Synu, pamiętaj...
Moje uczucie do młodszego syna jest miłosno-kumpelskie - zdradza Szymon Szurmiej, aktor i dyrektor Teatru Żydowskiego w Warszawie.
Z Szymonem Szurmiejem i jego młodszym synem, 24-letnim Dawidem, spotykam się w Teatrze Żydowskim, który dla obu jest drugim domem. - Gdzieś tu za ścianą jest mój starszy syn Jan - przypomina ojciec. - Ma próby do spektaklu, który reżyseruje. - A ja w nim gram - dodaje Dawid. - Sztuka nazywa się "Straszna gospoda". Śpiewam i tańczę.
- To szczęście, że ma pan synów tak blisko przy sobie - zauważam. - To oni mają mnie - prostuje Szymon Szurmiej. - W naszej rodzinie, niestety, nikt nie jest serio - ciągnie z udawanym smutkiem. - Nie ma prawników ani lekarzy, tylko sami aktorzy, reżyserzy. Sam muszę sobie na kawałek chleba zapracować. - Raczej na tatara - śmieje się Dawid i wyjaśnia, że to ulubione danie ojca.
Od razu widać, że łączy ich bliska więź, choć powinna dzielić różnica wieku. Dawid urodził się, gdy jego tata był już po sześćdziesiątce, a brat miał 39 lat. Są jeszcze dwie starsze siostry, też związane z teatrem (rodzeństwo z poprzednich związków Szymona Szurmieja). - Nigdy nie czułem pokoleniowej przepaści - wyjaśnia Dawid.
- Gdy byłem mały, ojciec grał ze mną w piłkę. Do dziś jest niebywale sprawny, biega na długie dystanse. On nie ma wieku i takimi też ludźmi lubi się otaczać. Dorastałem w teatrze, wśród jego znajomych. Słuchałem rozmów, chodziłem na próby, które reżyserował. Wiele się od niego nauczyłem. Wychował się w przedwojennej Polsce, na kresach, gdzie współistniało wiele kultur. Chciał, żebym był otwarty na różne wpływy.
Dawid zdał międzynarodową maturę. A potem wyjechał na studia reżyserskie do Londynu. Ciągnęło go do multikulturowego tygla, był ciekaw świata. - Jedni inwestują w fabryczki, inni w nieruchomości, a ja, wariat, zainwestowałem w dzieci - przekomarza się senior. - Akurat do Londynu pojechałem, bo dostałem stypendium - wtrąca Dawid.
- Syn miał do nas pretensje, że nie nauczyliśmy go mówić w jidisz - wspomina ojciec. - To dlatego, że jak byłem mały, przechodziliście na ten język z mamą (Gołdą Tencer), gdy nie chcieliście, bym rozumiał - śmieje się junior.
- Za to dostał od nas inne bogactwo - kontynuuje Szymon Szurmiej. - Oprócz wykształcenia ma jeszcze coś, co wyniósł z domu. Znajomość teatru. Uważam, że to jego kapitał na przyszłość. Pomagam mu w jego planach, wspieram marzenia. Kiedy można zrobić coś, co wydaje się niemożliwe, to największa satysfakcja.
Szymon Szurmiej darzy syna wielkim zaufaniem. To właśnie jemu powierzył zorganizowanie i wyprodukowanie swojego benefisu na 85-lecie z udziałem wielkich gwiazd. Dawid doskonale sobie poradził z tym ogromnym przedsięwzięciem. Wcześniej produkował teledyski, reklamy i dokumenty, a niedawno zadebiutował jako producent filmu "Robert Mitchum nie żyje". Grają w nim takie sławy jak Wojciech Pszoniak i Danuta Stenka. Miał swoją premierę na tegorocznym festiwalu w Cannes.
- Dawida rozpieszczałem, jak tylko mogłem - mówi Szymon Szurmiej. - Chciałem, żeby miał wszystko, czego ja nie miałem. Moje dzieciństwo było trudne. Ojciec Polak, matka Żydówka. Odrzuceni przez obie społeczności. Kiedy na podwórku pokłóciłem się z Polakiem, słyszałem, że jestem Żydem, parchem, a jak posprzeczałem się z żydowskim dzieckiem, wyzywał mnie od bękartów. Przeżyłem biedę, dlatego bardzo lubię kupować i obdarowywać prezentami. Nigdy nie umiałem być dla syna surowy. Zawsze mnie czymś rozbroił, rozśmieszył.
Żona próbowała go wychowywać. Potrafiła być bardziej stanowcza, choć też starała się mu wszystko ułatwiać i podkładała poduszkę tam, gdzie nie trzeba było. Dziś chętnie przedstawia się jako "mama Dawida".
- Z tatą łączy mnie wspólna pasja, zawsze mamy o czym rozmawiać - przekonuje syn. - Podobnie ze starszym rodzeństwem. Ojciec lubi być w centrum, zachowuje się jak gwiazda, ale mnie to nie przeszkadza. Jest niezwykle dowcipnym człowiekiem. Wychodzi na scenę i wszyscy się śmieją. Uprawia genialny stand-up, mimo że pewnie sam o tym nie wie. Nie rywalizuję z nim, nie muszę. Cieszę się z jego sukcesów, a on z moich.
Dawidowi trudno jest wyliczyć wszystko, czego się od ojca nauczył. Woli mówić o tym, czego się nie nauczył. - Na przykład prowadzenia samochodu. Tata zrobił prawo jazdy mniej więcej w tym samym czasie co ja, czyli dopiero kilka lat temu - wyjaśnia. - Na szczęście nie jeździ.
Ojciec i syn mieszkają blisko siebie, często się widują, chodzą na spacery z psami. - To musi śmiesznie wyglądać. On z wielkim białym malamutem, ja z malutką czarną suczką - zauważa Dawid i dodaje: - Obaj jesteśmy próżni, potrzebujemy akceptacji. Trochę zmyślamy i koloryzujemy. Niech pani nie wierzy w tę historię, że gdy byłem mały woził mnie w kołysce samolotem po różnych krajach. Za to prawdą jest, że w Kanadzie jako sześciolatek przebrałem się w jego kostium i na koniec przedstawienia wyszedłem na scenę kłaniać się za niego. Zebrałem owacje na stojąco.
Dawid nie boi się mówić o uczuciach. - Kocham tatę - wyznaje. Musiałaby pani lepiej go poznać. To dusza towarzystwa. Lubi się bawić. Jest królem rock and rolla. Ostatnio zażartowałem, że warto by go było zgłosić do "Tańca z gwiazdami". Zdaje się, że jurorzy konkursu na poważnie to podchwycili. Musiałem tłumaczyć, że to jednak nie najlepszy pomysł, bo tata strasznie lubi mówić i jest cudownym gawędziarzem. Skończyłoby się tak, że wszystkich by zagadał.
Magda Rozmarynowska
PANI nr 6/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli