Przejdź na stronę główną Interia.pl

Uciec, ale dokąd?

Jeszcze sto lat temu ucieczka od prozy życia nie była łatwa. Myśliciel Albert Schweitzer mawiał wtedy, że istnieją na to dwa sposoby: muzyka i koty. My znamy ich o wiele więcej. Są wśród nas ludzie, którzy oprócz zwykłego życia mają drugie i staje się ono ich pasją.

Dom Joasi Jaskółki stoi przy ujściu Krutyni do Bełdan. Aby porozmawiać przez telefon, Asia wychodzi na dwór i krąży jak różdżkarz w poszukiwaniu podziemnych rzek. W domu był kiedyś sklepik - dla mamy Asi prawdziwe okno na świat i ucieczka od schematu życia. Tu ludzie dzielą się na dwie grupy: tych, którym nic się nie chce, i garstkę tych, którzy są wciąż zajęci. Większość kobiet jest bez pracy. Kilka lat temu powstały Biedronka oraz Lidl i sklepik został zamknięty.

Ucieczka od beznadziei

Reklama

W tym domku na skraju mazurskiego lasu, pomiędzy obiadami, zajmowaniem się dzieckiem, pszczelarstwem i ogrodem, Asia tworzy bloga Matkatylkojedna.pl, uznanego za jeden z 30 najbardziej wpływowych blogów 2014 roku. Pisze o życiu wiejskiej matki, ale inaczej. Czepia się obiegowych opinii, zmusza do myślenia. Wcale nie miało tak być. Asia wyjechała do Warszawy na studia. Skończyła turystykę i polonistykę, pracowała w redakcji gazety.

- Gdy urodził się nasz synek, zrobiło się trudno. Mąż nie miał perspektyw awansu, a pracował po kilkanaście godzin dziennie. Żeby dostać miejsce w żłobku, trzeba było mieć meldunek, a właściciel mieszkania nie chciał nas zameldować. Pracowałam głównie w domu, najlepsze zlecenia przechodziły mi koło nosa. O 15 na przystanku czekałam z wózkiem na koleżankę wracającą z pracy. Przejmowała dziecko, a ja jechałam do redakcji, gdzie siedziałam do 1 w nocy. Któregoś wieczoru mąż wrócił z pracy i powiedział: "Aśka, nie wiem co dalej. To wszystko nie ma sensu. Nic się nie zmieni. To przecież nie życie, tylko jakaś wegetacja".

Generacja Y, do której należy Asia, czyli pokolenie urodzone między 1984 a 1997 rokiem, jest często krytykowana za roszczeniową postawę. Prawda jest taka, że ma ona kłopot z godzeniem się na trudną rzeczywistość. Nie mówi sobie: muszę jakoś to wytrzymać, lepiej nie będzie. Jak wynika z badań Berliner Trendence Institut (instytutu trendów), 60 proc. przedstawicieli generacji Y obsesyjnie dba o równowagę pomiędzy pracą a życiem, o swobodę decydowania o sobie.

Asia i jej mąż usiedli i zrobili wspólny ranking życiowych opcji. W ciągu miesiąca zmienili wszystko: porzucili pracę w Warszawie i przenieśli się do opuszczonego sklepu w mazurskiej wsi. Panie w pośredniaku w Mikołajkach mówiły: "Turystykę pani skończyła? Mamy ofertę z hotelu, doba w pracy, doba w domu, chce pani?". Nie chciała.

- Latem pomagałam rodzicom w prowadzeniu ich pensjonatu. Ale już we wrześniu robi się na Mazurach pusto. W październiku gryzłam palce z nudów, w listopadzie wyciągnęłam zeszyt i zaczęłam pisać. Sama z synkiem, dookoła las, 100 km do najbliższej galerii handlowej, sklepów prawie nie ma, nic się nie dzieje. Sąsiadki siedzą w domu, czasem wyskoczą na ploty. Czułam się totalnie uziemiona.

Jedną z reakcji na to, że świat wokół nie spełnia oczekiwań, jest emigracja wewnętrzna. Czasem w apatię. Może dlatego aż 52 proc. Polaków zapytanych o to, co robi, gdy ma czas dla siebie, odpowiada: "Oglądam telewizję lub śpię". Jest i druga droga tej emigracji: niezgoda na marazm, jaki otacza, na przyporządkowanie do roli, która nie wystarcza. Podróż w życie alternatywne.

- Historia ucieczek i żyć równoległych zaczęła się na dobre wraz z kontrkulturą pod koniec lat 60. XX w. - mówi prof. Waldemar Kuligowski, antropolog kultury. Sam uciekał kilka razy: jest poetą i podróżnikiem, na studiach grał w zespole punkowym, a potem związał się z Polskim Ruchem... Przyjaciół Indian. Tłumaczy: - W poprzednich epokach człowiek był restrykcyjnie sformatowany. Jeśli rodził się hiszpańskim arystokratą czy chłopem wielkopolskim, to była to rola na całe życie. Nie miał możliwości uciec, niewiele było takich przykładów i ludzie nie mieli w sobie takiej potrzeby. Rewolucje społeczne XX wieku przyniosły ze sobą rewolucje wewnętrzne.

- Ważne stały się introspekcja, własne ja. Ludzie odkryli psychologiczne korzyści, jakie czerpiemy z posiadania żyć równoległych - dodaje Kuligowski. Asia w listopadzie 2013 odpaliła bloga: - Rodzina, znajomi pukali się w czoło: to dla nastolatki, marnujesz czas. Pytałam: "A co ja mam tu robić? Nie mogę krążyć między kuchnią a pokojem dziecięcym". Mama zrozumiała od razu. Okno na świat.

Na początek Jaskółka napisała o tym, jak trudno być mamą. Trzeba być szczęśliwym, nie wolno się przyznać, że dziecko denerwuje, nie ma przyzwolenia na matczyną frustrację. Tekst udostępniło mnóstwo osób i napisał o nim Znak. Zebrała czytelników.

- Potem zabrałam głos w obronie ojca, który zapomniał o dziecku w samochodzie i to dziecko umarło. Tragiczna historia przemęczonego człowieka, a ludzie pisali: "W życiu bym czegoś takiego nie zrobił(a)". Prawda jest taka, że przecież on myślał dokładnie tak samo, zanim to się stało - tłumaczy.

Uważa, że otwiera ludziom oczy, zwraca uwagę na punkty widzenia, których nie wzięli pod uwagę, wydając szybkie osądy.

- Internet może być oknem na świat, tylko najpierw trzeba sobie szyby umyć - dodaje metaforycznie. - Ja właśnie myję okna w internecie. Kiedyś opisałam, jakim problemem dla mnie jest kupienie kurtki dla synka. Ktoś poradził: "Przecież w Tesco są tanie". Ale ja do najbliższego Tesco jadę godzinę. Czytelnik był zdziwiony, że nie każdy ma sklep pod nosem! Odkąd ludzie zaczęli do niej pisać, a szczególnie odkąd zaczęli ją pytać, jak żyć, waha się pomiędzy zażenowaniem a satysfakcją.

- Mam możliwość wypowiedzenia się głośno, mimo że mieszkam na końcu świata i żeby opublikować post, czasem czekam na sieć godzinami. To dowód na to, że coś robię ze swoim życiem, że coś z tego wynika, że wywieram wpływ na czyjś światopogląd.

Prof. Kuligowski twierdzi, że gdyby hipisi mieli sieć, także wybraliby ją jako miejsce swojej wolności: - Internet i jego anonimowość pozwalają dać upust temu, co gdzie indziej zostałoby wyśmiane. Poza tym tu można mieć każde życie, wymyślone lub równoległe. Badacze internetu mówią, że sieć to ziszczenie marzeń romantyków - można się tu bez ograniczeń rozwijać, wejrzeć w siebie do głębi i dać upust wyobraźni bez limitów. Nigdy wcześniej nie mieliśmy ku temu takich warunków.

Druga, lepsza ja

"Niekiedy wydaje się nam, że mieszkają w nas dwie różne osoby. Jedna, która wszystko doskonale czyni, i tego człowieka prezentujemy światu. Ale jest i ta druga, której się wstydzimy, i ją ukrywamy", pisał Phil Bosmans, flamandzki pisarz. W przypadku Diany Szumilas alias VeganCorner wstyd dotyczył ciała. Jej kompleksy z powodu nadwagi były ogromne.

- Jedzenie stało się wrogiem. Nauczyłam się wtedy, jak sobie znaleźć alternatywę, uciekałam w książki i seriale - opowiada.

Eskapizm, bo tak określa się przenoszenie w świat iluzji, według psychologów może wystąpić jako reakcja na długotrwały stres, uraz psychiczny, ciężką pracę, niemożność nawiązania relacji z innymi. Eskapizmem może być wszystko, jeśli zastępuje nam prawdziwe życie: kariera, sztuka, religia, gry internetowe, czytanie książek, medytacja. W socjologicznym slangu biernych eskapistów - czytaczy i oglądaczy - nazywa się nolife, bo większą część czasu spędzają w izolacji od innych. Uciekają w myśl filozofii: skoro nie mogę osiągnąć doskonałego etapu rozwoju, wycofam się, schowam w kokon.

Eskapizm to także rozmaite ruchy społeczne. Niemiecki filozof społeczny Ernst Bloch uważa wręcz, że ucieczka "poza system" może być substytutem rewolucji. Niemcy "uciekają" do różnego rodzaju wspólnot. W tym kraju zarejestrowanych jest ok. 600 tys. stowarzyszeń, klubów, związków etc., czyli ok. siedmiu na każdy tysiąc obywateli. To eskapizm pozytywny. Ale niemiecką zmorą jest także zjawisko uciekania od systemu... pracy. Przyjazna polityka socjalna (wysokie zasiłki, ulgi) sprawiła, że w samej stolicy z socjalu żyje ok. 17 proc. ludzi.

W Wielkiej Brytanii z kolei jedną z większych grup eskapistów jest generacja Re-Run. W 2010 r. brytyjska instytucja finansowa Standard Life przeprowadziła badania nad tą częścią społeczeństwa, bo okazało się, że nie jest ona zainteresowana żadnymi produktami finansowymi zabezpieczającymi przyszłość. Re-Run to głównie osoby, które weszły w dorosłość w latach 90. oraz na początku XXI w. Nie gromadzą majątku, nie martwią się emeryturą. Bawią się, nie chcąc dorosnąć.

- Książki i seriale to były drzwi do innej bajki - zostawiałam problemy i wchodziłam w odmienny świat. Pozwalały mi odetchnąć od tego, co mnie przytłaczało. Teraz zamiast śledzić losy bohaterów, sprawdzam, czy cebula mi się nie przypala - żartuje Diana. Bo zamiast uciekać, zaczęła... tworzyć. Mówi, że eskapizm stał się dla niej drzwiami ku czemuś konstruktywnemu. W Głogowie, gdzie mieszkała, trudno o sklep ze zdrową żywnością, nie ma wegańskich barów. Zaczęła eksperymentować. Zaskoczyło ją, jak bardzo dieta roślinna jest bogata w smaki, zapachy, kolory. Pojechała na warsztaty kulinarne. W chacie u podnóża gór, gdzie czas płynął między gotowaniem a jedzeniem, odkryła, że obie te czynności mogą być kwintesencją przyjemności. Postanowiła się tym podzielić. Na blogu VeganCorner.pl pokazuje, jak czerpać radość z jedzenia.

- Blog to moje alter ego. Nie jestem tam Dianą Szumilas, lecz VeganCorner. To inna osoba - mówi. - Chcę promować racjonalne, dojrzałe i zbalansowane podejście do jedzenia. Pokazywać, że ciastko na talerzu to nie wróg, tylko przyjemność - dodaje z przekonaniem. - W liceum nakładałam na siebie mnóstwo ograniczeń. Wiele czasu zajęło mi odzyskanie tego stanu, gdy nie musisz się wciąż kontrolować, tylko cieszysz się życiem, jedzeniem.

VeganCorner uciekła więc przed odchudzającą się Dianą Szumilas do kuchni i zaczęła jeść z przyjemnością. Jeśli gotuje dla bloga, to zajmuje jej to 6-7 godzin. Wszystko musi być dopieszczone. - Nie myślę o niczym poza tym, co robię w danej chwili: jak te warzywa pociąć, przetworzyć, co dodać - przyznaje.

Gdy zaczęła studiować, blog stał się dla niej też ucieczką od natłoku zajęć na uniwersytecie medycznym. - Właściwie jak tylko się nudzę, to emigruję myślami w to drugie życie. Jestem w klinice, pani doktor pokazuje nam przypadek schorzenia, a ja kombinuję: czy dodać do pasztetu z grochu orzechy, czy może lepszy będzie z rodzynkami? Jak mam zaplanowane gotowanie na sobotę, to przez cały tydzień cze-kam. Wymyślam przepisy w tramwaju, na zajęciach, przed zaśnięciem - śmieje się.

Blog jest bardzo popularną metodą na życie równoległe. Szczególnie dla generacji Y, dla której świat to globalna wioska. W Polsce jest ok. 3 mln blogerów, ale zaledwie 2 proc. aktywnych, czyli takich, którzy w ciągu ostatniego miesiąca zamieścili przynajmniej jeden wpis lub przeczytali nowy komentarz od czytelnika. Lwia część to tzw. blogi autystyczne - ktoś je pisze, ale nikt tego nie czyta. VeganCorner ma pokaźne grono zainteresowanych. Kiedy internauci piszą pytania, przetrząsa wszystkie źródła, żeby im odpowiedzieć.

- Ostatnio korespondowałam z 60-latką, która przeszła na weganizm. I z triatlonistką, która obawiała się, czy ta dieta jej nie zaszkodzi - opowiada.

Za dużo na jedno życie

Ewa Wawoczny to polonistka w raciborskiej szkole podstawowej oraz dziennikarka i autorka książki "Legendy i podania z powiatu raciborskiego". To w cywilu, gdy chodzi w dżinsach. W czasie wolnym nosi długie suknie i jest sekretarzem Rady Rycerskiej Opolskiego Bractwa Rycerskiego. Jest piątek, a ona jedzie 150 km do grodu opolskich rycerzy. Każdy weekend spędza albo w średniowiecznym grodzie pod Byczyną, albo w przeróżnych zamkach w Europie. W wakacje - obowiązkowo Grunwald i jakiś rycerski wyjazd. W takie życie wsiąkła z dnia na dzień, gdy 14 lat temu pisała reportaż o turnieju na zamku w Raciborzu.

- Już wcześniej podobały mi się te klimaty, ale sądziłam, że takiemu poważnemu człowiekowi jak ja nie przystoi przebieranie się w suknie średniowieczne. Chciałam zrobić zdjęcia z uczty rycerskiej. "Cywilów" nie wpuszczano. Pożyczyłam suknię od koleżanki i już w niej zostałam. Zauroczyli mnie ci ludzie. Mieli podobne zainteresowania, poczucie humoru i ogromną wiedzę na temat mojej ulubionej epoki. To nie przebieranki. To życie równoległe - mówi.

Przez rok chodziła w pożyczonej kiecce. Dziś ma ponad 50 własnych ze wszystkich okresów średniowiecza i stanów - od chłopskich aż po dworskie z trenami. Początkowo szyła je z lnianych zasłon z lumpeksu. Te nowsze są z wełny, aksamitu, jedwabiu, a nawet z ręcznie tkanego na krosnach lnu, zamawianego na Białorusi. Ostatnio skompletowała sobie strój łucznika tureckiego. O średniowiecznej modzie wie wszystko. Bo nie włoży na branżową imprezę biżuterii wikińskiej do sukni dworskiej. W przedmioty z epoki zainwestowała dziesiątki tysięcy złotych.

Prof. Kuligowski nie nazywa przybierania alternatywnych ról ucieczką od rzeczywistości. - Bycie muzykiem czy rycerzem po godzinach to często właśnie bardziej rzeczywista część życia. Mówiąc obrazowo, to dzieckiem i domem zajmujesz się z doskoku albo z doskoku jesteś pracownikiem korporacji, nawet jeśli ta proza zajmuje większość czasu. A naprawdę żyjesz tam, w średniowiecznym grodzie, w zespole rockowym, a nawet w sieci. Życie "w cywilu" jest tylko sposobem na przetrwanie do weekendu, kiedy stajesz się prawdziwym sobą. Ludziom prowadzącym życia równoległe często to ta druga rola, pozornie dodatkowa, pozwala oddychać.

Rekonstruktorów, czyli osób takich jak Ewa, jest w Polsce przynajmniej kilka tysięcy. Oba ich światy są tak rozdzielone, że często nawet nie wiedzą, czym zajmują się ich koledzy z bractw, nie znają swoich prawdziwych imion. To nie jest ważne.

- Wojskowy, architekt, informatyk czy ślusarz siedzą przy jednym ognisku i snują gawędy o dawnych czasach. Odbywają się prawdziwe wesela oraz chrzciny rycerskie, a nawet pasowania rycerzy na wzór tych z XIII w. - opowiada Ewa.

Członkowie bractwa wchodzą z butami w to drugie życie. Kreują swoje postaci: kształcą się, czytają, poszukują. Bractwo Opolskie ma kata, rycerzy, łuczników, rzemieślników, zielarki, tancerki. Ewa Wawoczny jest kaligrafem. Ze Szkołą Kaligrafii i Iluminacji Barbary Bodziony jeździ po europejskich klasztorach i starych bibliotekach. Po kilku dniach ślęczenia nad manuskryptem w zapachu starych ksiąg i ciszy murów klasztoru może poczuć się jak bohater "Imienia róży.

Zwiać przed nudą

Życie Barbary Malczewskiej to pasmo ucieczek. Uciekła z miasta na wieś. A teraz z Budkowic do Londynu. Cały czas ucieka od siebie codziennej: jej drugim ja jest Villemo - rysowniczka, kolekcjonerka azjatyckich lalek. Bycie gdzie indziej, geograficznie czy mentalnie, ją relaksuje. Potrafi spędzić cztery godziny nad rysunkiem czy stylizacją lalki, nie czując głodu ani zmęczenia. Wyłącza się. I denerwuje, gdy ktoś ją wówczas odrywa od pasji. Czas na swoje życia dzieli sezonowo.

- Jako Barbara Malczewska od kwietnia do października jestem przewodnikiem wycieczek zagranicznych i prowadzę jedyny polski sklep z lalkami z Azji. Zimą jestem przede wszystkim Villemo. Rysuję albo wyjmuję z pudeł lalki, stylizuję je, przywracam im świetność, zmieniam peruki, oczy, ubieram i stawiam jak piękny eksponat, by cieszył oczy. Czemu mi tego trzeba? Tęsknię za pięknem, sztuką? Nie wiem - mówi szczerze. - Ale dzięki temu nigdy się nie nudzę.

W życiu Barbary granice pomiędzy wcieleniami się rozmywają. Jako nastolatka Villemo jeździła na zjazdy fanów mangi i anime. Dzisiaj ze znajomymi z tamtych kręgów spotykają się przy grillu - "w cywilu". Teraz Villemo uwielbia zloty fanów lalek, jest znaną postacią w branży, moderuje forum lalkowe. Ale sklep lalkowy związany z tym alter ego jest już tak zakorzeniony w prozie życia, tyle w nim "papierologii", że coraz częściej ucieka także od szklanych oczu i malutkich peruk.

Życie alternatywne wciąga, często wchodząc coraz bardziej w świat rzeczywisty. Barbara nie umie powiedzieć, ile czasu jest Villemo, a ile Basią. Asia Jaskółka coraz więcej pokazuje na blogu ze swojego życia. Diana alias VeganCorner chciałaby powoli zintegrować swoje obie osobowości. A Ewa Wawoczny przyznaje, że czasem z koleżankami "z prozy" brakuje tematów przy piwie, a z rycerzami nigdy, że ładniejsza wydaje się sobie w dawnych sukniach i że nieraz na zebraniu rady pedagogicznej myślami jest już na kolejnym zjeździe. Jakby mało jej było rycerstwa, zaczęła też jeździć na motocyklu i została członkinią stowarzyszenia motocyklowego. Ma swojego choppera i kolejne życie równoległe.

- No bo co miałabym robić? Leżeć na kanapie? - wzrusza ramionami. - Jestem powsinogą, to nie dla mnie.

Prof. Kuligowskiego zastanawia, na ile nasze potrzeby są rzeczywiście nasze, a na ile bywają wykreowane: - Wystarczy spojrzeć, jak wiele mamy różnych eskapistycznych ofert, jaki biznes się kręci na tej ludzkiej potrzebie posiadania odskoczni. To, w jaki sposób ludzie mogą i chcą spędzać czas, w coraz większym stopniu określa ich tożsamość i status społeczny. Mieć fajne hobby, umieć ciekawie żyć - jest modne.

Coraz więcej firm bazuje na dostarczaniu usług związanych z wypoczynkiem i rozrywką. Ale zdaniem antropologa to, że mamy dziś mrowie możliwości, aby się rozwijać, wyrażać siebie, próbować nowych ról, jest zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem naszych czasów: - Niewola zawsze jest dramatem, ale wolność to kłopot. Bo trzeba umieć wybierać. Gdy obserwuję moich studentów i ich zapchane terminarze, to zastanawiam się, czy mają w ogóle czas na przeżycie tego wszystkiego. Na wejście w głąb. Nasza uwaga jest non stop rozproszona, robimy mnóstwo rzeczy, ale często tylko naskórkowo. Cudownie, jeśli znajdziemy sobie drugie życie, które stanie się naszą pasją, będzie dopełnieniem codzienności. Ale jeśli wiedziesz równolegle wiele egzystencji, to na ile procent żyjesz tak naprawdę, obojętnie w którym wymiarze?

Karolina Święcicka

PANI 6/2015

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje