Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kochać to za mało cz.2

Spełnia się marzenie: dzięki adopcji kobieta zostaje matką. Ma pewność, że wszystko się uda, bo skończyła z mężem kurs, no i tak chce kochać to dziecko. Czasem się udaje. Ale zdarza się, że jej skarb krzyczy: „nienawidzę cię!”. Co wtedy? Trzeba pamiętać, że miłość do adoptowanego dziecka jest trudniejsza niż do tego, które się urodziło. O tym, jak wygląda naprawdę, opowiadają adopcyjne matki: Grażyna, Justyna i Ewa.

Tu przeczytasz pierwszą część reportażu

Dwie trzecie sukcesu

Reklama

Ewa, 45 lat. Chciała pokochać jedno dziecko, adoptowała trójkę rodzeństwa. Z najstarszą dziewczyną nie potrafi nawiązać więzi.

- Zaglądam do sypialni, dzieciaki śpią. Wskakuję do pięcioletniego Adasia, całuję go: "Pobudka, śpioszku". Przeskakuję do Adriana, on uwielbia łaskotki, chichocze. "Magda, czas do szkoły" - mówię. Dla niej nie mam takiej czułości jak dla chłopców. Ma 11 lat i ubiera się ostatnia. Chłopcy rozgadani przy śniadaniu, ona milczy. "Chcesz jabłko czy gruszkę?" - pytam. "Idź się uczesać" - proszę. Nie rusza się od stołu, robi kulki z chleba.
"Pójdziesz potargana?" - już rośnie we mnie napięcie.

- Nie wiem. Tyle kontaktu z Magdą. Nie umiem powiedzieć o niej "córka", choć tak jak chłopcy jest od trzech lat przysposobiona przeze mnie i męża. Pragnęliśmy jednego dziecka, w ośrodku adopcyjnym usłyszeliśmy: "Nie wolno rozdzielać rodzeństwa". Jesteśmy silni - wierzyliśmy z mężem. Dziś wiem, że to był błąd. Nie umiem pokochać całej trójki.

Mamy nadmiar


- Nasze mieszkanie dziś. Mnóstwo książek, jeszcze więcej zabawek. Gry planszowe, kolekcje lalek Monster High, samochodów - zdominowały salon. Już nie widać masek z Mozambiku ani rzeźb przywiezionych z Azji. Mam wykształcenie pedagogiczne, ale pracuję jako stewardesa. Dzięki tanim biletom zwiedzaliśmy z mężem świat. Myśleliśmy, że adopcja dziecka nie wywróci naszego życia do góry nogami i w kolejną wyprawę pojedziemy z dzieckiem. 2009 rok, mam 40 lat. Ginekolog nie pozostawia złudzeń - policystyczne jajniki, pęcherzyk Graffa nie pęka mimo leczenia hormonalnego.

- Niewielkie szanse na ciążę. Ale pragnienie dziecka jest wielkie. Mamy dom, odłożyliśmy trochę pieniędzy, mąż zarabia jako programista. Adopcja - wierzymy, że uszczęśliwimy malucha. Trafiamy do niewielkiego ośrodka na północy Polski. Dyrektorka budzi zaufanie. Rozmawiamy ponad dwie godziny. W końcu pytam: "Czy mamy większe szanse, jeśli nie chcemy noworodka?. Na pewno, ale skąd taka decyzja?" - słyszę.

- A ja mam w głowie historię znajomej: adoptowała dziewczynkę zaraz po urodzeniu, a potem okazało się, że mała ma porażenie mózgowe. Warunkiem numer jeden jest dla mnie i męża to, żeby dziecko było zdrowe psychicznie i fizycznie. Wiek? Najlepiej między drugim, a piątym rokiem życia.

Dajmy sobie szansę

- Przeżywam każdą z dziesięciu sesji w czasie warsztatów przygotowawczych. Z innymi parami słuchamy o "dyscyplinie z sercem", pojęciu kary, budowaniu więzi. Na ostatnich zajęciach historia ku przestrodze. Opowiada kobieta, która adoptowała dwóch braci. Jeden był tak agresywny, że oddała go z powrotem do domu dziecka. Drugi nie wytrzymuje rozłąki. Codziennie się zastanawia, czy ma prawo go zatrzymać. Długo rozmawiamy o tym z mężem. "Nie ma dziecka, którego nie da się pokochać i wychować. Ja mogę góry przenosić" - przekonuję go. Dostajemy kwalifikacje.

- Telefon z ośrodka dzwoni po kilku tygodniach: "W pogotowiu opiekuńczym w Wielkopolsce mamy trójkę zdrowych dzieci. Rodzeństwa nie powinno się rozdzielać". Boję się. Myśleliśmy o jednym dziecku. Mąż jak na haju powtarza: "Poradzimy sobie, jesteśmy silni". Jedziemy na "kontakt" jak mówi psycholog z ośrodka. W pogotowiu opiekuńczym na tapczanie siedzi Magda. Kitki ma tak ściśnięte, że oczy wyglądają jak u Chinki. Najmłodszy Adaś ma trzy lata i waży siedem kilo. Chodzi w pampersach. Starszy brat jest blady jak ściana.

- Wyjmuję soczki ze słomką, banany. Rzucają się jakby od dawna nie jadły. Chce mi się płakać z żalu. Spotkanie trwa 40 minut. Adaś i Adrian lepią się do mnie. Bawimy się dinozaurami, a mały łapie mnie za włosy ręką. O wycofanej Magdzie myślę: "Jest starsza, ma prawo nie ufać". "Nie płacz" - mówi mąż po wyjściu. A ja nie pamiętam, gdzie zaparkowałam auto. Takie biedactwa. Myślę sercem, nie rozumem, bo przecież nie planowałam trójki. Psycholożka z ośrodka wyjmuje teczkę z dokumentacją medyczną. Dziesiąta kopia kopii - ledwo można coś odczytać. Z konkretnych zaburzeń: niewłaściwy chwyt pisarski u Magdy. Dzieci niedożywione. Żadnych informacji o narodzinach, wadach, chorobach.

- Psycholożka łaskawie dodaje: "Magda jest odroczona, ma osiem lat, nie poszła do pierwszej klasy. Ale to przez zaniedbanie środowiskowe. Nadrobi" - macha ręką. Kolejne kontakty. "Ciociu, ciocia nas zabierze na spacer?" Adrian i Adaś wskakują na mnie. W parku starszy rzuca się na robaczywe papierówki, które leżą na trawie. W supermarkecie kupuję karton słodyczy, siatkę bananów. "Kiedy podejmą państwo decyzję?" - naciska dyrektorka ośrodka. "Prosimy o trochę czasu" - mówię. "Do jutra do 14 wystarczy?". Co to, do cholery, giełda? Mam ot tak decydować o życiu dzieci? Mąż jest za. 

- Patrzę w czarne oczy Adasia, który nie spuszcza ze mnie wzroku. Adrian rozpromienia się, gdy tylko do niego mówię. Narysował dla mnie laurkę: pięć koślawych serc z naszymi imionami. Magda tępo patrzy w telewizor. "Dotrzemy się" - myślę. Nie wolno ich rozdzielać. Podpisujemy wniosek o przysposobienie. Wkrótce sąd przyznaje nam pieczę. Dzieci jadą do domu! Jak huragan wpadają do swojego pokoju. We trójkę pakują się na podwieszoną huśtawkę. Sznur się urywa. Wolność. Swoboda. Nie znają tego słowa. Nagle nie muszą robić wszystkiego "za pozwoleniem". To się nazywa syndrom dziecka ośrodkowego. Je, śpi, załatwia się na komendę - czytałam o tym. Adrian jednocześnie włącza telewizor, otwiera lodówkę. Nie zamyka, bo już pedałuje na rowerze stacjonarnym. I zaraz krzyczy: "Mogę się wykąpać? Jasne" - śmieję się.

- Na szkoleniu mówiono, że dobro dziecka jest najważniejsze. Mam pięć tygodni urlopu. Zostaję w domu. Adrian po kilku dniach pyta: "Czy mogę do ciebie mówić mamo?". Płaczę z radości. Zaczynamy nadrabiać "nasze" życie. Największa przyjemność: jedzenie. Pizza rządzi. "Nie bekaj. Hej, nie puszczamy bąków przy stole" oswajam moje maluchy. Pozwalam Adasiowi spać z nami. Oboje potrzebujemy tej czułości. Adrian jest niewiarygodnie grzeczny. Budzi mnie rano w sweterku włożonym na lewą stronę i mówi: "Mamo, ja zrobię ci śniadanie". "Jestem mamą" - myślę o Adasiu i Adrianku. O córce tak nie myślę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje