Talent w szufladzie
Każdy ma ukryty talent, który przegapił albo zaniedbał. Bo zabrakło odwagi, bo inaczej potoczyło się życie.
A gdyby wszystko było jeszcze możliwe... Być może Kamil Durczok prowadziłby restaurację, Gosia Baczyńska śpiewałaby w operze, Jacek Santorski budowałby mosty, Magda Mielcarz uczyłaby w afrykańskiej szkole, a Monika Richardson ratowała złamane serca. Nierealne? A moze! Znani opowiadają nam o swoich niespełnionych marzeniach.
Obiad na dwadzieścia krzeseł
Kamil Durczok – redaktor, szef Faktów w TVN
Specjalność mojej kuchni to sandacz z pieca. Najlepszy: ten złowiony o czwartej nad ranem w Jeziorze Goczałkowickim, na granicy Śląska i Podbeskidzia. Zapiekam go w solnej skorupie, serwuję ze sklarowanym masłem z szafranem i sokiem z cytryny.
Kiedyś planowaliśmy z Jolą Pieńkowską, że otworzymy pub pod nazwą „19:30”. To był czas, gdy prowadziliśmy Wiadomości w TVP. Pomysł niezrealizowany, ale marzenie o własnej knajpie zostało. Otworzyłbym ją gdzieś między Szczyrkiem a Katowicami, w okolicach miejscowości Strumień albo Rudzieniec. To tam polował na ptactwo prezydent Ignacy Mościcki. Miejsce z historią, idealne.
W Puszczy Pszczyńskiej rosną świetne grzyby, w okolicy są pyszne ryby, masa ziół, no i ekologiczne gospodarstwa rolne. Restauracja byłaby kameralna, kilka stolików, góra dwadzieścia krzeseł. Swojski wystrój wnętrza – drewniane stoły, białe obrusy i mnóstwo świeżych kwiatów. A na ścianach zdjęcia rodzinne – to musi być miejsce z domową atmosferą.
Knajpa ma być sposobem na inny styl życia, a nie biznesem. Będzie dla przyjaciół, znajomych i gości z rekomendacji. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, więc pewnie krążyłbym po sali, zagadywał, zachęcał do smakowania. Ale przede wszystkim – gotował! Późno odkryłem uroki kuchni. W dzieciństwie miałem zapał.
Obowiązkowym wkładem Kamila Durczoka lat osiem w niedzielne obiady było rozwałkowanie makaronu babci Alicji i przerzucanie obranych ziemniaków do garnka u babci Klary. Potem się zaniedbałem. Na studiach jadałem zupy z proszku. Gotowanie na serio zaczęło się przed trzydziestką, gdy wprowadziłem się z żoną do dużego mieszkania. Zobaczyłem, jaka to frajda zapraszać przyjaciół i dla nich pichcić. Lubię łączyć proste smaki, dlatego kocham kuchnię włoską.
Jednak w knajpie popisowym daniem byłby sandacz. Najpierw podałbym carpaccio z ćwikły, potem spaghetti z krewetkami, a na koniec, jako danie główne, wjeżdżałaby ryba. Do menu na pewno włączyłbym śląskie osobliwości na przykład krupniok, czyli kaszankę. Znalazłbym też pomysł na kluski śląskie, które zwyczajowo serwuje się z roladami z zawiesistym sosem, modrą kapustą, a więc tłusto i ciężko. U mnie byłoby mniej kalorycznie, ale bez udziwnień. Bo jednak śląska tradycja obowiązuje.
Dajcie mi mikrofon
Gosia Baczyńska – projektantka mody
Tu szpilka, tam szpilka, tu skrócimy, proszę się odwrócić, Nie odnajdzie nigdy nas ta sama chwila... Czasem podczas przymiarki wyrwie mi się i zanucę coś pod nosem. Wtedy słyszę: „Gosia, ale ty masz głos!”. No mam, ale co z tego – talent zmarnowany.
Miałam piękny sopran – tak twierdziła moja nauczycielka śpiewu, pani Cecylia Płaza. Głos miał podobno ładną barwę, tembr, wszystko co trzeba. W podstawówce, w rodzinnym Kępnie, należałam do chóru. Śpiewanie to jedno z najsilniejszych wrażeń estetycznych z dzieciństwa. Przeżywałam je bardzo emocjonalnie, czułam ciarki na plecach – że jesteśmy jednym głosem, że tak pięknie nam wychodzi...
Do końca ósmej klasy byłam też członkiem grupy wokalnej. Składała się z siedmiu dziewczyn, a śpiewaliśmy na cztery głosy! A potem zdałam do liceum plastycznego we Wrocławiu. Byłam nieśmiała i nie wychylałam się z moim talentem. Zdarzyła się jednak jakaś impreza przy gitarze. Przyszli chłopcy, którzy mieli zespół, usłyszeli mnie i zaproponowali, żebym do nich dołączyła.
Miałam 15 lat, a oni studenci ASP! To było coś. Znowu śpiew dodał mi wiary w siebie. A raz nawet wystąpiliśmy na studniówce. Tyle że to akurat na dobre mi nie wyszło. Młoda pani profesor od matematyki zaczęła mnie gnębić – nie podobało się jej, że jestem taka „hej, do przodu”. Okazało, że kumplowała się z tymi chłopakami, piła z nimi wino – może była zazdrosna? Dwukrotnie mnie usadziła, a w końcu po trzech latach wyrzuciła ze szkoły.
Dziś czuję, że zmarnowałam szansę na karierę wokalną. Niedawno byłam w długiej trasie samochodem. Nie miałam najlepszego nastroju, więc zaczęłam śpiewać na cały regulator. Boże, jaki fałsz! Gdybym miała zająć się śpiewem, musiałabym wziąć lekcje u profesjonalisty. Często o tym myślę. Kiedy robiłam imprezę z okazji 10-lecia mojej firmy, miałam plan, żeby w wyjść i wykonać solo "Miłość ci wszystko wybaczy". Stchórzyłam.
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Z przykrością dotarło do mnie, że jednak nie... więcej
Reklama
Wasze komentarze (21)
-
01.11.2011 (13:57)Pan funkcjonariusz dziennikarstwa, wydelegowany do walki z wolnoscia slowa w POlsce.
-
31.10.2011 (13:14)
-
-
31.10.2011 (11:26)A ja tam lubię i cenię Durczoka.Gdyby nie jego siła,to już by go z nami nie było.Mój krajan,zna się na śląskim wikcie,w Pszczynie i Strumieniu był,wie ,gdzie są Goczałkowice,poradzi łobiod uwarzyć----nie,no super facet!Pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów zawodowych oraz osobistych!
-
31.10.2011 (06:44)
-
30.10.2011 (08:52)~lodzianinAdik H. tez o malo co by nie zostal malarzem. masz rację, a jaki zdolny był, że aż trach... Tu jest analogiczna sytuacja.














Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli