Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mamo, wprowadzam się

Bumerangi. Zamiast wydorośleć, iść do pracy, kupować mieszkania, wychowywać dzieci, wracają do domu rodziców. Bo nie potrafią sobie poradzić. Czyja to wina? Kryzysu, ich samych czy nadopiekuńczych bliskich? Trzy matki opowiadają o kłopotach z dorosłymi, ale wciąż niesamodzielnymi dziećmi.

Na jednym z internetowych portali piszę: "Szukam rodziców, z którymi mieszkają dorosłe dzieci w wieku 26-34 lata". Bo według danych GUS prawie 45 procent trzydziestolatków żyje pod jednym dachem z rodzicami. Dostaję kilkadziesiąt maili. Piszą nie tylko rodzice, ale też dzieci. Jedni pełni pretensji do drugich.

Reklama

Młodzi czują się niezrozumiani. Przecież próbują żyć dorośle, ale z pracą jest ciężko, na kredyt na mieszkanie nie mają co liczyć. Mówią o niskiej samoocenie, depresji, lękach. Rodzice z kolei przywołują przykłady tych, którym się powiodło. "Dlaczego inni mogą, a on, ona nie?" 

Forum: Mam umowę śmieciową i nie zamierzam tego zmienić! [kliknij]

Zgadzają się opowiadać tylko anonimowo, proszą, by pozmieniać najważniejsze szczegóły, bo nie chcą, by dzieci wiedziały, że oni narzekają. I chyba trochę się wstydzą, że jednak nie potrafią stać przy nich zawsze i za wszelką cenę.

Agnieszka, 32 lata. Pracuje w portalu internetowym. Zarabia trzy tysiące brutto na umowę o dzieło. Jej chłopak Rafał, 34-latek, jest muzykiem. Oboje mieszkają u mamy Agnieszki w dwupokojowym mieszkaniu.

Marta, 29 lat: Typ wiecznej studentki. Aktualnie na dziennikarstwie i pedagogice. Pierwsze studia, lingwistykę, rzuciła. Wyjechała pracować do Irlandii. Wróciła po roku. Od tego czasu mieszka z matką w trzypokojowym mieszkaniu. Pracuje dorywczo. Do rachunków się nie dokłada.

Tymon, 28 lat. Wyprowadzka z domu w wieku 24 lat. Powód? Dziewczyna. Powrót? Dwa lata temu. Rok temu dostał pracę w wytwórni płytowej. Pensja: trzy tysiące. Do rachunków dokłada 900 zł miesięcznie. Myśli o tym, żeby coś wynająć. Szuka dodatkowych zleceń.

Zapowiedź wolności

Mama Agnieszki: Wieżowiec, jedenaście pięter, my na ostatnim. Przez lata mieszkaliśmy tak w czwórkę: mąż, dwoje dzieci i ja. Mąż był średnim ojcem, beznadziejnym partnerem, wiecznie miał problemy z pracą. O przetrwanie walczyłam ja. Pracowałam jako asystentka prezesa w dużej firmie, wieczorami tłumaczyłam ze szwedzkiego i norweskiego - skończyłam skandynawistykę. 

Forum: Znowu byłam na rozmowie rekrutacyjnej i znowu nikt nie chciał mi powiedzieć ile będę zarabiać, nie podał widełek, nic. Jedyna odpowiedź - na kolejnym etapie się Pani dowie.[kliknij]

Gdy dzieci były w szkole podstawowej, złożyłam pozew o rozwód. Plusy: jedna osoba na utrzymaniu mniej. Minusy: dzieci straciły ojca, bo mąż również z nimi zerwał kontakty. Chciałam im wynagrodzić brak jednego rodzica, nigdy niczego nie odmawiałam. Oszczędzałam na sobie. Włosy obcinała mi sąsiadka, ubrania kupowałam w ciuchlandzie, przez lata nie byłam u kosmetyczki.

Marzenia? Moment, gdy stanę się niezależna. "Zwariowałyście, kwoki?!", mówiłam do przyjaciółek, które bały się odejścia dzieci z domu. Moje wyprowadziły się w podobnym czasie, pod koniec studiów. Syn znalazł pracę, wynajął z kumplami mieszkanie. A Agnieszka dlatego, że się zakochała. Jej chłopak, wtedy dźwiękowiec w gdańskim radiu, wynajmował mieszkanie na starówce.

Co czułam? Radość. "Czterdzieści pięć metrów tylko dla mnie", myślałam z radością. Kupiłam farby, pędzle. Przez weekend z pomocą przyjaciółki pokój dzieci przerobiłam na sypialnię. Pozbyłam się okropnego granatowego koloru na ścianach, w Ikei kupiłam duże małżeńskie łóżko - co z tego, że zajęło prawie całe wnętrze. Miałam dość spania na rozkładanej sofie.

Syn i córka wpadli tydzień później. Agnieszka lekko obruszona rzuciła: "Widzę, że już po nas sprzątnęłaś". "Kochanie, to zawsze będzie wasz dom", odpowiedziałam, ale byłam pewna, że żadne z nich nie wróci.

Mama Marty: "Chcę wyjechać do Irlandii", rzuciła któregoś dnia lekko moja córka, jakby mówiła o tym, że jutro będzie ładna pogoda. Był 2004 rok. A ona studiowała na drugim roku lingwistyki. Mnóstwo młodych ludzi wyjeżdżało wtedy na wyspy. Koleżanka Marty, która już tam była, obiecywała pomoc. - "Praca w księgarni, dobra pensja, mieszkanie. Zarobię na London College of Fashion. Przecież wiesz, że to moje marzenie. - Dziecko, ta szkoła kosztuje prawie 19 tysięcy funtów rocznie. A co z jedzeniem? Utrzymaniem?" - próbowałam sprowadzić ją na ziemię.

Po tygodniu walki stwierdziłam: przekonywać młodą osobę, że postępuje nierozważnie, to bezsens. Sama taka byłam i gdy moja mama radziła, żebym nie wychodziła za ojca Marty, usłyszała: "Albo jesteś ze mną, albo przeciw. Najwyżej poradzę sobie bez ciebie".

Odpuściłam więc Marcie. W końcu to jej życie, niech się uczy na błędach. "Okej. Na początku pomogę ci finansowo pod warunkiem, że przeniesiesz się na studia zaoczne i dwa razy w miesiącu będziesz przylatywała na zajęcia", postawiłam warunek. Scena na lotnisku. "Polska to kraj bez perspektyw. Jestem zbyt zdolna, zbyt ambitna", mówiła córka chwilę przed odprawą. Próbowałam nie płakać. Ani nie pouczać. "Jest cudownie, bajecznie", zapewniała po wylądowaniu w Dublinie. 

Przypomniałam o umowie: "Dlaczego nie wracasz na zajęcia?! Obiecałaś! - Mamo, daj spokój, jestem dorosła, studia są bez sensu. Zbieram na college" - usłyszałam. Po tygodniach czekania na telefon, niespania po nocach odpuściłam. Imprezy dla przyjaciół do rana tak jak za dawnych lat, przed urodzeniem córki. Wspólna noc z przyjacielem i spokojne poranki. Brak konieczności tłumaczenia, że ja też mam prawo do miłości. Wieczory? Cudowne. Z książką i kieliszkiem wina. Przy Marcie nie mogłam pić, nienawidziła alkoholu, bo jej ojciec był alkoholikiem. Traviata czy Aida? Na cały regulator - Marta nie znosiła opery. Mogłabym wymieniać bez końca.

Adoptowałam dwa małe kotki. Zaczęłam podróżować: Wilno, Lwów, Międzyzdroje. Wcześniej pieniądze wolałam dać córce, żeby mogła ruszyć w świat z koleżankami czy chłopakiem. Dziewięć miesięcy od wyjazdu Marta pierwszy raz zadzwoniła zapłakana: "Wyrzucili mnie. Szef zatrudnia bratanicę, ale się nie poddam". W końcu znalazła pracę jako au pair dwójki dzieci. 50 kilometrów od Dublina.

Od tego czasu byłyśmy w kontakcie codziennie. Maile, Skype, telefony. Litania żali: "Mam półtorej godziny drogi piechotą do najbliższego sklepu, w moim pokoju okna są nieszczelne, a matka dziewczynek nawet nie chce mi dać termoforu. W łazience zimna woda. Umrę tu". W końcu pisze: "Muszę wrócić. Ta zołza zabrała mi 50 funtów z pensji, bo jej córka się uderzyła i płakała. Poddaję się". "To wracaj", rzucam. Akurat zbliżały się święta Bożego Narodzenia.

Mama Tymona: Nieduży, z zielonym dachem, na skraju lasu. Taki dom kupiliśmy z mężem dziesięć lat temu. Plusy? Prawie same. Minus? Odległość. Ponad trzydzieści kilometrów do centrum. Bez korków do pokonania w trzydzieści minut. W godzinach szczytu - dwie godziny, a zdarza się, że dłużej. A Tymon musiał być w szkole na ósmą.

W pierwszym tygodniu po przeprowadzce dwa razy popłakał się w samochodzie. "Nie chcę tu mieszkać! To horror! Oszaleliście!", krzyczał. Zbliżała się matura. Zdał ją i jeszcze w wakacje zaczął szukać pracy. W końcu dzięki koledze dostał etat. Pracował w infolinii telefonii komórkowej. "Wyprowadzam się", oznajmił przy kolacji. Mąż wyciągnął wino. "Za dorosłość, synu! Jestem z ciebie dumny".

Ja? Martwiłam się. A dlaczego on nie chce mieszkać z nami, dlaczego ciśnie się z pięcioma kumplami w trzypokojowym mieszkaniu. "Uszanuj to", tłumaczył mąż. I śmiał się: "Wreszcie możemy chodzić nago po domu i kochać się na stole". Nasze małżeństwo odżyło. "Przestałaś się tak bardzo koncentrować na synusiu", ironizował czasem, choć sam też jest z Tymonem związany.

Znajomi zazdrościli nam zaradnego syna. Tym bardziej że znalazł lepszą pracę, w agencji PR. Pensja ponad trzy tysiące netto. W firmie poznał dziewczynę. Miła, z bogatego domu. Mieszkała tuż przy Belwederze. Tymon się do niej wprowadził. Sielanka trwała dwa lata. Aż do jego 27. urodzin. "Dlaczego on nie odbiera? Chciałam ich zaprosić na tort", denerwowałam się. Mąż bagatelizował: "To odbierze jutro". Intuicja matki: coś się stało. Nigdy nie było tak, żeby nie odebrał i nie oddzwaniał.

Zadzwoniłam do Ani. "Rozstaliśmy się, on mieszka u Maćka", powiedziała krótko. Wsiadłam do samochodu i pojechałam do mieszkania kolegi. Maciek stanął w drzwiach z niewyraźną miną. "Masakra", stwierdził i zaprowadził mnie do pokoju. Widok był makabryczny. Rozścielone łóżko, zmięta pościel, a mój syn skulony płacze. Wokół chyba setka niedopałków, puszki po piwie, butelki po wódce. "Weź mnie do domu", poprosił.

Akcja powrót

Mama Tymona: Drzwi pokoju zamknięte, zasłony zaciągnięte, jedzenie stawiane w progu. I poranne ślady kąpieli w łazience, które świadczyły o tym, że Tymon jednak opuszcza pokój. Tak wyglądał pierwszy miesiąc po powrocie. "Proszę, otwórz, proszę, zjedz coś", błagałam. Mąż się złościł: "Przestań koło niego skakać! Nie przyniesiesz mu obiadu! W końcu wyjdzie. Nieszczęśliwa miłość?! Każdy to przerabiał!". Godzinami tłumaczyłam: "On jest młody, wrażliwy".

Mąż twardo stąpający po ziemi nie rozumiał. Również tego, że nasz syn po miesiącu wstał z łóżka i oznajmił: - "Składam wymówienie. - Oszalałeś?! Rzucać w tych czasach robotę z powodu byłej dziewczyny to szczyt głupoty! - wrzeszczał mąż. Ale syn powtarzał: - Nie wytrzymam, wolę jeść tynk, niż pracować z tą kobietą". "Dobrze, dobrze", próbowałam uspokajać.

Mama Marty: Koniec z Traviatą i Aidą. Koniec z wolnością. Znów stałam się kobietą "przynieś, podaj, pozamiataj". Choć z Martą na początku się starałyśmy. Moje próby kompromisu: nie wypytywałam o Irlandię, nową pracę, studia, pieniądze. Udawałam, że nie przeszkadza mi unoszący się w pokoju dym papierosowy i goście, którzy zadeptywali podłogę i wyjadali jedzenie z lodówki.

Próby kompromisu Marty: nierozwalanie rzeczy po mieszkaniu, od czasu do czasu zmywanie. Dopiero po kilku miesiącach wspólnego życia spytałam. "Wysyłasz CV? Myślisz o powrocie na studia?". Krzyk: "A co ty myślisz! Setki, miliony CV. Chcesz zobaczyć? Nie wierzysz? Nikt mnie nie chce!". Wycofałam się. Zrobiłam herbatę, próbowałam pocieszyć. Zaczęłam obdzwaniać znajomych, może ktoś coś słyszał.

Forum: Jestem gruba i nikt nie chce mnie przyjąć do pracy...[kliknij]

Dowiedz się więcej na temat: dzieci | wspólne mieszkanie | rodzice i dzieci | przeprowadzka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje