Do szkoły z górki
Na egzamin do nowojorskiej Spence School trzeba przygotowywać dziecko już od czwartego roku życia. By zapisać je do Sidwell Friends School w Waszyngtonie, należy być przynajmniej członkiem senatu.
A żeby nie czuć się nieswojo na zebraniu rodziców w Crossroads w Hollywood, warto mieć Oscara. Amerykańskie szkoły dla elit to mało demokratyczne instytucje. By się do nich dostać, nie wystarczą pieniądze, talent i wiedza potomka. Liczy się przede wszystkim to, kim są jego rodzice.
W poniedziałek Maxine ma pływanie z profesjonalnym trenerem. We wtorek spotyka się z synem znajomych. Ojciec chłopca jest profesorem, mama znaną pisarką, o takie kontakty trzeba dbać, bo szkoła bierze pod uwagę pozycję towarzyską rodziny... W środę i piątek - kilka godzin francuskiego, w sobotę balet. Oprócz tego zajęcia w prywatnym przedszkolu. Nie uważam, by Maxine miała za dużo na głowie - tłumaczy Ellen, matka dziewczynki.
Liderki przyszłości
Maxine ma trzy lata. Jej ojciec pracuje na Wall Street, matka zajmuje się wyłącznie "projektowaniem przyszłości dziecka". - Jeśli chcę, by moja córka dostała się do najlepszej szkoły w Nowym Jorku, muszę poświęcić temu całą energię - tłumaczy. 37 tysięcy dolarów rocznie za naukę w prestiżowej manhattańskiej Spence School (naukę zaczyna się tu w wieku pięciu lat, a kończy na odpowiedniku naszej matury) nie stanowi dla rodziny problemu. - Byleby tylko Maxine się tam dostała - martwi się Ellen.
- Konkurencja jest ogromna, dziesiątki chętnych na miejsce! Rodzina już szuka psychologa dziecięcego, który przygotuje Maxine do testów wstępnych: "wszyscy wysyłają czterolatki na korepetycje, tylko nikt się do tego głośno nie przyznaje".
Na rozmowie kwalifikacyjnej do Spence dziecko musi nie tylko uzyskać wysoki wynik w teście na inteligencję, ale też wykazać się pewnością siebie i samodzielnością. Udział w eliminacjach może wziąć tylko wtedy, jeśli chodziło wcześniej do konkretnego, wyznaczonego przez szkołę przedszkola.
Ponadto jego rodzice muszą dostarczyć pisemną rekomendację od kogoś, kogo szkoła zna i szanuje. No i wreszcie sami powinni zostać uznani przez dyrekcję szkoły za "odpowiednich". - Liczą się koneksje, prestiżowy zawód, stan konta... - wylicza matka Maxine. - Bo czesne to tylko minimum tego, na co liczy szkoła. Jeśli ktoś może ufundować salę kinową czy sprzęt do którejś ze specjalistycznych pracowni, na pewno będzie mile widziany.
Przed szarym, neoklasycystycznym gmachem Spence School kłębi się tłum rodziców i niań. Roześmiane dziewczynki w krótkich spódniczkach znikają za ogromnymi drzwiami budynku. "Po szkole wszystko mi opowiesz, kochanie! Pan Posner to znakomity mówca! - woła jedna z mam. - Klasa córki ma dziś spotkanie z asystentem sekretarza stanu, Michaelem Posnerem - tłumaczy innej matce. - Będą dyskutować o prawach człowieka".
W Spence to nic nadzwyczajnego. Miesiąc wcześniej z uczennicami spotkała się absolwentka szkoły, aktorka Kerry Washington. Rozmawiała o "konieczności zróżnicowania rasowego w środowisku edukacyjnym". Inna słynna absolwentka, Gwyneth Paltrow, wpada tu czasem z towarzyską wizytą, by odwiedzić dawne nauczycielki. Matka jednej z uczennic, dziennikarka NBC Ann Curry, wystąpiła niedawno z wykładem "Czym jest powołanie do czynienia dobra", na którym mówiła o swoich doświadczeniach reporterskich z rejonów klęsk żywiołowych.
Artykuł pochodzi z kategorii: Reportaże
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
dziękuję za wczorajsze komentarze..., póki co dziwnie... więcej
Reklama
Wasze komentarze (60)
-
24.08.2011 (18:57)Być może ale w naszych szkołach stawia się na wkuw teorii a u nich liczy się praktyka i przydatność wiedzy w życiu codziennym - i tu nas biją na głowę
-
24.08.2011 (18:39)Studia w USA to wyłącznie dobra zabawa. Dlatego reformowanie naszego systemu szkolnictwa pod ten model uważam za pomyłkę. Ze stołka mało nie spadłam jak na drugim (a może to był trzeci) roku studiów inżynierskich okazało się, że przyszli inżynierowie nie umieją wyprowadzić postaci kanonicznej równania kwadratowego, o delcie nie wspominając. Na uczelniach amerykańskich praktycznie nie ma już profesorów - Amerykanów. Są Chińczycy (ale się ich boją że to mogą być szpiedzy i niezbyt lubią), Hindusi (dużo, wielu!), wszystkie możliwe nacje tylko nie Amerykanie. Amerykanie pracują w administracji.
-
-
24.08.2011 (18:04)~mi6taaaaa wystarczy poczytać i posłuchać wypowiedzi tych absolwentów elitarnych szkół np. takiego Ala Gore'a który w jednej ze swoich książek twierdził że na Śląsku powietrze jest tak zanieczyszczone że dzieci zwożone są do specjalnych pomieszczeń pod ziemią żeby zażyć "kąpieli" tlenowych i czystego powietrza-biedaczek słyszał pewnie coś o uzdrowisku w kopalni soli w Bochni ale za to na pewno zna historię swojego kraju...całe nieco ponad 200 lat...i nie myli na pewno Poland z Holland...<SPAN class=user>~Łukasz,,niech amerykanie napisza ile w ameryce jest analfabetow" Statystyczny Amerykanin dziecinko czyta o kilkanaście znaków więcej niż statystyczny Polak... Co ważniejsze, znacznie więcej rozumie z tego co przeczyta... U nas żyje 38 mln obywateli, u nich 311 mln, więc siłą rzeczy analfabetów uzbiera się więcej, jednak są przeważnie Meksykanie itp. którzy trafili tam niedawno... W Polsce od wielu lat panuje mit o super jakości naszego nauczania, a prawda jest dokładnie odwrotna - w stosunku do USA wypadamy bardzo, bardzo słabiutko... Nasze szkraby wiedzą wszystko o podbojach Aleksandra Macedońskiego, a ich zamiast tego lepiej znają historię własnego kraju, nasz student liczy całki i pochodne, a ich student nie potrzebuje fachowca do rozliczenia PITu...[/quote][/quote]
Ha ha ha! Dobre... ;) -
24.08.2011 (17:37)~Łukasz,,niech amerykanie napisza ile w ameryce jest analfabetow"
Statystyczny Amerykanin dziecinko czyta o kilkanaście znaków więcej niż statystyczny Polak... Co ważniejsze, znacznie więcej rozumie z tego co przeczyta... U nas żyje 38 mln obywateli, u nich 311 mln, więc siłą rzeczy analfabetów uzbiera się więcej, jednak są przeważnie Meksykanie itp. którzy trafili tam niedawno... W Polsce od wielu lat panuje mit o super jakości naszego nauczania, a prawda jest dokładnie odwrotna - w stosunku do USA wypadamy bardzo, bardzo słabiutko... Nasze szkraby wiedzą wszystko o podbojach Aleksandra Macedońskiego, a ich zamiast tego lepiej znają historię własnego kraju, nasz student liczy całki i pochodne, a ich student nie potrzebuje fachowca do rozliczenia PITu...taaaaa wystarczy poczytać i posłuchać wypowiedzi tych absolwentów elitarnych szkół np. takiego Ala Gore'a który w jednej ze swoich książek twierdził że na Śląsku powietrze jest tak zanieczyszczone że dzieci zwożone są do specjalnych pomieszczeń pod ziemią żeby zażyć "kąpieli" tlenowych i czystego powietrza-biedaczek słyszał pewnie coś o uzdrowisku w kopalni soli w Bochni ale za to na pewno zna historię swojego kraju...całe nieco ponad 200 lat...i nie myli na pewno Poland z Holland... -
24.08.2011 (17:35)~KayuniaSzkoda mi tylko tych dzieci, ktorym odbiera sie prawo do dziecinstwa... Na wszystko w zyciu jest czas i miejsce, a geniusz obroni sie sam, niezaleznie od tego, gdzie zaistnieje.
Nikt im nie zabiera dzieciństwa. Gdybyś miała choć minimalną wiedzę z psychologii rozwojowej człowieka, wiedziałabyś, że maluch chłonie świat i łaknie poznania. Na początku nauka przez zabawę i doświadczanie, potem inna, ale im wcześniej - tym lepiej. Przynajmniej nie będzie dzieciak skazany na bzdety z TV i domową nudę. Już od dawna wiadomo, że dzieci, które rozpoczęły dobrą edukację w wieku 4 lat są lepiej przygotowane do dorosłego życia. Geniusz sam się raczej nie obroni, to już nie te czasy. W epoce wyścigu szczurów i galopującego postępu nieprzystosowany geniusz jest najlepszym kandydatem na frustrata.












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli