Z mężem mi do twarzy
Nawet jeśli, jak powiadają, małżeństwo to grób miłości, i zawsze można żyć bez ślubu, to mimo wszystko wiele z nas w byciu żoną odnajduje szczęście.
Powiedziałam mu kiedyś: „Kochaj mnie, ale pozwól mi czasem od siebie uciec i pobyć samej”. On to zaakceptował – mówi Paulina Chruściel, aktorka Teatru Powszechnego w Warszawie, szerszej publiczności znana z serialu „Linia życia” (Polsat).
– Małżeństwo kojarzyło mi się ze wszystkim, co najgorsze. W dzieciństwie napatrzyłam się na ludzi w nieszczęśliwych związkach – wyjaśnia. Od początku postawiła na niezależność, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Zdolna, pracowita, ambitna, prędko zaczęła odnosić sukcesy i zdobywać uznanie. Gdy trwała w przekonaniu, że najlepiej być samą, spotkała mężczyznę, który ją zafascynował, i, co więcej, zdała sobie sprawę z tego, że bardzo chce z nim być.
– Wtedy pojawił się dylemat – wspomina. – Potrzebowałam wolności i przestrzeni do artystycznego rozwoju. Zakochałam się, ale nie miałam zamiaru wychodzić za mąż. Dla mnie to było równoznaczne z rezygnacją z siebie. Strach przed oddaniem się drugiemu człowiekowi i zatraceniem w związku był paraliżujący.
Decyzji o ślubie nie podjęła pod wpływem chwili. Długo do niej dojrzewała. Z narzeczonym Łukaszem Wiśniewskim najpierw zamieszkali razem. Poznawali się, docierali, określali zasady życia we dwoje. – Po kilku latach wolnego związku zaczęłam czuć dyskomfort – opowiada Paulina. – Tak, jakbym się zatrzymała w progu ze spakowaną walizką i mówiła: „Jak mi się przestanie podobać, to znikam”. Czułam, że to nieuczciwe, że to podejrzany kompromis, ale nie stać mnie było na nic więcej. Trwaliśmy tak parę lat jako narzeczeni.
W innych sprawach Paulina Chruściel wydawała się silna i zdecydowana. W tej jednej, najważniejszej, brakowało jej odwagi, a przede wszystkim zaufania do siebie. – Łukasz okazał się cierpliwym partnerem, był przy mnie, czekał, wspierał. Wiele mu zawdzięczam – mówi aktorka. – Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że ślub to próg, za którym dopiero wszystko się zaczyna. Że jego przekroczenie jest jedyną drogą do prawdziwego poznania, kim jestem, ale i kim dla mnie jest mój partner.
Rodzice Pauliny i Łukasza odetchnęli z ulgą, gdy usłyszeli, że młodzi chcą się w końcu pobrać. Zaraz potem dowiedzieli się, że „dzieci” owszem, chcą ślubu, ale daleko stąd. – Nie mieliśmy ochoty na ceremonię w polskim stylu: z morzem wódki i nigdy niewidzianymi kuzynami – tłumaczy Paulina. – Chcieliśmy przeżyć ten czas w skupieniu, tylko we dwoje. Wyjechaliśmy do Afryki. Rodzicom powiedzieliśmy o wszystkim trzy dni przed wylotem. Jesteśmy wierzący, więc zależało nam na ślubie kościelnym. Wcześniej przez internet znaleźliśmy polską misję franciszkańską w Tanzanii, czterdzieści kilometrów od Kilimandżaro. Przed ślubem przez dwa tygodnie mieszkaliśmy i pracowaliśmy z franciszkanami na farmie. To był piękny czas, który nas wewnętrznie przygotował i wzbogacił.
Zaprosili do kościoła całą wioskę. Mieszkańcy przyszli odświętnie ubrani, bardzo przejęci, śpiewali i tańczyli. Mszę odprawiono w języku suahili tłumaczonym na angielski, przysięgę małżeńską wypowiedzieli po polsku. Było skromnie, ale radośnie. Świętego sakramentu udzielał im ojciec Grzegorz Bykowski, dziś przyjaciel małżonków. Świadkami byli miejscowi: stolarz Prosper i kucharka Cecylia. Paulina miała na sobie sukienkę z białobłękitnego jedwabiu, którą wcześniej w Polsce uszyła ze swoją babcią.
– Zawsze przywiązywałam ogromną wagę do więzi pokoleniowej – wyznaje. – Tego dnia czułam, jakby wszystkie kobiety z mojej rodziny towarzyszyły mi w drodze do ołtarza. Zasłuchana w afrykańską opowieść Pauliny Chruściel dopiero po jakimś czasie zauważam, że siedzimy pod wielką mapą świata w kawiarni o nazwie Bezgraniczna. Aktorka pije herbatę, przed nią na stoliku piętrzy się sterta notatek. Każdą wolną chwilę przeznacza na naukę. Nie wyobraża sobie, że mogłaby wystarczyć jej tylko scena. Dlatego zdecydowała się jeszcze na studia podyplomowe – stosunki międzynarodowe i marketing kultury.
Mąż rozumie, że Paulina musi mieć czas tylko dla siebie. Wie, że niekiedy potrzebuje pobyć w pojedynkę, że pragnie realizować swoje marzenia. Czasem wyjeżdża gdzieś na dłużej sama. Tak jak ostatnio do Paryża. Łukasz też ma swoje priorytety i plany. – Jest reżyserem teatralnym, jednak na razie nie spotykamy się w pracy. Każde z nas pracuje na własny rachunek. Paulina Chruściel uważa, że małżeństwo pomogło jej dorosnąć. Nie wie, co będzie za dziesięć lat, ale ma pewność, że identyfikuje się z tym związkiem. Na sto procent, bez asekuracji.
W związku dwojga ludzi zdarzają się dramatyczne momenty. Człowiek najpierw wpada w histerię, potem zaczyna rozumieć, co się stało, na końcu przychodzi akceptacja tego, czego nie da się zmienić – mówi Joanna Kos-Krauze, reżyserka i scenarzystka.
Ostatnie półtora roku spędziła z mężem w RPA. Krzysztof Krauze chory na nowotwór prostaty znalazł pomoc u tamtejszych lekarzy. – Mieliśmy dużo szczęścia – zaznacza Joanna Kos-Krauze. – Spotkało nas wiele niezwykłych rzeczy, dostaliśmy ogromne wsparcie ze strony przyjaciół. Przez ostatnie pięć lat często odwiedzała szpitale. Towarzyszyła mężowi, gdy brał chemię, źle się po niej czuł, tracił nadzieję, a potem ją odzyskiwał.
– Z ciężką chorobą jest trochę jak z alkoholizmem. Choruje cała rodzina. Wszyscy jesteśmy już bardzo zmęczeni – tłumaczy Joanna. – Teraz przynajmniej potrafimy się z tego śmiać i żartować, ale nie zawsze tak było, bo ludzie mają skłonność do sentymentalnej wizji choroby – zauważa. – Że pojawia się jako życiowa lekcja, przebudowuje relację między mężem a żoną, nadaje małżeństwu nowy, głębszy sens. A potem wszystko kończy się happy endem.
W rzeczywistości bywa różnie. Dużo zależy od konstrukcji psychicznej chorego i jego partnera. Krzysztof się nie poddaje. Dla niego to gigantyczny wysiłek. Joanna jest zdania, że choroba wcale nie zbliżyła jej do męża. – To kolejny stereotyp – zaznacza. – Na początku Krzysztof był z tym problemem sam. Bagatelizował go, uważał, że to wyłącznie jego sprawa. Jak wielu mężczyzn nie chciał i nie umiał pogodzić się ze swoją słabością. Długo się tego uczył. A jeśli chodzi o bliskość, to zawsze między nami była. Tylko że ta wynikająca z choroby jest inna.
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (19)
-
20.11.2011 (14:59)~xyzJaka to więź pokoleniowa, kiedy ucieka się przed rodziną na drugi koniec świata. Nadęta, egzaltowana i egoistyczna celebrytka!Co za głupota! Chyba nic nie zrozumiałaś z tego co ona mówi. A mówi mądrze i bez ściemy.
-
13.09.2011 (11:48)Jaka to więź pokoleniowa, kiedy ucieka się przed rodziną na drugi koniec świata. Nadęta, egzaltowana i egoistyczna celebrytka!
-
-
12.06.2011 (20:45)Małżeństwo to już poważna decyzja bardzo dojrzała,jeśli nie ma pewności ,czy wszystko się ułoży zgodnie z oczekiwaniami,to lepiej dać sobie czas.Jeszcze jeżeli praca jest często poza domem to już to musi zaakceptować druga osoba ze zrozumieniem,miłość i szacunek względem siebie to są bardzo poważne rzeczy mające ze sobą powiązanie.
-
10.06.2011 (13:24)"każdy z nas chce mieć jasność, zycie w wolnym związku to ciagła niepewnośc czy ta druga osoba traktuje mnie powaznie, czy tez jest ze mną bo "chwilowo" nie ma nic lepszego"
Będąc męzatka nigdy nie masz pewnosci czy bedziesz trkatowana zawsze powaznie. To tylko przysłowiowy "papier" życie w małżeństwie nie rózni sie niczym o tego na kocia łape, tu chodzi o czyste uczucie. Zaden podpis i przysięga nie jest w stanie tego zapieczętować i dac gwarancję na całe życie. Twoje stereotypowe stwierdzenie, że "każdy mierzy swoja miarą" ma sie nijak do rzeczywistosci. To, że ktos postrzega negatywnie fakty nie oznacza, ze robi tak adekwatnie do opisywanej sytuacji. Tylko pogratulowac Ci udanego małżenstwa ale życue pisze rózne scenariusze.
-
10.06.2011 (13:07)~jaWszystko zależy od ludzi ale faktem jest że małżeństwo jest grobem wolności !!! ABSOLUTNIE i zazwyczaj wyglada na to że każda dama a i nie dama planując malżenstwo widzi w pierwszej kolejnosci wlasne korzysci a facet ma być narzędziem do tego i jest pózniej narzedziem w jej łapkach . Pózniej dziecko po to żeby faceta uwiązac dobrze do siebie i pózniej żądania bezwzględnej adoracji bo jesli nie to straszenie rozwodem a przede wszystkim alimentami / Im więcej facet ma z taka dzieci tym bardziej jest pogrązony . One dobrze o tym wiedza Modliszki bezwzględne .Kobiety w wiekszości to (...) a malżenstwo to zalegalizowana Prostytucja - !!!! Taka jest goła prawda co byście tu nie wychwalali i pisali .
Musisz mies straszne zyciowe doświadczenia... Współczuję ;) A nie pomyslalęś może, że dla wielu ludzi małżoństwo jest swego rodzanem wyzneniem bezgranicznej miłości w obecności rodziny i Boga (jesli jestes wierzący) i w pewnym sensie deklaracją, że właśnię tą osobę kochamy i chcemy z nia spedzić resztę życia. Masz bardzo przykre podejście do kobiet :) A kobiety zwyczajnie pragną małżenstwa a miłości wlasnie, każdy z nas chce mieć jasność, zycie w wolnym związku to ciagła niepewnośc czy ta druga osoba traktuje mnie powaznie, czy tez jest ze mną bo "chwilowo" nie ma nic lepszego... Rozumiesz coś? :) Ocenianie wszystkiego nagatywnie i poprzez pryzmat materializmu nie świadczy o tobie dobrze (każdy mierzy swoja miarą)













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli