Gdy wrzucam na luz
Królik w gabinecie
Anna Streżyńska
Ma 43 lata. Jedna z najbardziej wpływowych kobiet w Polsce. Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej tydzień ma dokładnie rozpisany. Mogłaby wydać całą pensję na książki. - Nie tylko na "wielką" literaturę. Lubię czytać o przygodach ludzi biznesu, którzy zostawiają pracę i zamieszkują na prowincji. Też bym tak chciała - mówi.
Czy w osiągnięciu sukcesu bardziej pomaga szczęście, czy ciężka praca? A może czasem warto odpuścić i zaimprowizować? Tego typu pytania stawia w swoich książkach Malcolm Gladwell, pisarz uznany przez tygodnik „Time” za jednego z 100 najbardziej wpływowych myślicieli świata. – Gladwell to świetny popularyzator epoki ponowoczesnej – mówi Anna Streżyńska, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Znajduję w jego ideach wiele dla siebie. On często pokazuje historie ludzi, którzy znajdują się we właściwym czasie i miejscu, a dodatkowo pomagają szczęściu ciężką pracą.
Spotykamy się w samo południe. Pani prezes jest od czterech godzin w pracy. W jej gabinecie panuje idealny porządek, tylko na biurku piętrzą się teczki. Odrywa się od komputera, w którym zdążyła odpowiedzieć już na kilkadziesiąt e-maili: oficjalnych od ministrów, jak i od zwykłych ludzi, którzy skarżą się na firmy i proszą o pomoc. W czarnej koszuli i ciemnych spodniach wydaje się krucha. Widać po niej zmęczenie. – Jestem w szponach pracoholizmu – przyznaje szczerze. – Codziennie mówię sobie: „Dość. Trzeba coś z tym zrobić!”.
W każdy piątek wieczorem porządkuje biuro, rozpisuje dokładny harmonogram na następny tydzień. Najwięcej wymaga od siebie, wobec pracowników jest wyrozumiała, chociaż łatwo wybucha, jednak szybko jej przechodzi, stosuje „miękkie formy zarządzania”. – A przynajmniej tak mi się wydaje, ale lepiej byłoby spytać moich kolegów. Być może wielu się z tym nie zgodzi – śmieje się. – Ludzie lubią, jak stawia się przed nimi ambitne zadania, ale nie każdy pracownik ma podobne tempo. Trzeba pomóc, zmotywować. Liczę na zapaleńców, bo nie dziwię się, że ludzie stąd odchodzą ze względu na niskie zarobki. Sama zarabiałam czterokrotnie więcej we własnej firmie.
Po stresującym dniu najlepiej odpoczywa przy książce. Czyta nałogowo. Wpada na chwilę do empiku i wychodzi z naręczem lektur. – W księgarniach muszę się pilnować, bo gotowa jestem wydać fortunę i to wcale nie na „wielką” literaturę – mówi. – Lubię też czytać o przygodach ludzi biznesu, którzy zostawiają pracę i zamieszkują na prowincji, cieszą się życiem. Też bym tak chciała. Perfekcjonizm ma w genach. Była najlepszą uczennicą, nauka przychodziła jej łatwo. W stanie wojennym, chodziła wtedy do żoliborskiego liceum, wciągnęła ją młodzieżowa działalność opozycyjna. Po maturze za wszelką cenę chciała się usamodzielnić, pracowała dorywczo. Na studia zdała za trzecim razem.
– Na prawie poczułam, że jestem na właściwym miejscu, kiedy trafiłam na seminarium z prawa administracji do jednego z twórców reformy samorządowej Michała Kuleszy. Jeszcze na studiach urodziła dwie córki: Julię i Emilię. Przyznaje otwarcie, że nie koncentrowała się na praniu pieluch, tylko starała się dokształcać. Mąż pracował jako terapeuta uzależnień w szpitalu psychiatrycznym za marną pensję. W końcu namówiła go, aby został z dziewczynkami, a ona jako prawnik będzie zarabiała na dom. Na jej ofertę odpowiedział Urząd Antymonopolowy. Po kilku latach zaczął ją drażnić urzędniczy marazm. Profesor Kulesza ściągnął ją do prywatnej kancelarii. Szybko stała się jednym z nielicznych ekspertów od prawa komunikacyjnego. Pracowała w Ministerstwie Łączności jako doradca trzech kolejnych ministrów, a po upadku rządu AWS rozkręciła własną firmę doradczą, doskonale zarabiała. Wkrótce dostała propozycję objęcia stanowiska podsekretarza stanu, a potem prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Właśnie w styczniu minęły cztery lata szefowania.
Dwa lata temu dopadły ją poważne kłopoty zdrowotne. „Chyba nie jestem z żelaza, muszę bardziej dbać o siebie”, pomyślała. Do końca kadencji w UKE pozostało jej półtora roku. Obiecała sobie, że wtedy zastanowi się, co dalej i wreszcie odpocznie. Rano w sobotę robi zakupy, później sprząta. Potem pada i śpi kilkanaście godzin. – Mąż wziął na siebie większość obowiązków domowych. Nie skarży się, to bardziej ja mam z tym problem, bo przed laty zmusiłam go, żeby zostawił pracę. Ale on jakoś wytrzymuje. Na wsi pod Warszawą, gdzie mieszkamy, ciągle odwiedzają go sąsiedzi. Wszystkim doradza i pomaga. Przygląda się ludziom, przyrodzie. Kilka lat temu zapisała się z mężem na zajęcia z tańca towarzyskiego.
– Było świetnie, ale oczywiście zabrakło mi czasu na nie, musiałam zrezygnować – dodaje ze smutkiem. Inna pasja to ogród. Kwiaty i drzewa mogą na nią poczekać, ale córki nie. Dziewczyny mają jej za złe wieczną nieobecność. Gdy oglądają ją w telewizji, krytykują: „Mamo, wyglądasz babciowato”. Nie lubi eleganckich przyjęć, choć kilka razy w roku musi w nich uczestniczyć. Wtedy nosi żakiet. Przyznaje, że ciuchy to jej konik, ale nie sukienki czy kostiumiki. Dla siebie i córek wyszukuje ubrania na Allegro. – W ten sposób zdobyłam za grosze świetny płaszcz – opowiada. – Zwykle w zimie chodziłam w krótkiej puchówce, ale pani prezes w randze ministra chyba nie wypada. O, i te buty też – wyciąga nogi spod biurka i pokazuje mi eleganckie pantofle.
Relaksuje ją obserwowanie zwierząt. Ma w domu królika, psy, kiedyś były rybki i koty. – Poprzedni królik przez jakiś czas przebywał ze mną w gabinecie – wspomina. – Lubiłam na niego patrzeć, ale miał w zwyczaju obgryzać gościom obcasy, więc musiałam go zabrać. Teraz królik godzinami bawi się z psem Leonem. To kundel, którego Julka przyniosła, gdy był szczeniakiem. Jest kochany, ale głupiutki. O, proszę popatrzeć – i pani prezes na ekranie komórki pokazuje mi radosnego psa. – Mówię Leonowi: „leżeć”, a on podaje łapę. Rozkazuję: „siad”, a on się kładzie łapami do góry. Ale rozbraja mnie swoim wiecznie uśmiechniętym pyskiem, jemu odpuszczam wszystko – dodaje ze śmiechem.
Monika Głuska-Bagan
Pani 03/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Reportaże
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-














Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli