Pozdrawiam i życzę sukcesów.
Trzeba zabić tę nudę
Związek dwojga aktorów z reguły trudno wyreżyserować. A tymczasem oni grają ze sobą już prawie dwadzieścia lat. Czy odnieśli sukces?
Agnieszka Matysiak:
Arek ma ulubione powiedzenie, od którego dostaję alergii: miłość to jest ciężka praca. Jaka praca? Miłość to sztuka. Na pewno trzeba o siebie nawzajem dbać. Generalnie jestem typem królewny i chciałabym, żeby on myślał o mnie non stop, czasami jednak aktorstwo jest dla niego ważniejsze i to mnie denerwuje. Kiedy zajmuje się jakimś projektem, ma klapki na oczach i uszach i zapomina o bożym świecie.
Domowe sprawy są na mojej głowie, ale nasza rodzina działa jak dobrze zorganizowany mechanizm. Mamy cudowną nianię, dzięki której możemy pracować bez stresu. Co prawda Kuba ma 13, a Jaś 10 lat, ale byłabym niespokojna, gdyby musieli siedzieć sami. Zawsze możemy liczyć na pomoc teściowej, która kilka lat temu przeprowadziła się ze Śląska do Warszawy.
Arek wychował się w tradycyjnej rodzinie i ma takie oczekiwania, że w domu musi być obiad na stole, jak mąż wraca z pracy - no i tak ma. Nie wywalczył tylko, żeby wszystko było perfekcyjnie poukładane, bo ja akurat preferuję "artystyczny nieład". Musiał pogodzić się z chaosem i tak to już trwa prawie dwadzieścia lat.
Poznaliśmy się w szkole teatralnej we Wrocławiu, choć nie byliśmy na jednym roku. Nie lubiliśmy się - Arek był beztroskim młodzieńcem, chodził w okropnym rastafariańskim berecie zrobionym na szydełku i ogólnie wyglądał jak dziecko Bronksu, po prostu makabra. Ja ubierałam się na czarno, byłam krytycznie nastawiona do świata i ludzi i niespecjalnie skłonna do ustępstw. Przełamywanie lodów trwało dość długo.
Byliśmy już po studiach, kiedy po raz pierwszy zaprosił mnie do kina. Nie przyszłam, bo myślałam, że żartuje. To był czas, kiedy bardzo intensywnie pracowałam, zaraz po szkole dostałam angaż do Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu. Wygrywałam casting za castingiem, jeździłam po Polsce ze spektaklami.
Kiedyś przed kolejnym wyjazdem zostawiłam u Arka kota, którego dopiero co dostałam. To był sprawdzian. Uważam, że jeśli człowiek kocha zwierzęta i potrafi się nimi zająć, to mniej więcej wiadomo, czego można się po nim spodziewać. Gdy wróciłam, to już nie był mój kot, tylko jego. Był naszym oczkiem w głowie przez pięć lat, dopóki nie pojawiły się dzieci.
Wspólne życie zaczęło się od tego, że kupiłam wiklinowy kosz, w którym Arek trzymał swoje rzeczy. Narzekał, że nie ma miejsca i ja w ogóle nie myślę o nim poważnie. Oboje zresztą traktowaliśmy naszą znajomość dość niezobowiązująco, do tego stopnia, że kiedy pewnego dnia dostałam propozycję grania w warszawskim teatrze Roma, przyjęłam ją bez wahania. Byłam przekonana, że wszystko da się pogodzić, co było zwykłą głupotą, bo dziś nie wierzę w coś takiego jak związek na odległość. Na szczęście do Warszawy przenieśliśmy się razem.
Dzień przed moim wyjazdem Arek, nic mi nie mówiąc, wyszedł z domu, wsiadł do pociągu, pojechał na spotkanie do Romy i też podpisał umowę. Rok później oboje straciliśmy pracę. Nie był to koniec świata, ja w dalszym ciągu dużo grałam, natomiast Arkowi wiodło się gorzej. Nie siedział jednak z założonymi rękami, tylko cały czas wynajdywał sobie różne zajęcia. Trafił do Radia Kolor, gdzie miał dyżury, których nikt nie chce - od 3 do 6 rano. Napisał też musical o Jimie Morrisonie, do dziś grany w Rampie.
Zawsze był bardzo pracowity, aż do przesady. To wynika z jego przekonania, że obowiązkiem faceta jest utrzymać rodzinę. Kiedy przez pierwsze lata zarabiałam więcej (wiem - chociaż nigdy o tym nie mówił), to był dla niego problem. Jestem pewna, że gdyby nastąpił jakiś kataklizm i stracilibyśmy wszystko, to poszedłby nawet myć klatki schodowe. To facet, który do wszystkiego dochodzi ciężką pracą. Teraz gdy wyreżyserował "Prostą historię o miłości", nagle zaczęto się nim interesować. Oczywiście fajnie, że został doceniony, ale mogło to nastąpić wcześniej, bo to, co robił dawniej, nie było gorsze. Po "Weselu" Wojtka Smarzowskiego nie powinien był schodzić z planu, a prawda jest taka, że zapadła cisza.
Szybko się przekonałam, że chociaż bardzo zależało mi, żeby zostać aktorką, to nie znoszę tej całej otoczki związanej z zawodem - bywania, PR-u. Jego również to nie bawi. W związku z tym na imprezy nie chodzimy, po prostu szkoda nam czasu. Żartuję, że jesteśmy towarzystwem wzajemnej adoracji, uwielbiamy być tylko ze sobą. Arek wspaniale zajmuje się chłopcami, jest rewelacyjnym ojcem. Takim, jakiego sama chciałabym mieć, bo mój zmarł, gdy miałam cztery lata.
Dom to były mama i babcia, dlatego życie z mężczyzną pod jednym dachem wydawało mi się czymś abstrakcyjnym. Na szczęście byłam już na tyle dojrzała, żeby Arka nie zmieniać. Teraz sama kupuję mu kolorowe, zwariowane ciuchy.
Czasem marzy mi się facet w garniturze, ale na co dzień umarłabym przy nim z nudów. Przy Arku mi to nie grozi. Kilka lat temu, w dniu moich urodzin, porwał mnie, dosłownie. Rano jak zwykle wsiedliśmy do samochodu, ale szybko zorientowałam się, że jedziemy inną trasą, Arek niczego mi nie powiedział. Dopiero we Władysławowie okazało się, że czekają na nas zamówiony hotel, spa, masaże, kolacja przy świecach. Wszystko zaplanował. Ustalił, że babcia zostanie z dziećmi przez trzy dni, odwołał moje zajęcia, spakował mnie - to znaczy zgarnął z łazienki rzeczy do charakteryzacji, których używam w teatrze, bo na co dzień prawie się nie maluję, i pustą buteleczkę po perfumach.
Najśmieszniejsze jest to, że rok później znowu dałam się nabrać, tym razem zostałam porwana do Sopotu. Staram się mu rewanżować, chociaż poprzeczka została zawieszona wysoko. Kiedyś w absolutnej tajemnicy przygotowałam w naszym domu specjalny pokój z projektorem, nazwany przez niego klubem kibica, gdzie ogląda mecze. Arek jest fanem piłki nożnej, w zasadzie obojętnie, czy gra Liga Mistrzów, czy mongolska. Sam też uprawia sport: jeździ na nartach, gra w squasha.
Ja jestem raczej typem kawiarnianym, zamiast ćwiczyć, wolę czytać książki - po kilka naraz. Wszystko robimy z pasją. Kłócimy się też żywiołowo, ale nawet podczas największej awantury nie zapominamy, co jest najważniejsze. Dom, rodzina, my.
---------------
Agnieszka Matysiak - aktorka, reżyserka dubbingu, absolwentka PWST we Wrocławiu. Debiutowała na scenie Operetki Wrocławskiej w musicalu "Skrzypek na dachu". Ma 47 lat. Obecnie gra w Warszawie w teatrach Powszechnym i Kamienica.
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (6)
-
14.04.2011 (20:52)Panie Arku jestem fanem pańskiego talentu. "Dom zły" - kapitalna rola.
Pozdrawiam i życzę sukcesów. -
14.04.2011 (19:47)
-
-
14.04.2011 (19:26)Kurde Arek to moj sąsiad...pamietam go z podwórka i nie tylko .....generalnie fajny facet i czego mu można zazdrościc to tego,ze się wybił z Naszego miasta i oczywiscie talenu!!!!Bo go ma w 100 %.Pozdrawiam Cię Arku....sąsiadka :))))
-
14.04.2011 (18:38)
-
14.04.2011 (17:53)















Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli