Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nie ma lekko w ciężkich czasach

Kryzys nie oszczędza nikogo. Rosnący kurs franka szwajcarskiego, szalejące ceny benzyny, niepokój na giełdzie, lęk przed utratą pracy i zbliżający się krach systemu emerytalnego to nasza codzienność. Oszczędzać trzeba, ale nie można dać się zwariować.

Aktorka Edyta Olszówka siedzi w ogródku swojej ulubionej restauracji na Nowym Mieście w Warszawie. Podchodzi do niej grający na akordeonie mężczyzna, wyciąga rękę i prosi o pieniądze. Mówi, że ma wyższe wykształcenie, zna trzy języki i kiedyś miał dobrą pracę, ale życie potoczyło się w złym kierunku. – Nie zdziwiłabym się, gdyby mówił prawdę. Każdy może tak skończyć, bo żyjemy w bardzo niepewnych czasach. Sama też mogę bać się o przyszłość, bo zrezygnowałam z etatu w teatrze – stwierdza aktorka.

Reklama

Emerytura, którą jej wyliczono, wynosi… 580 zł. – Urodziłam się w głębokim PRL-u i jestem z pokolenia, które wierzyło, że jeśli przepracuje uczciwie całe życie, to jego starość będzie spokojna i bezpieczna. Ale to była iluzja – mówi artystka.

Mądra hedonistka

Olszówka przyznaje, że rezygnując z etatu po dwudziestu przepracowanych latach, wpadła w popłoch. W 2006 roku, gdy frank szwajcarski miał niskie notowania, wzięła kredyt. Potem kurs waluty wzrósł niemal dwukrotnie, rata znacząco się zwiększyła. Ale dzisiaj aktorka jest już spokojna. I gdy ktoś pyta ją, czy brać pożyczkę, odpowiada, że tak, bo wynajmowanie się nie opłaca. Jednak kupować mieszkanie trzeba rozsądnie, w ramach swoich możliwości finansowych.

– Polubiłam kredyt, stał się moim towarzyszem życia. Uznałam go za pewien rodzaj książeczki oszczędnościowej. I przestałam śledzić kurs franka. Nie zastanawiam się, czy wzięcie na siebie tego zobowiązania to była najgorsza decyzja mojego życia. Jeszcze może się okazać, że najlepsza – mówi.

I dodaje, że kryzys ekonomiczny sprawił, że zmieniła swoje podejście do świata. – Zrozumiałam, że jedyną stałą rzeczą jest zmiana. Biorąc kredyt, stałam się graczem. Pieniądze łatwo mogą stracić swoją wartość, ale mogą też za chwilę ją zyskać. Teraz jestem mądrą hedonistką. Celebruję chwilę – opowiada artystka. Żyje na 100 procent. Zamiast dalej panikować, zaczęła podróżować.

Dobrych stron kryzysu doszukuje się również Szymon Hołownia, który wydał właśnie książkę „Ludzie na walizkach. Nowe historie”. szczęście nie zależy od liczby zer na koncie. Mam wrażenie, że ludzie zbyt łatwo rezygnują dziś z własnej wolności, przeżywania jej, na rzecz poczucia bezpieczeństwa. Grzęźniemy w różnych zależnościach finansowych, żyjemy w świecie opartym na liczbach. A one mają to do siebie, że dążą do nieskończoności. Człowiek gromadzi coraz więcej po to, by się nie bać, a im więcej ma, tym bardziej boi się, że może wszystko stracić. To błędne koło, które należy przerwać. Pokazać, że król jest nagi.

Publicysta podczas podróży do Afryki uświadomił sobie, że każdy banknot jest wart tyle, ile dobra można za niego uczynić. Odwiedzał w Zambii sierociniec prowadzony przez zaprzyjaźnione siostry, gdy jedna z osób pracujących w ośrodku ciężko zachorowała. Szpital nie miał funduszy na leczenie, a wystarczyło dać sto dolarów, aby uratować życie kobiety. – W takich sytuacjach finanse zyskują ludzką twarz – twierdzi Hołownia.

I dodaje, że pieniądze powinny być narzędziem służącym do inwestowania w siebie, a nie kagańcem, który zdejmiemy dopiero po sześćdziesiątce, gdy już spłacimy wszystkie kredyty. Żyć trzeba tu i teraz. Dlatego on za pierwszą pensję, którą dostał w wieku dziewiętnastu lat, kupił bilet do Londynu. Chciał zobaczyć świat inny niż ten, który znał. Dzisiaj oszczędności najchętniej wydaje na dokształcanie się i zdobywanie wiedzy przydatnej w pracy.

Lekcja pokory

We własny rozwój chętnie inwestuje też Marek Tejchman, dziennikarz biznesowego kanału TVN CNBC. – Mam poczucie winy, kiedy gram na komputerze albo oglądam głupawy film w telewizji. Wiem, że powinienem w danym momencie czytać książkę o rynkach finansowych – mówi. – Każdy musi liczyć się z tym, że z dnia na dzień zostanie bez pracy albo będzie musiał zmienić branżę. Dlatego ciągle trzeba się kształcić, podnosić swoje kwalifikacje zawodowe. Gdy zaczął się kryzys ekonomiczny, obserwowałem, jak moi koledzy i koleżanki są zwalniani z kolejnych firm. To była dla mnie lekcja pokory.

Edyta Olszówka jest przygotowana na ewentualny brak propozycji zawodowych. – Nie upieram się, że do końca życia muszę być aktorką. Lubię pracować. Może przyszłość odkryje dla mnie zupełnie coś innego?

Podobnie uważa Leszek Zduń, aktor, który ma kredyt mieszkaniowy do spłacenia i pięcioosobową rodzinę na utrzymaniu. Nie boi się pracy innej niż granie. – Gdy urodziły się dzieci, zwiększyła się odpowiedzialność, więc zacząłem intensywnie szukać nowych źródeł zarobku. Zdarzało mi się robić różne rzeczy. Raz przez tydzień pracowałem w salonie Fiata. Na rynek wchodził akurat nowy model i szukano kogoś, kto będzie stał i zachwalał go klientom. Nie znałem się na tym, więc nauczyłem się na pamięć danych technicznych dotyczących tego samochodu, zrobiłem ściągawkę i jakoś poszło. To było bardzo ciekawe doświadczenie – opowiada.

Część zarobionych pieniędzy odłożył na konto oszczędnościowe, bo aktorstwo to niepewny zawód, a on chce być przygotowany na każdą ewentualność. Kiedyś z dnia na dzień został bez pracy. Zrezygnował ze stałego zatrudnienia w Teatrze Narodowym, bo grał w „Rodzinie zastępczej” i „Złotopolskich”, całkiem nieźle zarabiał. Miesiąc później okazało się, że oba seriale zostaną zdjęte z anteny. – To było jak nagłe odcięcie prądu, więc trochę się przestraszyłem. Na etacie byłem czternaście lat i przywykłem do regularnych wpłat na konto pod koniec miesiąca. Okazało się, że dubbing stał się dla mnie źródłem utrzymania, które pozwoliło przetrwać. Dopiero teraz, po dwóch latach, przyzwyczaiłem się do bycia wolnym strzelcem.

Po pieluchy do Tesco

Z tego, że aktorstwo to niepewne zajęcie, zdaje sobie sprawę również Julia Kamińska. Gdy z ramówki zniknął serial „BrzydUla”, co prawda wygrała „Taniec z gwiazdami” i stacja TVN zaproponowała jej rolę w kolejnej produkcji, ale Julia jej nie przyjęła. Wolała wrócić na studia, na germanistykę. Po drugim roku wzięła urlop dziekański i wyjechała z rodzinnego Gdańska do Warszawy na plan zdjęciowy.

– Po dwóch latach przerwy bałam się, że kolejny rok może bardzo utrudnić powrót na uczelnię. Nie jestem aktorką z dyplomem, a potrzebuję w życiu pewnej stabilizacji – mówi Kamińska. Niebawem będzie robić licencjat. Kiedyś zostanie tłumaczem. Myśli też o kolejnym kierunku, architekturze wnętrz. – Czasy są trudne i rozsądnie jest mieć jakąś zawodową alternatywę – dodaje.

Na razie udaje się jej utrzymywać wyłącznie z aktorstwa. Występuje w teatrach, właśnie zakończyła zdjęcia do filmu „Swing” Abelarda Gizy i jest dobrej myśli. Gra zresztą od dziecka. W inscenizacjach lektur szkolnych zaczęła występować, gdy miała czternaście lat. Za każdy spektakl dostawała 20 złotych. Dwa lata później poprowadziła w TVP program „Królestwo Maciusia” i już wtedy zarobiła pierwszą dużą sumę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy