, plany z emeryturą wiązałam ogromne. Spać do dziewiątej, przeczytać książki Alice Munro, odmalować domek na działce i odwiedzić siostrę w Norwegii. Teraz bilety bywają tanie, więc mogłabym polecieć do niej do Bergen, pomieszkać trochę, zobaczyć fiordy i zorzę polarną. Bo świata nie zdążyłam zwiedzić. Nie miałam czasu na podróże, nie było za co. Byłam tylko w NRD i Bułgarii. A na Zachodzie w Fatimie i Santiago de Compostela. Pojechałam, gdy mój mąż zachorował na raka.

Syn z żoną przekonali mnie jednak, że mój wiek to najlepszy czas, by poświęcić się rodzinie. Zgodziłam się. Kocham wnuczka nad życie, co innego mogłabym zrobić? "Mama też może na nas liczyć", zapewniła synowa i zaproponowała, że na stare lata udostępnią mi w ich nowym domu strych, tam zrobią mi pokój. Tylko niby jak ja, niedołężna, miałabym na ten strych wchodzić? No i przecież tego domu w ogóle jeszcze nie ma. Ale synowa słynie z prezentów, z których nie mogę skorzystać. We wrześniu, gdy Damian dostał wreszcie przelew, zaproponowała, żebym pojechała z nimi w góry, choć wiedziała, że w tym czasie chodzę na rehabilitację.

Weekendy niby mam wolne, ale prawie zawsze syn dzwoni z prośbą: "Mamo, zrób nam na przyszły tydzień potrawkę z indyka i może jeszcze gołąbki". Godzę się, zależy mi, żeby zdrowo jedli. "Och, dziękuję - mówi synowa, gdy przywożę im siatkę pełną wiktuałów. "Bo te obiady w biurze, to wie mama... konserwanty i glutaminian sodu".

Mogę być z panią szczera? Ona nie powinna tyle jeść. Eksponuje dekoltami wielki biust, ale powinna spojrzeć na swój brzuch i pupę. Poćwiczyć. Nigdy jej jednak nie docięłam. Ale to są drobiazgi, bo miesiąc temu odebrałam telefon od Damiana. "Mamo, mamy kłopot. Był u nas komornik, chodzi o stary dług. Komornik straszył, że wyniesie nam meble. Kwota z odsetkami: 49 tysięcy. Nic się nie martw, sam się z tym uporam". Ale jak? Pieniędzy nie mają. A ja? Ja... mam lokatę.

Któregoś dnia bawiłam się z wnuczkiem i ktoś zadzwonił do drzwi. Komornik. Mówił, że to nie przelewki i jeśli syn nie zapłaci, następnym razem będą wynosić rzeczy. "I co zrobisz? - pytałam Damiana. - Mamo, nie będziemy nikomu otwierać. - Wtedy wejdą z policją!". Kilka nocy nie spałam. Koleżanka postawiła mi karty. Pierwsza? Odwrócony głupiec. "To wskazuje, że jesteś bezmyślna. Nie pożyczaj, oni na tobie żerują", powiedziała koleżanka. Karty kartami, ale syna ratować trzeba. Przelałam 49 tysięcy na konto komornika, niewiele mi już zostało. Dziękowali, zaprosili do restauracji. Ale ja bym wolała, żeby powiedzieli, że oddadzą chociaż jedną trzecią, w ratach. Niedawno, gdy potknęłam się w korytarzu o zabawkę, od Beaty usłyszałam: "Oj, no tak, tłoczymy się we trójkę na sześćdziesięciu metrach. Mama szczęściara ma dwa pokoje tylko dla siebie".

Myśli pani, że ona poluje na moje mieszkanie? Liczy, że je sprzedam i kupię dwadzieścia metrów, a resztę pieniędzy oddam im? Nie, na pewno nie, to moja rodzina, tylko oni mi zostali. I siostra, ale ona jest w Norwegii. Kilka dni temu napisała: "Przyjedź. Mam na oku faceta dla ciebie". Pomyślałam: "Może za rok, gdy Jaś pójdzie do przedszkola. Jeśli będzie mnie stać na tę podróż".

Barbara, 65 lat, właścicielka spa, po rozwodzie drugi raz wyszła za mąż

Mam zasadę. Zajmuję się swoimi sprawami i nie wtrącam w życie dzieci. No, chyba że dzieje się coś złego i trzeba im pomóc. Jak wtedy, gdy synowa rodziła dziesięć godzin, a ja zdenerwowana czekałam na korytarzu. Syn co jakiś czas wychodził z porodówki przerażony: "Główka nie schodzi do kanału rodnego", "Ance skoczyło ciśnienie, krew trysnęła nosem". "Dlaczego nie robią cesarki?!", krzyknęłam. Była niedziela, nie mieli w szpitalu anestezjologa. Nie wiem, co by było, w jakim stanie urodziłby się wnuk, gdybym nie dodzwoniła się do koleżanki, której szefowa jest córką ordynatora. Godzinę później zjawił się anestezjolog, cięli. Państwowy szpital w dużym mieście...

Zajmowałam się synową przez kilka dni po porodzie. Podawałam wnuczka do karmienia, pomagałam ściągać pokarm, zmieniałam jej podkłady, myłam. Matka Anki zmarła dziesięć lat wcześniej, musiałam ją zastąpić. I chciałam.

Synową polubiłam od razu. Drobna blondynka, inteligentna, kierowała działem sprzedaży w międzynarodowej firmie. Tak jak ja fascynowała się filmami o... wampirach. Gdy weszła do naszej rodziny, zyskałam sojusznika, który mnie z powodu moich zainteresowań nie wyśmiewał. Zawsze marzyłam o córce i teraz w jakimś sensie ją mam. Pamiętam, że w dniu, w którym się zaręczyli, pobiegłam na strych i wyjęłam z pudła małą, oryginalną torebkę Chanel, którą w latach 80. przywiozła mi ciotka z Paryża. "Nie miałam śmiałości jej nosić, teraz jest twoja", powiedziałam. Anka się wzruszyła.

Zaprzyjaźniłyśmy się. Dawałam jej karnety na zabiegi w moim spa, ona pokazała strony internetowe polskich projektantów, którzy szyją świetne i nie tak drogie płaszcze. Mówiłam jej, jak upiec kaczkę, ona uczyła robić curry. Zaprosiła mnie do grona znajomych na Facebooku i często publicznie żartowałyśmy na różne tematy. Nigdy nie rozumiałam koleżanek, które mówiły: "Zobaczysz, jak to jest mieć synową, stracisz swojego Pawełka". "Przecież Paweł nie jest dzidziusiem, to 35-latek! Jest samodzielny, od kiedy skończył studia", mówiłam.

Ale zaczęłam się bać o jedno: mój syn to hulaka. Długo nie potrafił ułożyć sobie życia. Miał różne dziewczyny, jednak szybko się nimi nudził i zawsze sam przyjeżdżał na święta. Martwiłam się, żeby nie skrzywdził Ani, nie porzucił. Bałam się też, żeby nie okazał taki jak jego ojciec.

Co mogę powiedzieć o związku z Romanem, moim pierwszym mężem? Nie pracowałam, wychowywałam syna, a mąż wydzielał mi pieniądze. Odeszłam, kiedy odkryłam, że kochanka urodziła mu dziecko. Przetrwałam dzięki pomocy znajomych, którzy najpierw pożyczali mi pieniądze, a potem załatwili pracę. Dlatego choć kocham syna nad życie, po narodzinach wnuka powtarzałam Ani: "Pamiętaj, by nie porzucać pracy i mieć własne konto".

Paweł zmienił się przy żonie i dziecku. Stał się mniej nerwowy, zaczął biegać, odkładać pieniądze. Byłam wdzięczna Ance, że trzyma go z daleka od picia, nie zgadza się na wypady do baru z kolegami. Starałam się rozumieć dzieci. Nie wtrącałam się, gdy chcieli dać synowi na imię Gordon, mówiłam "hm, oryginalnie..." i cieszyłam się, gdy ostatecznie zdecydowali, że będzie Franek. Kiedy z rocznym dzieckiem postanowili lecieć na trzy tygodnie do Tajlandii, upewniłam się tylko, że wybiorą lepszy hotel i wyspę, na której są lekarze. Kiedy stwierdzili, że nie będą jeść glutenu, bo im szkodzi, z ohydnego ciasta z mąki ryżowej i tapioki lepiłam im pierogi. Nic nie mówiłam, kiedy widziałam, że pies śpi w ich pościeli, a dziecku pozwalają na wszystko. Nie obraziłam się, gdy postanowili spędzić Wielkanoc w Turcji i po prostu powiedzieli: "nie będzie nas na święta". "To ich życie", myślałam i zajmowałam się swoim. Miałam już drugiego męża, prowadziłam spa z koleżanką, nie musiałam wieszać się na dzieciach.

Nie dałam się też wciągnąć w rolę kucharki czy opiekunki do wnuka. "Mamo, zostaniesz z Franiem w ten weekend? - potrafili zapytać w czwartek. - Ale ja mam już plany mówiłam. - Dlaczego nie ustaliliście tego ze mną wcześniej?". Piętnaście lat żyłam w fatalnym związku z pierwszym mężem, kolejne dziesięć byłam sama i ledwo radziłam sobie finansowo, więc teraz, gdy los się do mnie uśmiechnął, zamierzałam to wykorzystać. Dbać o związek, wyjeżdżać na weekendy, regularnie ćwiczyć, nie opuszczać zajęć z angielskiego. Dosyć poświęceń, frustracji, bycia nieszczęśliwą.

"Chętnie zajmę się Franiem, ale musicie to ze mną skonsultować przynajmniej tydzień wcześniej", mówiłam. Jednak, gdy w rodzinie wybuchł pożar, wtedy go gasiłam. Jak kilka miesięcy temu, gdy Anka zadzwoniła roztrzęsiona: "Boję się, że Paweł ma romans. Znowu w weekend gdzieś wyjeżdża, znalazłam SMS-y od dziewczyny z jego pracy". Gdyby oni się już nie kochali, często kłócili, gdyby była między nimi niechęć, walka... Ale widywałam ich często i byłam pewna, że są dobrze dobrani. Żartowali, przytulali się, on często cmokał ją w policzek. Tamta kobieta była dla niego pewnie odskocznią. Zadzwoniłam do syna, poprosiłam, żeby przyjechał.

- Paweł, nie zniszcz dzieciństwa syna, tak jak ojciec zniszczył twoje - mówiłam. - Ale to tylko koleżanka, kocham Ankę, kocham synka, nigdy bym ich nie skrzywdził - mówił i... płakał. Dokładnie tak jego ojciec, który ze łzami w oczach przysięgał, że jest mi wierny. "A co, jeśli tamta kobieta się na niego uparła?", myślałam. Wróciły do mnie wspomnienia. Ból, żal, rozpacz, które czułam, gdy się dowiedziałam, że mąż ma inną. Choć przepraszał, chciał zostać ze mną, już nie mogłam na niego patrzeć. Co miałam zrobić? Czekać, aż z miłostki syna rozwinie się dramat? Zadzwoniłam do synowej: "Podaj mi nazwisko osoby, która do niego pisała". 

Dowiedz się więcej na temat: teściowa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje