Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zrób naszą kawę

Mistrzyni karate i gwiazda europejskiego futbolu. Piękni, sławni i zakochani w sobie równie mocno jak wtedy, gdy jeszcze nikt ich nie znał.

"Piłkarz? O nie, tylko nie to!", pomyślałam, kiedy dowiedziałam się, że chłopak, który spodobał mi się na obozie I roku studentów AWF na Mazurach, gra w futbol. Potem okazało się, że oboje od razu wpadliśmy sobie w oko.

Reklama

Wtedy zupełnie nie interesowałam się piłką. Uprawiałam karate w klubie w rodzinnym Pruszkowie, Robert grał w tamtejszej drużynie. Kierowałam się stereotypem funkcjonującym na temat piłkarzy. Kiedy zapytał, czy pójdziemy na kawę, wahałam się. Namówiła mnie koleżanka: "No idź, co ci szkodzi?". Pojechałam i... pierwszy (jedyny!) raz w życiu spóźniłam się na spotkanie. Robert mi to do dzisiaj wypomina (śmiech).

Urzekł mnie opanowaniem, ciepłem i rozbrajającym uśmiechem. Totalne przeciwieństwo mnie, bo ja jestem ekspresyjną gadułą. Wkrótce umówiliśmy się na romantyczny spacer po Warszawie... Mieliśmy po 19 lat, gdy się poznaliśmy. Pół roku później Robert dostał propozycję z Lecha Poznań. Chciał, abym tam z nim pojechała. Moja mama nie była zwolenniczką wspólnego mieszkania przed ślubem. Pochodzę z tradycyjnej, katolickiej rodziny. Mimo to nie chciałam rozłąki z ukochanym, więc przeniosłam się na studia do Poznania. Dojeżdżałam na treningi do Warszawy, większość czasu spędzałam w pociągach.

Przeprowadzka to był skok na głęboką wodę, test dla związku. Oboje musieliśmy się nauczyć domowej organizacji. Przygotowuję nam posiłki, dbam też o suplementy, dobieram odpowiednie dla każdego z nas witaminy. Zaczęłam studiować zaocznie drugi kierunek - dietetykę. To moja pasja, a w przyszłości, po zakończeniu kariery sportowej, być może zawód. Lubię, gdy Robert mówi: "Zrób naszą kawę", mając na myśli tę specjalnie parzoną, z kardamonem, według kuchni pięciu przemian.

Od dwóch lat mieszkamy w Dortmundzie, gdzie Robert gra i na co dzień trenuje. Zależało mi na tym, żeby do naszego wspólnego życia przenieść zwyczaje z mojego rodzinnego domu. Jemy więc razem posiłki, dużo rozmawiamy, celebrujemy ważne okazje, a w niedzielę chodzimy do kościoła. To nasza baza. Jeśli trwa sezon startowy, co tydzień wyjeżdżam na zgrupowania kadry, które trwają po kilka dni. W październiku zdobyłam wicemistrzostwo świata.

Teraz, stęsknieni, wreszcie możemy pobyć razem, iść do zaprzyjaźnionej włoskiej restauracji i wyskoczyć na koncert Jennifer Lopez. Nasz przepis na dobry związek? Trzeba pielęgnować uczucie, robić sobie niespodzianki i nie wstydzić się wyznawania miłości. Ani Robert, ani ja nie mamy problemu z mówieniem "kocham cię". Jeśli będziemy mieli dzieci, to też je tego nauczymy.

A niespodzianki... Na przykład, kiedy muszę wstać o 4 rano na samolot do Warszawy, a on jeszcze śpi, rysuję wielkie serce na lustrze kredką do oczu. Albo kiedy wyjeżdża na mecz, ustawiam na jego laptopie tapetę z naszym zdjęciem z wakacji. Robert potrafi mnie zaskoczyć bukietem róż. Przekornie pytam: "Za co?". Odpowiada: "Za to, że jesteś wyjątkowa!".

Ja roztrzepana, on spokojny. Prosi mnie: "Skup się, zwolnij". Tonuje mnie, za to ja nauczyłam go otwartości. Moja koleżanka powiedziała, że jesteśmy jak... zamek w kurtce. Po dwóch różnych stronach, ale idealnie się zazębiamy.

Nie kłócimy się, tylko sprzeczamy. O co? Bywa, że się złoszczę, kiedy Robert wraca z meczu, zostawia walizkę na środku pokoju, siada w klubowym dresie przed telewizorem i wyciąga laptop. "Wypakuj rzeczy, przebierz się", proszę. "Ale po co, skoro za dwa dni znowu wyjeżdżam?", mówi. Założę się, że jego z kolei denerwują papierki, które zostawiam w samochodzie. Dla niego najważniejszy jest porządek w aucie.

Najmniej lubię w Robercie cechę, dzięki której jest dobrym zawodnikiem. To uparciuch. Ja wolę odpuścić. Ale rozpiera mnie duma, że sodówka nie uderzyła mu do głowy, choć tak wiele osiągnął. Jesteśmy parą, którą sport łączy, a nie dzieli. Żartuję, że Robert bywa moim psychologiem. Wie, jak ze mną rozmawiać, kiedy jestem zestresowana po zawodach. Mam nadzieję, że tego nie przeczyta: zwykle ma rację!

Kiedy podczas ostatnich mistrzostw świata czułam się oszukana niesprawiedliwą, moim zdaniem, punktacją i długo płakałam, mocno mnie wspierał. Wcześniej miałam intensywny okres przygotowawczy, w tygodniu trenowałam w Polsce po cztery razy dziennie, a na weekendy latałam do Roberta. Byłam przemęczona. On wie, jak ważny jest wypoczynek, więc zazwyczaj zarządza: dwa dni przerwy! W Dortmundzie trenuję indywidualnie, często Robert jedzie ze mną do wynajętej sali, trzyma tarczę, z którą ćwiczę, mierzy czas. Doceniam, że nigdy nie powiedział: "Aniu, skończ z tym karate, bądź więcej w domu". Kiedyś, gdy zostanę mamą, na pewno przystopuję, na razie chcę się rozwijać.

Ja też staram się mu doradzać. Robert dopytuje mnie po meczu: "A widziałaś tę sytuację? Co o niej myślisz?". Dzięki naszemu związkowi zaczęłam interesować się futbolem. Robert traktuje mnie jak narzeczoną, ale także jak kumpla, z którym może pogadać o piłce. Wie, że szczerze mu odpowiem: "Ta akcja była super, tamtą mogłeś inaczej poprowadzić". Kiedy tylko mogę, dopinguję go na stadionie. Gdy strzelił pierwszą bramkę dla Polski podczas Euro 2012, miałam łzy w oczach. Uwielbiam, gdy dedykuje mi gole: 80 tysięcy ludzi na trybunach, a on śle całusa tylko w moją stronę. Mam ciarki z emocji!

Przyznaję, że nie lubię, gdy ktoś mówi o mnie tylko w kategorii narzeczonej Lewandowskiego. Ale mam świadomość, ile Robert osiągnął. Z braku czasu rzadziej bywa na moich zawodach. Zdziwiłam się, że tak szybko przyswoił sobie skomplikowane zasady karate. "Potrzebujesz więcej treningu stabilizacyjnego, trzymaj równowagę, Aniu", radzi. Mój sport nie jest typowo damski, ale nie przeszkadza mi to, by czuć się kobieco. Jesteśmy zaręczeni i - jak chyba wszyscy narzeczeni - planujemy ślub. Kiedy i gdzie? To chcemy zostawić w sferze prywatności.

-------------

Anna Stachurska - ma 24 lata. Jest zawodniczką Karate Klub Pruszków i reprezentantką Polski. Na swoim koncie ma kilkanaście trofeów mistrzostw Europy i świata w różnych kategoriach wiekowych. Na ostatnich mistrzostwach świata w karate tradycyjnym wywalczyła srebrny medal drużynowy.

Co na to Robert? Czytaj na następnej stronie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje