Przejdź na stronę główną Interia.pl

Goodbye panie Freud

Pigułki szczęścia (dostępne bez recepty)

Kinga, która wróciła niedawno z wyprawy na K2, nadrabia zaległości. Poza tym, że odsypia (w końcu od dziewięciu lat przez pięć miesięcy w roku śpi na lodowcu), spotyka się ze znajomymi z jej poprzedniego, korporacyjnego życia. Słucha ich opowieści trochę jak przybysz z innej planety. Na przykład o tym, dlaczego jedna z koleżanek kupiła sobie psa. Bo dzięki niemu przestała siedzieć po nocach w biurowcu, odsypiać w soboty nadgodziny i narzekać na wieczne zmęczenie. Dzięki psu musiała tak się zorganizować, żeby o 18 być w domu. Kinga zna podobne osoby także z wypraw trekkingowych dla pracowników firm (organizuje je w czasie wolnym od wspinaczki). Niektórzy dopiero widząc szczyt Mount Everest, łapią dystans do pracy. Kiedy udaje im się stanąć w bazie na wysokości prawie 6 tys. metrów, są zdziwieni, że dali radę. Łzy wzruszenia, pamiątkowe zdjęcie. Do domu wracają jak na skrzydłach. Na co dzień zaskakująco często sami sobie te skrzydła podcinamy.

Reklama

- Jesteśmy społeczeństwem, które nie potrafi czerpać energii z tego, że coś się nam podoba - uważa Łukasz Simlat. - Kiedy obejrzę świetny polski film, mam jeszcze większy zapał do pracy. Spotykam kolegę i pytam: "Widziałeś to? Kurczę, fajne!". W odpowiedzi słyszę: "Wiesz co... Dobre, ale nie do końca".

Filmy dają mu energetycznego kopa, jest od nich uzależniony, jak niektórzy od spotkań z terapeutą. Tyle że jego lekarzami są Al Pacino, Anthony Hopkins, Jack Nicholson. - Mam hopla, bo zbieram wszystkie filmy z ich udziałem. Ostatnio Aleksandra Konieczna, reżyserka przedstawienia, w którym Łukasz Simlat gra razem z narzeczoną Agnieszką Roszkowską w warszawskim Teatrze Dramatycznym ("I nie było już nikogo" wg Agathy Christie), poprosiła, żeby przyniósł na próbę swój ulubiony film. Przytargał torbę z sześćdziesięcioma płytami DVD.

Dla Andrzeja Piasecznego pigułką antydepresyjną jest godzinna dawka muzyki poważnej. Co jeszcze? - Dwa, trzy razy do roku, gdy zaświeci słoneczko, wyprowadzam z garażu chevroleta camaro z 1977 r. i straszę rykiem silnika mieszkańców okolicznych wiosek. Mieszka w Górach Świętokrzyskich i taka jazda jest dużo przyjemniejsza niż pokonywanie 50 tys. km rocznie na trasie z Kielc do Warszawy, do której piosenkarz ostatnio przyjeżdża na nagrania "The Voice of Poland".

Karolina Gorczyca też ceni sobie mieszkanie z dala od miasta. Rozmawiamy w podwarszawskiej cukierni, niedaleko domu, w którym zostawiła niespełna roczną córeczkę pod opieką narzeczonego (Wojciech Zieliński - aktor, którego poznała na planie "Huśtawki" w reż. Tomasza Lewkowicza - przyp. red.). - Nawet gdy mam gorsze dni, wiem, że muszę się jakoś trzymać - mówi. - Rodzina nie pozwala mi zwariować. Poczucie bezpieczeństwa dają mi prozaiczne, rutynowe czynności. Że rano wstanę i przetrę stół, na którym zjemy razem śniadanie. Pobiegam. Posłucham, jak Marysia składa sylaby. Ostatnio odwiedzili mnie rodzice i powiedzieli, że ugotowałam smaczną zupę. Może w takich chwilach są właśnie cały sens i radość z życia?

Dlaczego jest źle, skoro jest dobrze?

Źródło wiecznego niezadowolenia? Zdaniem prof. Bogdana Wojciszke to kwestia "luksusowej koncepcji życia". - Mamy dziś więcej powodów do narzekań i rozczarowań, bo wciąż rosną nasze oczekiwania i poczucie, że należy nam się coraz więcej. Kiedyś człowiekowi było dobrze, gdy nie było mu źle. Dziś musi mu być cały czas przyjemnie. Chodzi nie tylko o zaspokajanie potrzeb, ale też o pokazanie, że mam więcej. Mogę mieć mieszkanie, auto i kochane dzieci, ale jeśli myślę o tym, że nie są one tak zdolne jak dzieci sąsiada, moja satysfakcja z miejsca spada.

Decydowanie o tym, czy jest mi dobrze, tylko na podstawie tego, czy uważam się za lepszego od innych, to szybki sposób na unieszczęśliwienie siebie. Profesor proponuje test: zapisać, czego pragniemy, i za pięć-dziesięć lat sprawdzić, jak to się ma do rzeczywistości. - Pewnie okaże się, że to już mamy, ale przyjemność z posiadania uleciała, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Łukasz Simlat: - Kiedy się cofnę o pięć lat i przypomnę sobie, o czym marzyłem... Chciałem zrobić film z Małgosią Szumowską i udało się w te wakacje. Chciałem psa i mam - yorka, bo nie uczula (uśmiech). Mieszka na warszawskiej Woli (bo lubi dzielnice z przeszłością), jeździ skuterem. - Ważne, by marzenia nie były "zapychaczami", tylko żeby coś z nich wynikało - przekonuje.

- Pęd po kolejną rzecz, którą za chwilę wyrzucę, to bezsens. Tłumacząc, dlaczego odrzuca role w tasiemcowych serialach, Karolina Gorczyca powiedziała kiedyś: "Bo byłabym bogata, zmęczona i znudzona". Jej bilans pięciu lat niewiele różni się od tego, co planowała. - Zawsze myślałam, że kiedy dorosnę, zbuduję swój świat: dom, o którym marzyłam. Chciałam być aktorką, matką. Myślę, że jestem urodzona pod szczęśliwą gwiazdą, staram się doceniać to, co mam.

Andrzej Piaseczny: - W przeszłości, gdy bywałem w swoim życiu szczęśliwy, nosiłem w głowie taką myśl, że może być jeszcze lepiej, jeszcze fajniej, inaczej. W odniesieniu do bliskich oznaczało to chyba niedostateczną o nich troskę. Dzisiaj wiem, że największym szczęściem jest miłość trwająca - tak to sobie nazywam. Już nie mówię, że chcę widzieć wśród swoich bliskich kogoś lepszego. Z poszukiwacza miłości stałem się człowiekiem, który chce o tę miłość dbać. I to jest największe osiągnięcie moich ostatnich dziesięciu lat.

Ludzie spod znaku zapytania

- Jeśli się nie wybiera łatwej drogi, skutkuje to tym, że można sobie raz powiedzieć: "Wiem", a innym razem: "Nie wiem" - twierdzi Łukasz Simlat. - Czytam scenariusz i czuję: tu wiem jak zagrać, tu nie wiem. Lata nauki i potem: wiem, wiem, nie wiem. Śmieszne, nie?

- Ludzie spod znaku zapytania są bardziej czuli, choć ta czułość utrudnia czasem życie - zauważa Andrzej Piaseczny. - Zdarzają się takie momenty - mówi Karolina Gorczyca - kiedy myślę: "Nic nie wiem. Kim jestem? Czego chcę, w co wierzę?". Nie walczę z tym na siłę. Przyznaje, że była kilka razy u terapeuty. Nie zna zresztą w swoim środowisku nikogo, kto by nie był.

- Może to zabrzmi niepokornie, ale te rozmowy nic nie wniosły do mojego życia. Równie dobrze mogłam pogadać z przyjaciółmi i otrzymałabym taką samą radę. Czyli: odpocznij, zastanów się, spisz pewne rzeczy. Żaden lekarz nie wypisze recepty z instrukcją, jak żyć. - Ale umie zadać pytanie, którego sami nie mamy odwagi sobie postawić, i pomaga otworzyć pewne drzwi - uważa Łukasz Simlat, który też korzystał z porady terapeuty. Jego zdaniem dobrze jest mierzyć się samodzielnie z problemami, ale nie zawsze jest się w tej walce zupełnie szczerym. Stosuje się uniki, ucieka w wykreowany świat, udziela się takich odpowiedzi, żeby nie bolało.

- Istnieje choroba genetyczna, która polega na tym, że człowiek nie odczuwa bólu, nawet kiedy wkłada rękę w ogień. Tworzenie wokół siebie pancerza, przez który nie przechodzą żadne niepokoje i porażki, niczego nie rozwiązuje - przekonuje Andrzej Piaseczny. - Klaps od losu powoduje ból, który albo ugłaskamy na pupie, albo zastanowimy się, dlaczego go dostaliśmy, i wyciągniemy z tego lekcję.

Wyjątkowo nieprzyjemnym klapsem było to, co wydarzyło się po jego występie na Eurowizji w 2001 r. Z piosenką "Too Long" zajął wtedy w Kopenhadze czwarte miejsce od końca. Niechęć branży, mediów, publiczności. - Usłyszałem wówczas o swojej pracy jedną z najgorszych rzeczy. Obcy człowiek krzyknął do mnie: "Piasek, ja się za ciebie tak wstydziłem!". Jaki jest powód, żeby ktoś się za mnie wstydził? - pyta piosenkarz i dodaje: - Najgorsze, co może przyjść do głowy, to to, że szczęście będzie trwać wiecznie.

Jeśli już złapiemy się w tę pułapkę, kiedyś zrozumiemy, że sami ją na siebie zastawiliśmy. Gdybym oddał się wtedy myśli: "Ja wam jeszcze pokażę", i pielęgnował ją, czułbym tylko rosnące rozczarowanie. Dzisiaj niczego nie oczekuję. I wie pani co? Jestem pewien, że jeśli za chwilę utracę swoją pozycję, to być może nigdy w życiu nie uda mi się osiągnąć jej jeszcze raz. - I jak się pan z tym czuje? - Świetnie.

Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska

PANI 11/2011

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje