Przejdź na stronę główną Interia.pl

Goodbye panie Freud

Terapeuci są w modzie i w cenie. O nich się mówi, do nich się chodzi, z nimi się rozmawia. Czy ktoś jeszcze potrafi sobie bez nich poradzić? Są tacy, którzy przynajmniej się starają.

Kto zna dziś odpowiedź na pytanie, jak sobie radzić w życiu? Ma licencję na leczenie sponiewieranej duszy i dyskrecję wpisaną w zakres obowiązków? Terapeuta. Spowiednik, doradca i pocieszyciel w jednym. Guru, któremu ufamy bardziej niż sobie. W "Annie Hall" Diane Keaton opowiada: "Przeżyłam wczoraj orgazm, ale mój terapeuta mówi, że to nie to". Takie sceny do niedawna oglądaliśmy tylko w filmach Woody'ego Allena. Teraz to polska rzeczywistość.

Reklama

- Kiedyś wypadało mieć białego pudelka, dzisiaj terapeutę - mówi prof. Bogdan Wojciszke z SWPS. - Jest taka środowiskowa moda i sam znam osoby, które uzależniły się od udziału w indywidualnych sesjach czy treningach grupowych.

Kogo nie stać na wizytę, może śledzić, "jak to robią inni" w serialu HBO "Bez tajemnic". Każdy odcinek to spotkanie terapeuty Andrzeja Wolskiego (Jerzy Radziwiłowicz) z innym pacjentem. Doktor też próbuje uporać się z problemami u swojej superwizorki (Krystyna Janda). Patrząc, jak wszyscy mozolnie dochodzą do prawdy o sobie, trudno powstrzymać się od pytania: czy można przejść tę drogę samodzielnie, bez asekuracji? Niektórzy próbują.

Dlaczego, czyli punkt wyjścia

Menedżerka Andrzeja Piasecznego uprzedza, że "trudno go zdołować". Rozmawiam z piosenkarzem w słoneczny dzień. Krótki test. - Kiedy ten numer się ukaże, na pewno będzie ponuro... - zagaduję Andrzeja Piasecznego. - Dla mnie nigdy nie jest brzydko - ucina.

- Tylko cudownie, że leje, a pies budzi rano na spacer? - kontynuuję. - Gdy leje, to rośliny w moim ogrodzie lepiej rosną. A psa można ułożyć - śmieje się wokalista. - Każdy czas jest dobry. Pomijając stany chorobowe, wychodzę z założenia, że nikt nie pomoże ci tak skutecznie jak ty sobie. Wizyta u terapeuty to pójście na łatwiznę, niechęć do podjęcia dialogu ze sobą. Już lepiej kupić kozetkę i usiąść na niej przed lustrem - uważa.

Tak jak dla niego lustrem jest kartka papieru, od której zaczyna się praca nad płytą (najnowsza "To, co dobre" ukaże się w styczniu - przyp. red.), tak dla Kingi Baranowskiej, himalaistki są nim góry. Z nimi związane jest najważniejsze pytanie, na jakie musiała sobie odpowiedzieć: kim chce być? Przez wiele lat prowadziła podwójne życie. Pracowała jako account manager w firmie telekomunikacyjnej w Warszawie, a w wolnych chwilach mierzyła się z ośmiotysięcznikami (dziś ma ich na swoim koncie siedem). Ciągłe kompromisy ją męczyły. - Miałam wrażenie, że wszystko robię po łebkach. W pracy nic nie osiągam, bo jestem wciąż na bezpłatnych urlopach, a na wspinanie nie mam tyle czasu, ile bym chciała.

Pojechała do domu w Wejherowie, żeby porozmawiać z rodzicami - Kaszubami, pragmatycznymi aż do bólu. Powiedziała ojcu, że chce być himalaistką. - Ale o co ci chodzi? - nie bardzo rozumiał. - Muszę robić to, co kocham - odrzekła. Z kolejnej wyprawy nie wróciła już do firmy.

Andrzej Piaseczny: - Tak jak noszę w sobie piosenkę i pewnego dnia wiem, że muszę ją napisać, tak samo mam z pytaniami, które pojawiają się w moim życiu. Musi przepełnić się jakaś czara wątpliwości, muszę od własnych myśli zrobić się na tyle mokry, żeby mi się chciało spytać: dlaczego? Taki czas przewartościowań miał miejsce w jego życiu dziesięć lat temu, tuż przed trzydziestką. - Drwiłem z tych, którzy mówili mi, że ten przełom ma jakieś znaczenie. Ale to wtedy zacząłem rozbrajać bombkę, która we mnie tykała. Kim jestem w pracy? Dla siebie? Dla swoich najbliższych? Nie jestem aniołem, ale uważam, że wygrać życie można tylko w jeden sposób - kiedy jest się dobrym. I to dobro chciałbym widzieć w ludziach. Czy zawsze taki byłem? No właśnie nie (śmiech).

Sto powodów, by zawrócić

Przygoda Karoliny Gorczycy z aktorstwem zaczęła się od lustra, które ojciec, kierowca ciężarówki, przyniósł do domu w Biłgoraju. Powiesiła je w swoim pokoju. - Odgrywałam przed nim przedstawienia, udawałam, że to kamera - mówi 26-letnia aktorka, która gra w serialu "Czas honoru" w TVP. Mimo że do PWST w Krakowie dostała się za pierwszym razem, szybko dopadły ją wątpliwości: - Tylu fajnych ludzi naokoło, rozmawiają o teatrze, metodzie Stanisławskiego, Meyerholdzie (twórca nowatorskiego teatru sowieckiego w XIX w. - przyp. red.). Gdy słyszą, że nie wiesz, kim był Czechow, robią wielkie oczy. Czułam się zagubiona i gorsza przez to, że nie jestem z dużego miasta, z wykształconej rodziny. Szkoła teatralna potrafi być okrutna. Mogłam wziąć sobie do serca krytykę i pomyśleć: "Cholera, chyba nie powinnam była się tu znaleźć".

Ale tego nie zrobiła, podobnie jak Łukasz Simlat. - Po studiach odbyłem dwie rozmowy z dyrektorami warszawskich scen i były one tak totalnie upokarzające, że stwierdziłem: "W życiu już tego nie powtórzę" - mówi 34- -letni aktor (w "Bez tajemnic" zagrał sfrustrowanego męża; 18 listopada premiera "Wymyku" Grega Zglińskiego z jego udziałem).

Oboje zaangażowali wszystkie siły, by udowodnić, że postawią na swoim. Kiedy studenci szli na piwo, Karolina zostawała w szkole, żeby poćwiczyć w sali przed lustrem. Opłaciło się. Na trzecim roku zagrała w "Biesach" Dostojewskiego w krakowskim Teatrze STU (w reż. Krzysztofa Jasińskiego), kończąc studia, zadebiutowała w "Korowodzie" Jerzego Stuhra.

- Przez ostatnie osiem lat szedłem mozolnie swoją ścieżką - mówi Łukasz Simlat. - Cieszę się, jeśli ktoś to teraz docenia. To mi daje siłę na następne osiem lat, bo zawód aktora jest nieprzewidywalny. Dziś telefon dzwoni, ale - nie daj Bóg, bo jestem przesądny - stłukę lustro i przestanie.

Nazywa siebie pracoholikiem. - Uwielbiam, kiedy rola jest tak trudna, żeby mnie przemieliło. Wtedy czuję, że dowiedziałem się czegoś o sobie. Dlatego traktuję ten zawód terapeutycznie. Wychodzę z założenia, że nic w przyrodzie nie ginie. Na pewno ta energia kiedyś wróci do mnie. Do końca życia nie zapomni sceny bójki, którą zagrał w filmie Izabelli Cywińskiej "Kochankowie z Marony" na podstawie prozy Jarosława Iwaszkiewicza. - Kręciliśmy to w styczniu, na bagnach pod Łebą. Z zimna i przemrożenia, bo nie usłyszeliśmy "stop" i biliśmy się, aż taśma zeszła z puszki, chciało mi się wymiotować. Ale wiem, że to, co pojawiło się na ekranie przez sekundę, miało sens. Za tę rolę został nominowany w 2006 r. do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego.

Kinga Baranowska: - Każde podejście to codziennie sto powodów, żeby zawrócić. Noga zaboli, but obetrze, słońce spali nos. I tak non stop. Przechodzę nad tym do porządku dziennego. Znam swój organizm, wsłuchuję się w niego jak zwierzę. Racjonalizuję: boli mnie głowa? Za szybko weszłam, trzeba zwolnić. Jestem wkurzona? Bo obtarłam sobie nogi przez skarpety. Muszę je wyrzucić. Rozbieram "miny" na czynniki pierwsze i rozbrajam. Staram się nie panikować, że to koniec wyprawy. Żeby wejść na szczyt, muszę być w najlepszej formie przez dwa miesiące. W bazie na wysokości 5 tys. metrów nie ma możliwości regeneracji. Jeśli będę się złościć, zabraknie mi energii podczas wspinaczki. Niesamowite, że na nizinach wszyscy o tym zapominają.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje