Dziecko dobrze wychowane
Czy można zaprogramować swoje dziecko na sukces? Zdaniem Amy Chua, autorki bestsellerowej książki "Bojowa pięść tygrysicy", można. Według niej najważniejsze są dyscyplina i stawianie rygorystycznych wymagań, czyli to, czego zachodni rodzice nie robią.
Trzydziestoletni Jan Komasa, reżyser i scenarzysta głośnego w ostatnim czasie filmu „Sala samobójców”, w kawiarni na placu Grzybowskim w Warszawie zamawia colę i espresso. – Potrzeba mi dużo kofeiny. Pracowałem do późnej nocy, wciąż trwają castingi do mojego kolejnego projektu o Powstaniu Warszawskim – tłumaczy. Komasa książki Amy Chua jeszcze nie czytał, ale otwarcie mówi: – Jestem za wychowywaniem dzieci w pewnym rygorze.
Reżyser jest ojcem dziesięcioletniej Mai i rocznego Kuby. Maja uczy się w szkole muzycznej przy ulicy Miodowej, gra na wiolonczeli, do tego dwa razy w tygodniu chodzi na gimnastykę. Inne dzieciaki w jej klasie też dużo ćwiczą, plan jest napięty i nie wolno sobie odpuszczać. – Nie ukrywam, że bywam złym policjantem – przyznaje reżyser. – Ale robię to, bo dzisiaj presja, żeby być najlepszym, jest bardzo duża. Wystarczy, że Mai coś gorzej pójdzie, i już widzę, jak wraca zdołowana ze szkoły. Bo gorsze wyniki przekładają się na kontakty towarzyskie, dzieci ze sobą rywalizują. Następnym razem więc mówię: „Maja, nie wyjdziesz do koleżanki, jeśli najpierw nie poćwiczysz”. Ona się złości, ale potem jest zadowolona.
Jan Komasa uważa, że słowa tracą moc, jeśli nie idzie za nimi dobry przykład. On z żoną Kingą też skończyli szkołę muzyczną. – Tam człowiek uczy się dyscypliny, która przydaje się niezależnie od tego, co się później w życiu robi. Zresztą Kinga do tej pory jest perfekcjonistką w każdym calu. Dwa lata temu skończyła italianistykę, choć zajmowała się dwójką małych dzieci i całym domem, trzymając w ryzach także mnie – opowiada Komasa.
Reżyser od dziecka miał mnóstwo zainteresowań. Chodził na zajęcia z plastyki, rzeźby, jazzu i gimnastyki. – Żyję w ciągłym ruchu i do dziś nie cierpię odpuszczania sobie. Wiem, że czasem powinienem podejść do Mai łagodniej. „Daj jej pół godziny spokoju”, prosi moja żona. „Ale ona już za długo siedzi przy komputerze. Ile można?” – pytam.
Sam potrafi pracować od rana do późnej nocy. Ci, którzy spotkali się z nim na planie, mówią, że jest prawdziwym tytanem. Jego talent i podejście do życia przynoszą efekty. Miał 25 lat, gdy projekt „Oda do radości” został nominowany do Paszportów „Polityki”. „Sala samobójców” poruszyła opinię społeczną i przez wielu krytyków jest uważana za najlepszy polski film nakręcony w ostatnich latach. Bardzo wiele osób wróży Komasie światowy sukces.
Reżyser uważa, że ten pęd wyniósł z domu. Mama uchodziła w rodzinie za osobę, która się wybiła. Jako młoda dziewczyna założyła zespół muzyczny, dużo wyjeżdżała za granicę. Gdy przeniosła się do Warszawy z Poznania, właściwie nikogo nie znała. Po kilku latach została dyrektorem działu rozrywki w telewizji publicznej. Z kolei tata (Wiesław Komasa, aktor teatralny i filmowy) od dziecka wiedział, że chce grać. Jeszcze w szkole średniej godzinami ćwiczył przed lustrem różne role, tak bardzo marzył o krakowskiej PWST. Rodzice od zawsze byli dla Jana i trójki jego młodszego rodzeństwa wzorem, dowodem na to, że pasja w połączeniu z pracowitością pomaga w samorealizacji.
Samo się nie stanie
„Mamo, mogę spać dziś u Julii?”, pyta 11-letnia Helena, córka Beaty Ścibakówny. „Nie, dziś jest środa, umów się na weekend”. W ich domu zasady są jasne: tydzień jest na naukę, niedziela na przyjemności. – Helena nie jest żadnym wyjątkiem, tak żyją jej koleżanki – dodaje aktorka. Jej córka dwa razy w tygodniu ma zajęcia z baletu, do tego szkoła muzyczna i wymagająca podstawówka kanadyjska z wykładowymi angielskim i francuskim. – Nigdy Heleny do niczego nie zmuszałam – opowiada aktorka. – Gdy miała trzy lata, oznajmiła, że chce tańczyć. Poszłyśmy do szkoły baletowej i okazało się, że zajęcia są dopiero dla dzieci od czwartego roku życia. Rok później sama mi o tym przypomniała: „Mamusiu, pamiętasz o moim tańczeniu?”. Nie wiem, jak córka będzie chciała żyć, ale dobre wykształcenie, znajomość języków, liczne zainteresowania dadzą jej większą możliwość wyboru. Ona jest aktywna, zupełnie taka jak ja kiedyś.
Beata Ścibakówna od dziecka chodziła na zajęcia z tańca towarzyskiego i akrobatyki, śpiewała w chórze, grała na akordeonie, wiolonczeli, pianinie. Marzyła o tym, żeby wyprowadzić się z rodzinnego Zamościa. Nigdy nie chciała żyć od – do, a o swoim domu mówiła: „Cudowny, ale za spokojny”. W nim liczyły się dyscyplina i porządek. I to w niej zostało. Nie zrobi niczego, dopóki dokładnie nie zaplanuje dnia. Pilnuje również drobiazgów: zawsze pozmywa po śniadaniu, poukłada rzeczy.
– To mnie ratuje przed chaosem – tłumaczy. Pamięta też, jak godzinami grała na wiolonczeli i potwornie bolały ją palce. Czasem krzyczała, że chce rzucić szkołę muzyczną. Rodzice wtedy tłumaczyli: „Jak już podjęłaś decyzję, że pragniesz grać, wytrzymaj chociaż do końca roku”. – Helena w pewnym momencie też chciała zrezygnować. Kiedy człowiek uczy się gry na instrumencie, przychodzi taki moment, że zna już nuty, ale jednocześnie bardzo trudno przełożyć mu je na dźwięki. Ona ćwicząc, strasznie się denerwowała, z całej siły waliła w pianino. Krzyczała: „Nie chcę, nie chcę!”. Uspokajałam ją i mówiłam: „OK, wytrzymaj jeszcze trochę”.
Tak samo było z tańcem. Pewnego dnia stwierdziła, że nie daje już rady łączyć dwóch tak absorbujących zajęć. Powiedziałam: „W porządku, mamy zapłacone do końca marca, w kwietniu możesz zrezygnować”. W kwietniu Helena stwierdziła: „Dziękuję, że mnie nie wypisałaś, mam dwie solówki na występie”.
Ścibakówna zna matki ulegające namowom dzieci. – Koleżanka córki kilka razy zmieniała szkołę, nigdzie jej się nie podobało. Według mnie w ten sposób uczymy dziecko poddawania się i nieobowiązkowości. A powinniśmy wyrabiać konsekwencję, dążenie do celu, odpowiedzialność. Gdyby nie moja determinacja, być może nigdy nie wyjechałabym z małego miasta, nie pracowała w stolicy – dodaje.
Artykuł pochodzi z kategorii: Reportaże
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (44)
-
14.11.2011 (14:47)Nigdy nie narzucałam swoim trzem synom szkoły muzycznej,tanca,języków obcych,nie zabranialam spać u kolegów,sami uczyli się tego ,co ich interesuje,w szkołach uczyli się językow.Uwazam,że trzeba chcieć uczyć się samemu,a nie posyłać dzieci na dodatkowe lekcje"bo tak robią inni".Wyszli na ludzi,są szczęśliwi oni i ja ,bo nie zabrałam im dziecinstwa.
-
08.11.2011 (22:36)~okoa co z tymi co nie mają kasy na dokształcanie dzieci, siebie...chyba najlepeij do odstrzału bo przecież zużywają czystą wodę, prąd, powietrze tak potrzebne tym wybitnym, a sukcesów nie osiągną i jeszcze może trzeba będzie ich dotować zasiłkami.mozna malowac pieknie w domu ( niepotrzebne sa od razu kolka plastyczne) kacik czytelniczy mozna tez urzadzic sobie w domu, jak dziecko chce i umie spiewac to bedzie sobie pospiewywal nawet pod nosem, jak dziecko chce to duzo potrafi, a jak nie chce to nawet mimo talentu jaki moze posiadac- nic by z takich zajec nie bylo...
-
-
08.11.2011 (22:29)
-
08.11.2011 (22:28)~młoda matka nauczycielostatnio, spacerując w pobliżu placu zabaw ze swoimi dziećmi ok. godz. 18.00 usłyszałam rozmowę dwóch dziewczynek w wieku ok. 7 lat. Jedna z nich (wyglądała przez okno), druga - bawiła się na placu zabaw, prosząc koleżankę aby ta pierwsza dołączyła do zabawy na powietrzu. Ta jednak odmowiła, gdyż stwierdziła, że dopiero przyszła z kursów tańca, teraz odrabia lekcje, a później ma dodatkowy angielski do późniego wieczora.....jak dziecko sie na cos takiego godzi to niech i ma jeszcze ze sto dodatkowych zajec, w koncu to ono ma "pracowac", a rodzice sa durni jak nie widza braku zainteresowania lub postepu tzn. rezultatu swego dziecka, bo jak dziecko czegos nie chce to i tez sie nie nauczy...
-
08.11.2011 (19:57)~usiasyn mojej koleżanki oprócz szkoły chodzi na: kung fu, kółko historyczne,kółko plastyczne,basen,lekcje niemieckiego{ te lekcje w niedzielę ,bo w tygodniu ma każdy dzień zajęty].Czy to jest normalne,aby dziecko nie miało ani dnia wolnego w tygodniu???Chłopiec dobrze się uczy, ale z niemieckiego miał czwórkę,więc ,,musi'' sie poprawić. Idiotyzm wg. mnie.~okoa co z tymi co nie mają kasy na dokształcanie dzieci, siebie...chyba najlepeij do odstrzału bo przecież zużywają czystą wodę, prąd, powietrze tak potrzebne tym wybitnym, a sukcesów nie osiągną i jeszcze może trzeba będzie ich dotować zasiłkami.pomysl sobie czy ty bys dala rade byc naraz najlepsza z tych zajec... i wszystko jasne... bo ja bym nie byla, dla mnie to za duzo...













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli