ha ha ha! ;)
Królowie niejednej nocy
W co się bawić? To zależy od sezonu. Imprezowe trendy i adresy wychodzą z mody równie szybko jak fasony butów. Domówka czy PRL-owski dancing, taniec czy chilloutowe kołysanie? Zapytaliśmy o to trendsetterów. Bywalcy: Łukasz Garlicki, Dorota Szelągowska, Dominika Gawęda, Maria Niklińska, Łukasz Zagrobelny i Olga Frycz (na zdjęciu od lewej), opowiadają, co robią, gdy ogarnia ich gorączka karnawałowej sobotniej nocy.
Muza na maksa
Łukasz Zagrobelny, wokalista
Wybieram "domówki", bo chyba tylko na nich czuję się swobodnie. Nie muszę się pilnować ani stać w kilometrowej kolejce do toalety (śmiech). Pamiętam kluby, w których nie mogłem się dopchać, bo kolejka do "ścieżki zdrowia" była ta sama, co do łazienki. A ja stałem po to, żeby się załatwić, a nie, by zacząć błądzić po "białej drodze". Ale swoje wyimprezowałem.
Kiedyś przychodziłem po przedstawieniu do domu, była dziesiąta, jedenasta, zwoływałem przyjaciół i szliśmy na balangę. Wcześniej w domu był "biforek". Parę drinków i łapaliśmy nastrój. Wkładałem marynarkę, dobrą koszulę i ruszaliśmy w miasto. Zwiedziłem prawie wszystkie modne kluby i wszystko fajnie, ale potwornie uciążliwe jest to, że strasznie tam głośno. Swobodna rozmowa nie wchodziła w grę, chyba że przez tubę albo w języku migowym.
W większości klubów była selekcja. Czasami naprawdę trzeba było się namęczyć, żeby przekonać faceta na bramce, że ktoś mieści się w ramach. Jakie były kryteria? Tego nikt nie wiedział. Kiedyś też usłyszałem: "Nie wejdziesz". "A dlaczego?". "Bo nie". Chyba mnie to zmęczyło, bo stałem się fanem domowych posiadówek.
Czasem umawiamy się na gotowanie lub grillowanie. Kupuję krewetki, mięso, ale każdy gość przynosi jakiś fant - jedzenie, alkohol. Są rozmowy o wszystkim i o niczym, z czasem zaczynają się tańce. Ja niestety muszę sporo wypić, żeby wyjść na parkiet lub na... stół. I tego, co potem robię, tańcem nazwać nie można, raczej "strząsaniem łupieżu" połączonym z tańcem godowym Masajów. Znajomi żartują, że te pląsy to barometr mojego upojenia. Bo normalnie podpieram ściany. Podobno można się bawić bez alkoholu. Hmm... No nie można. Sprawdziłem. Dobre wino czy whisky powodują, że się rozluźniam. Moje imprezy są zawsze głośne. Odkręcam na maksa muzę albo śpiewam, próbując przekrzyczeć nagranie. Parę razy przychodziła ochrona: "Panie Łukaszu, naprawdę pan ładnie śpiewa, ale dlaczego o piątej nad ranem?". Przeżyłem też wizytę policji (śmiech).
Do upadłego
Dorota Szelągowska, dziennikarka
W liceum to czekanie na weekend odmierzało czas - pięć koszmarnie długich dni trzeba się przemęczyć w szkole, aż nadchodził upragniony piątek. Wtedy najważniejszymi pytaniami było "jak sprawić, żeby matka pozwoliła mi spędzić oba wieczory poza domem" oraz "kto w tym tygodniu robi imprezę". Mieszkaliśmy pod Warszawą, więc to domówki, a może bardziej "garażówki" królowały w moim kalendarzu.
Potem nadeszła cudowna dorosłość. Nikt już nie mówił, kiedy i o której mam wrócić. Wieczory zaczynały i kończyły się w Szpilce, gdzie wracaliśmy po całonocnym, klubowym maratonie i jedliśmy śniadanie. Dziś trudno mi sobie wyobrazić powrót do czasów Utopii, Piekarni, Klubokawiarni, Muzy. To bezpowrotnie minęło.
W nowych, "modnych" miejscach nie zawsze się odnajduję. Poza tym wszyscy jesteśmy "potwornie zarobieni", no i... mamy dzieci. Fajnie, jeśli uda nam się spotkać w większym gronie przy winie i dobrym jedzeniu, a taki sposób spędzania czasu najbardziej lubię. Bawię się w tym samym składzie od lat. Głównie na domówkach. Uwielbiam organizować przyjęcia w domu. Robię zaproszenia w Photoshopie i wysyłam je mailem lub tworzę wydarzenie na Facebooku, a potem zabieram się do wielkiego gotowania. Zwykle przychodzi kilkadziesiąt osób. Ale ostatnie urodziny robiłam w kawiarni. Zamówiłam sushi, więc pierwszy raz od dawna nie musiałam stać w kuchni i przyznam, że trochę mi tego brakowało.
Lubię kiedy wieczór rozwija się w sposób zupełnie nieoczekiwany. Wychodzę na grilla do przyjaciółki, a kończę na wielkiej imprezie nad basenem w towarzystwie, którego w ogóle nie znam, ale za to wszyscy zgodnie wskakujemy do wody w ubraniach. Jeśli decyduję się już "pójść w miasto", to zwykle zaczynam od kolacji z przyjaciółmi. Umawiamy się na przykład w Prostej Historii na Francuskiej, potem spacer po Warszawie. Kiedy zajdzie słońce, idziemy do Warszawy-Powiśla, a kończymy w Charlotte na placu Zbawiciela.
Nic nie może się jednak równać z imprezami w Europejskiej na zakopiańskich Krupówkach. To miejsce nieruszone przez ząb czasu. Jest wykładzina, która pamięta podeszwy butów Relaks, pani ze złotym zębem, która podaje żołądkową gorzką, i fenomenalny Ricardo, który śpiewa przeboje typu "Parostatkiem w piękny rejs". W przerwach występów na parkiecie królują przeboje z lat 90.: Coco Jambo, Macarena i Czerwone korale. Tańczymy i śpiewamy do upadłego zwykle w przedziwnym towarzystwie. Wychodzimy szczęśliwi o szóstej, siódmej rano. Trzeba poczuć ten klimat. Takich imprez w Warszawie mi brakuje.
Artykuł pochodzi z kategorii: Reportaże
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (25)
-
16.02 (17:07)~anonimBądż gościu konsekwentny JAK BLOK TO BLOKÓWKA.~NorbertSkąd redakcja bierze takie dziwolągi? Jak nie "rajdówka" (swoją drogą to dlaczego nie "rajdówek"?) to "domówka"... jak w willi to "willówka"? A jak ktoś mieszjał w bloku, to może "mieszkaniówka"?
ha ha ha! ;) -
12.02 (07:08)a ja myslalem , ze jeden z tych lepkow to moj syn.ale przygladnalem sie blizej i na szczescie nie on. bo rzeczywiscie ci ludzie wogole sa mi nie znani chociaz czytam prase , ogladam filmy i inne programy , chodze do teatru , operetki etc. za chiny tych ludzi nie kojarze z kims znanym
~mexMiałem nadzieję że ktoś tu wyjaśni dlatego te akurat osoby zostały przedstawione jako trendsetterzy. Po uważnym przestudiowaniu odniosłem wrażenie że autor artykułu uważa że wszyscy wiedzą kim oni sa. Tymczasem ja nie mam bladego pojęcia. Nigdy o nich nie słyszałem, za wyjątkiem może tego pierwszego którego chyba kiedyś widziałem na przedstawieniu w Romie
-
-
29.01 (16:02)Gaweda: Interesuje mnie dobra muzyka, wyjątkowa atmosfera, piękny design, świetne jedzenie. Muszę trafić na "swoją imprezę". Z reguły już od progu czuję: "Tego właśnie szukałam".
Buhahaha, jak taka wrazliwa na piekno to niech nastepnym razem popatrzy w lustro przed wyjsciem!!!! -
16.01 (14:44)Każdy imprezuje jak mu się podoba.Jest wielka różnorodność klubów,atrakcji.Lubię ja osobiście imprezować jak to się wydarzy poza domem,odciążenie od pichcenia,sprzątania.
-
04.01 (09:25)W PRL to były prywatki (ach, gdzież się one podziały). Niedouczone quasi dziennikarki nie tylko grzeszą ubóstwem wiedzy ale i nędzą rzetelności.














Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli