Przejdź na stronę główną Interia.pl

To co się da, podziel na dwa

Kochają góralską muzykę. Wyznają te same tradycyjne wartości. Są zawsze blisko siebie, mieszkają po obu stronach jednej góry. Spacerem osiem kilometrów przez szczyt albo dziesięć krętą drogą.

Edyta: "mój mąż jest dla mnie autorytetem"

Obu braci Golców poznałam w muzycznej szkole podstawowej w Bielsku-Białej. Ja miałam 12, oni 14 lat. Mieszkali w internacie. Zdarzało się, że wspólnie jeździliśmy pociągiem. Łukasz i Paweł do Milówki, ja do rodzinnych Łodygowic. Zawsze chodzili razem, w otoczeniu dziewcząt. Wszędzie ich było pełno. Taka dawka energii i humoru razy dwa. W tamtych czasach nieraz zdarzyło mi się ich pomylić. Dopiero w liceum moje drogi z Łukaszem zaczęły się przecinać. Obydwoje graliśmy w orkiestrze symfonicznej, ja na altówce, on na trąbce. Stał z tyłu i zerkał na mnie ukradkiem. Między nami zaiskrzyło.

Reklama

Gdy byłam w klasie maturalnej, zaprosiłam go na ślub w mojej rodzinie i na tym weselu już wiedziałam, że to "ten mężczyzna". Twardy charakter i łagodne serce. Wkrótce Łukasz wyjechał na pół roku na koncerty do Niemiec i straciliśmy kontakt. Pewnego dnia na adres szkoły muzycznej przyszedł do mnie list. Była tam informacja, kiedy wraca i że tęskni. Kamień spadł mi z serca, bo myślałam, że już nic z tego nie będzie. Łukasz bardzo rzadko pisze listy, dlatego ten sobie zachowałam.

Gdy on studiował w Akademii Muzycznej w Katowicach, ja kończyłam liceum w Bielsku. Widywaliśmy się rzadko. Mam upartą, góralską naturę i uważam, że mężczyzna powinien walczyć o kobietę. Tęskniłam za nim, ale odzewu z jego strony nie było. Któregoś dnia przyjechał do mojej szkoły, zdawałam akurat maturę, oświadczył mi, że przemyślał sprawę i chce być ze mną. Odpowiedź mogła być tylko jedna: "Tak". Ślub wzięliśmy po pięciu latach narzeczeństwa, we wrześniu 2000 roku. Wesele trwało ponad tydzień. Zjechały się nasze rodziny i nie chciały wyjechać. Grały Golec uOrkiestra, zaprzyjaźnione zespoły góralskie, orkiestry dęte i występował chór, w którym śpiewa moja teściowa - mama Irena.

Zdecydowaliśmy się zbudować dom w stylu beskidzkim. Jest drewniany, tradycyjny, uszczelniony omszeniem, ale w środku nowoczesny i funkcjonalny. Stoi na zboczu Magurki. Z okien widzimy panoramę Beskidów, łąki, las, rykowisko jeleni. Łukasz bardzo się zaangażował w budowę, szukał ekologicznych rozwiązań i dbał o detale w wykończeniu.

Lubi zajmować się ogrodem. Jest też świetnym ojcem dla naszych dzieci: Bartka (5 lat), Antosi (3 lata) i rocznego Piotrusia. Łukasz jest wobec nich nadopiekuńczy, a córeczka to już w ogóle owinęła go sobie wokół palca. Ten twardziel staje się barankiem, gdy tylko słyszy: "Tatusiu, pohuśtaj mnie". W domowych sprawach obowiązkami dzielimy się wspólnie. Łukasz rano odwozi Bartka do przedszkola, robi zakupy. Raczej nie sprząta, ale zdarza mu się ogarnąć studio i wtedy jest dumny. To mistrz grilla. Jego specjalnością są pstrąg w ziołach i bunclok (zapiekanka w garnku).

Mój mąż mi imponuje. Jest pracowity, bezinteresowny, honorowy. Jest też dla mnie autorytetem. Bardzo lubię z nim pracować. Łukasz ciągle zaskakuje mnie optymizmem. Zdarzają się momenty, że się kłócimy i żadna ze stron nie chce ustąpić. Sprzeczki nazywamy "minutówkami", bo szybko mijają.

Łukasz: ""Edycie nie imponuje świat błyskotek i blichtru".

Edytka jest bardzo pogodna i ciepła. Powie kilka słów, uśmiechnie się i już można ją polubić. Pamiętam, że często w szkole nosiła taki charakterystyczny żółty sweterek robiony na drutach. To w nim wpadła mi w oko. Poznałem ją lepiej, gdy graliśmy razem w kapeli góralskiej w Milówce. Nasze spojrzenia często się spotykały. Oliwy do ognia dolewał kierownik zespołu, który nas przy każdej okazji swatał. Kiedyś zjawiłem się w jej domu w Łodygowicach, aby pokolędować. Tutaj mamy taką tradycję, że chodzimy po znajomych z instrumentami w grupie kilkudziesięciu kolędników. Do domu Edyty trafiliśmy nad ranem. Pomimo nietypowej pory przyjęto nas serdecznie. Śpiewaliśmy i graliśmy co sił, bo jej rodzice kochają muzykę.

Wkrótce zdałem maturę i wyjechałem do Niemiec, żeby zarobić pieniądze na studia. Często myślałem o Edycie. Po powrocie zrozumiałem, że to jest to. Pomogła mi w tym rozmowa z przyjacielem rodziny Wilusiem. Powtarzał mi, że tej kobiety powinienem się trzymać. Mówił: "Ty nie kombinuj!". Na studiach byliśmy już parą. Mieszkaliśmy w tym samym akademiku w sąsiednich pokojach. No a potem się zaczęło: zaręczyny, ślub, wesele. Wszystko tradycyjnie, z pompą, bo oboje celebrujemy góralskie zwyczaje.

Podziwiam Edytę. Jest bardzo ambitna. W akademii muzycznej ćwiczyła godzinami. Ukończyła też kursy orkiestrowe. Teraz, jak ma tylko chwilę, gra na altówce. Lubi też zaszyć się gdzieś i skupić na komponowaniu. Kiedy ja pracuję w studiu, żona panuje nad naszym domem. Jest świetną gospodynią. Wstaje o świcie, kładzie się spać po północy i jeszcze zdąży upiec mój ulubiony placek z jabłkami. Gramy masę koncertów, ciężko pracujemy i nieraz pięć godzin snu musi nam wystarczyć. Ale nie narzekamy. Górale wiedzą, że samo się nie zrobi. I tak mamy komfort, bo obok nas mieszkają teściowie, którzy bardzo nam pomagają.

Fajnie, że wraz z sukcesem zespołu pojawiły się też pieniądze, lecz nie zabiegamy o nie przesadnie. Teraz jest dobrze, ale oboje wywodzimy się ze skromnych domów. Edycie nie imponuje świat błyskotek i blichtru. Co prawda, jak każda kobieta, chce atrakcyjnie wyglądać, ale nie spędza w sklepach dużo czasu. Woli go poświęcić dzieciom, więc zakupy robi ekspresowo.

Nad naszą nową płytą "Golec uOrkiestra 5" pracowaliśmy cztery lata. Niektóre momenty z naszego życia zainspirowały mojego brata Rafała do napisania tekstów do piosenek. Tak było w przypadku "Kołysanki dla Tosi", która powstała po urodzeniu mojej córeczki. Antosia jest bardzo podobna do Edytki. Drobniutka, zadziorna, zawsze uśmiechnięta blondyneczka. Ma charakterek, na przykład chce nosić tylko różowe sukienki. Inne nie wchodzą w grę. Dzieci uczą się grać na skrzypcach, raz w tygodniu jeżdżą na zajęcia do Bielska. To najczęściej żona je zawozi. Bartek i Tosia traktują te lekcje jak dobrą zabawę. Nam zależy, aby były wrażliwe na muzykę. Od lat żyjemy w jej rytmie, ale spokojnie, bez mocniejszych akordów. Ufamy Bogu i losowi.

Monika Głuska-Bagan

Przeczytaj drugą część artykułu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje