Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dzieci odjeżdżają

Marihuana nie uzależnia. Narkomani wywodzą się z marginesu. W dobrych rodzinach nikt nie bierze. Gimnazja i licea są „czyste”. Co musi się stać, żebyś przestała w to wierzyć? Twoje dziecko musiałoby zostać narkomanem. Niech los ci lepiej tego oszczędzi. Posłuchaj trzech matek, które przeszły przez najtrudniejsze doświadczenie swojego życia. Poznaj ich dzieci, które były fajne i takie „normalne”.

Marcin ma 14 lat. Lubi zwierzęta. W szkole jest dobry z angielskiego i geografii. Chce być podróżnikiem. Z tatą budują modele okrętów. Mama kupuje mu fajne ciuchy. Matka jest z zawodu dietetykiem, ojciec specjalistą od elektroniki, trochę pracuje w Polsce, trochę w Anglii. Marcin od półtora roku pali marihuanę, bierze amfetaminę i miksy lekowe z accodinu, środków przeciwbólowych, syropu. To znaczy mówi, że... brał.

Reklama

Julia ma lat 18 i pół. Robi świetne zdjęcia. Tak uważają nauczyciele w liceum artystycznym, do którego chodzi Julia. To znaczy... chodziła. Mama, korektorka, wychowuje córkę sama, rozwiodła się, ale są z mężem w dobrych stosunkach. Oboje wierzą, że Julia zaprosi ich kiedyś na wystawę swoich fotografii. Ale Julia od trzech lat bierze dożylnie amfetaminę oraz brown sugar, czyli ciężką heroinę.

Borysowi, lat 16, w podstawówce świetnie szła biologia, więc był plan, że zostanie lekarzem. Potem plan się zmieniał: psychologia, wydział operatorski w Filmówce. Kiedy Borys poszedł do liceum, zaczął palić marihuanę, eksperymentować z mefedronem (wciąż dostępnym dopalaczem). Mama Borysa ma firmę zaopatrującą sklepy w zdrową żywność. Dlaczego jej nie tknęło, gdy Borys powiedział: "Wszyscy tak krytykują konopie indyjskie, a ty powinnaś wiedzieć, że są pożyteczne. Papier drzewny możemy przetworzyć trzy razy, konopny - aż siedem".

Czego nie widać

Mama Julii mówi: - Zróbmy dwie listy: tutaj rzeczy typowe dla buntu nastolatka, tutaj zachowania "ćpuna". Wylicza: huśtawka nastrojów, kłótliwość, dziwne ciuchy, kontrowersyjni znajomi, zamykanie się w pokoju. To samo? - Kropka w kropkę. Która matka nie uzna: tak musi być, trzeba się przemęczyć. Ja tak pomyślałam - przyznaje. Pamięta swoją reakcję na pierwszy powrót Julii z imprezy, na której był alkohol. Córka miała 15 lat. - Poczułam zapach piwa. Ona się zarzekała: mamo, nie piłam. Tak mnie to rozjuszyło, że skupiłam się na udowadnianiu jej, że czuję alkohol. I o to chodziło. Odwróciła moją uwagę od innego zapachu - marihuany.

Mama Borysa przypomina sobie, kto przyniósł do nich kadzidełka. - Śliczna ruda dziewczyna, Natalia. Starsza dwa lata od syna. Poznali się podczas wolontariatu, ona mu imponowała - opowiada. - Siedzieli z synem w jego pokoju, gadali, nie wchodziłam. Myślałam: fajna, rozruszała mi dzieciaka. Bo Borys - na ogół mrukliwy - nagle zrobił się kontaktowy. Opowiadał, co w szkole, jaki numer wykręcili facetowi od WOS-u. Śmiał się, a my razem z nim - mówi mama Borysa. Jeszcze o słodyczach. - Kupował coraz więcej batoników. Przekonywałam: zjedz jabłko. Mówił, że ma fazę na snickersy, dają energię. Odpuszczałam, ba, nawet się cieszyłam, że Borys mógł się uczyć do północy. Skąd miałam wiedzieć, że ta wydajność to efekt palenia "skunów".

Mama Marcina źle odczytała inną "poszlakę". - Przetłuszczone włosy. Myślałam: hormony, trzeba mu kupić dobry szampon. Kiedy pytałam, czy się wczoraj kąpał, mówił: jasne. Wierzyłam, to raczej normalne, że nastolatek czasem nieładnie pachnie. A Marcin się nie mył, przestało go to obchodzić. Odpuścił sobie także sprzątanie pokoju, wyprowadzanie psa, wyjścia z rodzeństwem (mamy jeszcze 5-letnie bliźniaki) na sanki, choć wcześniej robił to chętnie. W szkole na wywiadówce dostałam kartkę pełną jedynek i dwój. Pomyślałam: no tak, gimnazjum. Nauczyciele ostrzegali, że stopnie polecą w dół.

Ale pewnego dnia już nie mogłam udawać, że wszystko trzyma się w normie. Weszłam do pokoju i zobaczyłam, że Marcin patrzy jak "zamrożony" w telewizor - skończył się program w Mini mini, rybka zatrzymała się i bezsensownie machała ogonem. "Marcin, zawiesiłeś się" - powiedziałam cicho. Spojrzał nieprzytomny. Rozumiałam, co to znaczy. W mojej firmie pracowali młodzi ludzie, którym czasem przytrafiało się takie zawieszenie. Wiedziałam, że palą "zioło".

Marcin - odczepcie się wszyscy

Edyta, mama Marcina, ma 41 lat. Niewysoka, Marcinowi sięga do ucha. Spotykamy się w ośrodku dla młodocianych narkomanów na Śląsku. Poklasztorny budynek, na dole sala do terapii, stołówka, kaplica. Na górę, gdzie są pokoje, prowadzą skrzypiące schody. Około 20 podopiecznych. Porządnie ubrane, inteligentne nastolatki. Pierwsze wrażenie: kolonia dla dzieci z dobrych domów. Nic z tych rzeczy - podopieczni nie mogą stąd wychodzić, sami piorą, sprzątają. Sami się kontrolują, czy któryś nie zaćpał. Tutaj Edyta zamknęła Marcina. Wspomina: - Kiedy już wiedziałam, że to TO, jeszcze się łudziłam. A może Marcin się zakochał, a może - nawet czepiałam się tej myśli - jest gejem i nie wie, jak mi powiedzieć. I wtedy zadzwonił telefon ze szkoły: muszę przyjechać, syn pobił kolegę, chłopiec ma przetrącony nos, jest już policja - opowiada Edyta.

- Wcześniej nie był agresywny. Nawet zastanawialiśmy się z mężem, czy nie powinniśmy zapisać go na jakąś sztukę walki, żeby umiał się bronić. Jak Marcin się tłumaczył? Że nie on zaczął, tamten go obraził. Czułam, że kłamie. Okazało się, że chciał od chłopaka pieniądze. Powiedział to wieczorem, kiedy mąż huknął: "Czuj się jak na spowiedzi. Albo szlaban, nie wychodzisz z domu i żadnych kumpli!". Marcin zmiękł. Przyznał: potrzebuje kasy, żeby oddać dług. Komu? Jeszcze kombinował: koledze za bluzę, przywiózł mu z Niemiec. "Przynieś, pokaż", rozkazał mąż. Żadnej bluzy nie było, Marcin w końcu się załamał. "Za trawę", powiedział. A ja? Poczułam, jak świat zaczyna wirować. Byłam przerażona, zła - wszystko naraz. Mąż wysyczał: "Won do swojego pokoju". Był chyba równie przestraszony jak ja - mówi Edyta. Nie spała całą noc.

Co czuje matka? - Po pierwsze lęk o dziecko: czy się uzależnił, czy może umrzeć? Potem: skąd brał narkotyki, ile jest winien, gdzie się spotykał z dilerami? W końcu: dlaczego nas to spotkało? Przecież dbamy o dzieci, nie jesteśmy rodziną patologiczną, chodzimy do kościoła - wylicza Edyta. Dzień po aferze w szkole postanowiła przeprowadzić własne śledztwo. Zrobiła Marcinowi kanapki, siadła obok niego na kanapie: "Synuś, pogadajmy, co się stało?". Liczyłam, że się otworzy, a potem poczuje ulgę, że się wygadał. Usłyszałam: "Odwalcie się wszyscy!", i uciekł do pokoju. Ogarnęła mnie panika: co mam robić?! 

Pomóżcie

Mój syn bierze narkotyki, podejrzewam, że jego koledzy też. Gdzieś muszą je kupować, zgłaszam problem" - mówi Edyta w pokoju szkolnego pedagoga. Po drugiej stronie biurka zdenerwowana kobieta zaciska usta. - Uważałam, że szkoła powinna wiedzieć. I pomóc. Z czym się spotkałam? Ze ścianą - opowiada Edyta. Zaproponowano jej... przeniesienie syna do innego gimnazjum.

- Zrozumiałam to tak: to pani ma problem, nie my. Pozbędziemy się go jednym cięciem, usuniemy dziecko, niech nie "zarazi" innych. Dano mi do zrozumienia, że coś złego musi się dziać w domu, skoro syn robi TAKIE rzeczy. W szkole nie ma narkotyków, jeśli chcę powalczyć w sprawie Marcina, mogę zgłosić się do poradni - dostałam kartkę z numerem telefonu. Zapisałam się na wizytę w tej poradni. Marcina wzięłam ze sobą. Burczącego, nieobecnego - wyznaje Edyta.

Podczas spotkania psycholog wypytuje o relacje w rodzinie, jakie były problemy w dzieciństwie. Na korytarzu za ścianą drze się dziecko, para ludzi przeklina co drugie słowo. - Wyszliśmy stamtąd po godzinie, Marcin wzruszył ramionami: "Rozśmieszasz mnie. Co ta baba gada, co ona mi może kazać? Jeśli będę chciał i tak kupię sobie skuna". Tyle dobrego, że zaczęliśmy rozmawiać - wspomina Edyta. - A skuna nie kupił, bo nie miał za co. Postanowiliśmy uciąć mu pieniądze, które dostawał na pizzę, kino, gazety. Mąż wyłączył internet. Myślałam, że to zadziała - opowiada Edyta.

- Pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy, syn znów miał przekrwione oczy, chichotał. Krzyknęłam: "Co wziąłeś!?". Wpadłam do jego pokoju, nawet nie musiałam długo szukać - w plecaku cztery opakowania po accodinie. "Kopie ostro", zarechotał Marcin, stojąc w drzwiach. Chciałam go sprać, żeby się opamiętał. Nie miałam siły. Zlękniony kot zaczął łasić się do nóg Marcina. "Wy-pier-da-laj, kicia!", wycedził mój syn, który nigdy nie przeklinał. Musiałam coś zrobić.

Dowiedz się więcej na temat: narkotyki | narkotyki w szkole | gimnazjum | wychowanie | nastolatki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje