Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wszystkie twarze Władimira Władimirowicza

Jeden z najpotężniejszych ludzi na ziemi. Był prezydentem, teraz jest premierem. Cieszy się taką popularnością, że może tę funkcję pełnić dożywotnio. Niedawno przez media został obwołany "przyjaciele Polaków".

Wielkie gesty mają sens i zapisują się w historii tylko wtedy, gdy wykonują je silni przywódcy. Władimir Władimirowicz Putin takim "mocarzem" z pewnością jest. Od Władywostoku aż po Królewiec dzierży rząd dusz.

Reklama

Rosjanie ufają mu bezgranicznie, kochają i traktują jak półboga. Dlatego tak duże znaczenie miał uchwycony przez kamery gest współczucia, gdy najpotężniejszy człowiek Rosji przy szczątkach polskiego samolotu prezydenckiego objął polskiego premiera. Odebrano to jako symbol pojednania dwóch zwaśnionych narodów. Tak jak pamiętny znak pokoju, który przekazali sobie 12 lipca 1989 roku w Krzyżowej Helmut Kohl i Tadeusz Mazowiecki.

Katyń czy Chatyń

Czy gest Putina pod Smoleńskiem może również przejść do historii? Już następnego dnia zmienił się ton, jakim rosyjskie media mówiły o Polsce. W głównym wydaniu telewizyjnego dziennika Wremia szczerze powiedziano o zbrodni katyńskiej sprzed 70 lat, nie ukrywając tego, że 22 tysiące polskich oficerów zginęło na rozkaz Józefa Stalina.

Miliony Rosjan po raz pierwszy dowiedziały się, o co tak naprawdę chodziło Polakom. Do tej pory hasło "Katyń" wywoływało tylko skojarzenie z jedną z najgłośniejszych zbrodni nazistowskich w czasie II wojny światowej. I nie miała ona nic wspólnego z "naszym" Katyniem.

Na wschód od Bugu każde dziecko uczy się o tym, że w marcu 1943 roku oddziały niemieckie spaliły wieś i zakatowały 149 osób. Oczywiście ten Katyń (a właściwie Chatyń - uroczysko w obwodzie łohojskim nieopodal Mińska) to nie katyński las pod Smoleńskiem, gdzie w kwietniu 1940 roku polscy oficerowie ginęli od strzału w tył głowy.

Ale nieprzypadkowo radziecka propaganda przez lata wykorzystywała zbieżność tych nazw dla dezinformacji. Ruiny spalonej wsi zostały narodowym miejscem pamięci o zbrodniach niemieckich, a delegacje zagraniczne oddawały hołd pomordowanym bohaterom. Tak Chatyń usunął w cień Katyń.

Jednak już trzy dni przed tragiczną katastrofą lotniczą przed smoleńskim lotniskiem premier Rosji przybył wraz z Donaldem Tuskiem do Katynia i tam nad mogiłami polskich oficerów wysłuchał naszej historii. Według słów obecnego przy tym ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego Putin był naprawdę poruszony. Być może dlatego, gdy kilkadziesiąt godzin później odebrał telefon o katastrofie, w której zginął polski prezydent, zareagował z empatią, która zaskoczyła nie tylko Polaków, ale i Rosjan. Bo takiej twarzy najpopularniejszego rosyjskiego polityka nigdy nie widzieli.

Kamienna twarz

Gdy świat gotował się do powitania nowego milenium, dziennikarze nerwowo dzwonili do politologów, próbując dowiedzieć się czegoś na temat niepozornego 47-latka, o którym wiadomo było tylko tyle, że pół roku wcześniej awansował z szefa tajnych służb na stanowisko premiera Federacji Rosyjskiej, a 31 grudnia 1999 r. niespodziewanie został prezydentem.

Premierzy w latach 90. zmieniali się tak szybko i pełnili tak mało istotną rolę w rosyjskiej polityce, że na Zachodzie mało kto zawracał sobie głowę uczeniem się coraz to nowych nazwisk. Gdy schorowany Borys Jelcyn ustąpił ze stanowiska, na swoje miejsce na Kremlu wyznaczył Putina. Następca musiał się zmierzyć z legendą poprzednika. Jelcyn był kochany i znienawidzony, ale odpowiadał stereotypowemu postrzeganiu "rosyjskiej duszy". Miał posturę niedźwiedzia, jowialne usposobienie, łatwo się wzruszał, ale i wpadał we wściekłość. Codziennie zaglądał do kieliszka.

Putin wypadał przy nim blado. Niewysoki, szczupły, z twarzą niewyrażającą żadnych emocji. Na dodatek abstynent. Nie budził sympatii. Na samym początku jego kadencji zdarzył się tragiczny wypadek - zatonął atomowy okręt podwodny "Kursk". Prezydent zachował się bezdusznie, jak oficer KGB, a nie ojciec narodu. Próbował utajnić wiadomość o katastrofie i odrzucił pomoc oferowaną przez kraje, które dysponowały specjalistycznym sprzętem do ratowania zatopionych łodzi.

Gdy żony 118 marynarzy rozpaczały na nabrzeżu portu w Siewieromorsku na dalekiej północy, Putin odpoczywał w Soczi. Przełom nastąpił, gdy czeczeńscy terroryści wzięli zakładników w moskiewskim teatrze na Dubrowce w 2002 roku i w szkole podstawowej w Biesłanie w 2004 - wtedy wydał rozkaz zabicia napastników za wszelką cenę. Zginęło wielu niewinnych ludzi, ale prezydent w telewizyjnym wystąpieniu zapowiedział, że "dorwie terrorystów nawet w kiblu". Na Zachodzie po takich słowach polityk straciłby natychmiast posadę - Rosjanie wybrali Putina na drugą kadencję przygniatającą większością głosów.

Mąż stanu

Międzynarodowa opinia publiczna nie cierpiała Putina. Był niemedialny, mściwy, agresywny. Gdy został prezydentem, nazwał rozpad Związku Radzieckiego "największą katastrofą geopolityczną XX wieku", a Stalina "wielkim wodzem". Zamiast negocjować ze śniącymi o niepodległości Czeczenami, wysłał do zbuntowanej prowincji jeszcze więcej czołgów.

A jednak umiał znaleźć przyjaciół wśród najważniejszych polityków zachodniego świata. Prywatnie, po wyłączeniu kamer, rezygnował ze sztywnej pozy i stawał się świetnym rozmówcą. Kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder szybko przeszedł z nim na ty. Nie było też między nimi bariery językowej - Putin w latach 80. był na placówce wywiadowczej w Dreźnie i mówi po niemiecku niemal bez akcentu. Kanclerz bywał u rosyjskiego prezydenta na uroczystościach rodzinnych. Dzwonili do siebie, by pogadać o sprawach prywatnych. Gdy Schroeder przegrał wybory i stracił stanowisko, Putin zaoferował mu posadę w kontrolowanej przez państwo spółce Gazprom.

Z kolejną kanclerz - Angelą Merkel, utrzymuje chłodne relacje, jakby czuł do niej żal, że pokonała w wyborach jego przyjaciela. Ale Rosjanin potrafił za granicą zjednać sobie wielu przywódców, m.in. George'a W. Busha. Tak jak na początku się go bano, po bezpośrednich spotkaniach oddychano z ulgą. Imperium było stabilne i przewidywalne, a "ponurak" potrafił zdobyć szacunek.

Mało który światowy przywódca zdobyłby się na pokaz umiejętności dżudo w japońskiej szkole sztuk walki, konną wycieczkę z koczownikami po mongolskim stepie czy spływ rwącą syberyjską rzeką.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje