Zofia Ragankiewicz
/Karol Grygoruk /Pani
W garderobie eleganckiego mieszkania z widokiem na Łazienki leży czarny plastikowy worek. W środku okaleczone, połamane, pozbawione głów kobiece figurki art déco. To pamiątki po partnerze, który rzucał nimi w kierunku ukochanej kobiety. 39-letnia Zofi a Ragankiewicz, która tu mieszka, w latach 90. była modelką, dziś jest dyrektorem sprzedaży w firmie pocztowej, wychowuje dwoje dzieci. Kilkakrotnie występowała na antenie TVN, w tym w "Dzień Dobry TVN" jako "była żona znanego senatora i prawnika, która przez lata była ofiarą przemocy w rodzinie", a teraz działa na rzecz maltretowanych kobiet.
2001 rok. Zofia Ragankiewicz i znany senator opowiadają na łamach pisma "Viva!" o początkach swojej znajomości. Zobaczyli się podczas gali wręczenia Wiktorów, na którą ona przyszła ze swoim ówczesnym narzeczonym Krzysztofem Ibiszem. Znany senator: "Tego wieczoru patrzyłem głównie na Ciebie". Zofia: "Odnaleźliśmy się jak dwie połówki jabłka". - Powiedzieć, że przez pierwsze dwa lata mojego związku trwała sielanka, to mało - mówi Ragankiewicz. - Miałam wszystko, o czym marzy dziewczyna. Zapewnienia, że jestem piękna, mądra, najważniejsza na świecie. Wakacje na Karaibach, Mauritiusie, Kubie. Drogie prezenty. Byłam bardzo szczęśliwa. Która kobieta pomyśli, że to się zmieni?
2009 rok. Zofia jest jedną z bohaterek sesji "Supermodelki 10 lat później". Opowiada, jak kiedyś będąc w USA, zaprzyjaźniła się z Saskią, siostrą słynnej modelki Karen Mulder, która z kolei poznała ją z Naomi Campbell. Paradoksalnie w tamtym czasie najbardziej życzliwą osobą w jej życiu był dzielnicowy. On pierwszy podał jej rękę i po kolejnej interwencji policyjnej w domu powiedział: "Nie musi pani tak żyć". Młodszy aspirant Dariusz Cymerman, bo o nim mowa, otrzymał w zeszłym roku Białą Wstążkę - nagrodę przyznawaną przez Centrum Praw Kobiet i fundację "Porozumienie bez Barier" mężczyznom, którzy nie godzą się na przemoc wobec kobiet.
Gehenna Zofii rozpoczęła się niedługo po urodzeniu dziecka. Kiedyś, za radą terapeutki, postanowiła nie reagować na zaczepki w domu, udawać, że nie słyszy obelg pod swoim adresem: - Siedziałam przy biurku. Na mojej głowie wylądował laptop. Zamykała się w którymś z pokoi 1000-metrowej rezydencji i dzwoniła po patrol. Policja przyjeżdżała po około 40 minutach. Zastawała roztrzęsioną, zakrwawioną kobietę i sprawcę śpiącego spokojnie w swoim łóżku. Nie budzili go. W postanowieniu Prokuratury Rejonowej Warszawa-Żoliborz napisano m.in.: "Umorzyć dochodzenie w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się (...) o czyn z art. 207 § 1 kk na podst. art. 17 § 1 pkt 1 kpk wobec braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa".
- To, co działo się u mnie w domu, było tajemnicą poliszynela. W środowisku, w jakim się wówczas obracałam, obowiązywała zasada, że zawsze jest cudownie i wspaniale, a poruszanie takich tematów świadczy o braku klasy - mówi Zofia Ragankiewicz. Milczała. Taka rodzina, taki dom, taka bajka. U niej coś takiego? Już po tym, jak wyprowadziła się z domu, znajomi radzili: "Zapomnij". Nie posłuchała. Mówi: - Nie będę chować głowy w piasek. Przestańmy udawać, że to się nie dzieje w dobrych domach.
Godność, honor, uczciwość
To nowa akcja społeczna PANI. czytaj więcej
Nieprawda, że przemoc żywi się biedą i popija tanim winem. Przemoc karmi się przewagą jednej strony nad drugą. Bezbłędnie wyczuwa słabość, powoli zawłaszcza cudze terytorium. W dobrym towarzystwie, wśród lekarzy, biznesmenów, polityków, w willach i apartamentowcach czuje się równie komfortowo co w slumsach i ruderach. - Jeśli ktoś jest dobrze postrzegany, uważany za profesjonalistę, to od razu myślimy sobie o nim, że jest wartościowym, dobrym człowiekiem. Niestety, jedno z drugim nie ma nic wspólnego - mówi Justyna Rzytki-Sroka, psycholog Niebieskiej Linii - Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie Instytutu Psychologii Zdrowia, do której zgłaszają się po pomoc również kobiety wykształcone, partnerki mężczyzn na stanowiskach.
Iwona Klonowska* z Lublina, 33-letnia absolwentka administracji: - W 2009 r., kiedy złożyłam kolejne zawiadomienie o znęcaniu się, usłyszałam: "Myśli Pani, że mąż będzie sądzony jak byle żul?". Nikt nie wierzył, że znany w mieście prawnik, na którego stronie internetowej można przeczytać: "W postępowaniu swym kieruję się zasadami godności, honoru i uczciwości", mógł dusić swoją żonę, kopać w brzuch, zwichnąć jej zęby, złamać nos. Pod koniec października zeszłego roku Iwona zobaczyła Zofię Ragankiewicz w "Dzień Dobry TVN". - Napisałam do niej na Facebooku, bo czułam się obrzydliwie z myślą, że dawałam się bić. A ona jest taka śliczna. Mówiła jakby w moim imieniu, godnie. Pomyślałam wtedy: skoro takiej kobiecie przytrafiła się podobna historia, to znaczy, że nie jestem do niczego.
W pokoju na stole książka "Diagnoza psychoanalityczna". Na półkach: "Leczenie uzależnionej osobowości", "Szantaż emocjonalny", "Przemoc", "Pokochać siebie". Iwona próbuje zrozumieć, jak mogła uzależnić się tak od mężczyzny, który stał się oprawcą. Na czym polegał ten proces? Zakochała się w nim, kiedy miała 19 lat. On, starszy o ponad osiem lat, był w trakcie aplikacji. - Pierwszy raz uderzył mnie dwa lata później. Przed biciem nie powstrzymywała go nawet ciąża. Dalej to tylko równia pochyła - mówi Klonowska. - On szedł w górę, a ja coraz bardziej na dno.
Godzina 15.30
Historia znajomości 44-letniej dziś Agnieszki Boguckiej z Kielc, absolwentki resocjalizacji, i 13 lat starszego wówczas oficera Centralnego Biura Śledczego, zaczyna się jak dramat Czechowa ze strzelbą wiszącą na ścianie, która w pewnym momencie musi odpalić. Kiedy się poznali, Agnieszka miała 27 lat, pięcioletniego synka i małżeństwo za sobą. Pomagała w rodzinnym biznesie. Ponieważ często przewoziła duże pieniądze, potrzebowała pozwolenia na broń gazową, on przyspieszył załatwienie potrzebnego dokumentu. Też był po rozwodzie.
- Traktował mnie jak księżniczkę - wspomina Agnieszka Bogucka - dosłownie nosił na rękach. Do dziś zachodzę w głowę, jak mógł przez półtora roku tak świetnie się maskować. Wesele było skromne, w jej domu, do którego się wprowadził. Następnego dnia uderzył ją po raz pierwszy: za to, że nie pozmywała naczyń po przyjęciu. - Potem bił mnie przez następne 12 lat. Tak, on, szanowany oficer CBŚ - mówi Bogucka. - Kiedyś, chyba w szóstym roku tego koszmaru, wycelował do mnie ze służbowego glocka. A potem strzelił w podłogę, kula przebiła parkiet. W pracy powiedział, że broń wystrzeliła przypadkowo przy czyszczeniu.
Jej dzień polegał głównie na prowadzeniu domu i przygotowywaniu się na 15.30. Żeby nie przeoczyła tej godziny, mąż dzwonił wcześniej z pracy. Kiedy przychodził, brała od niego teczkę, odwieszała płaszcz, podawała obiad. Przeważnie coś było nie tak: a to za zimny kotlet, a to nieposprzątane, a to źle uprane. Mimo że od sześciu lat nie mieszkają już razem (sąd orzekł rozwód wyłącznie z jego winy), Agnieszka do dziś wie, kiedy na zegarze jest 15.30. O tej porze zawsze robiło jej się zimno ze strachu, serce podchodziło do gardła, czuła, jak zaczyna się pocić.
- To jest ciągły lęk, strach, ból brzucha, napięcie - opisuje swój były związek Iwona Klonowska. - Ciągła kontrola, żeby nie powiedzieć czegoś, co go wytrąci z równowagi. Wychodzimy z domu - niby jest normalnie, nagle zaczyna się koszmar, bo zaśmiałam się, gdy coś opowiadał, a okazuje się, że to wcale nie miało być śmieszne. Wszystko podporządkowane jest nastrojom męża. Ja staję się barometrem, muszę wyczuć, kiedy on jest zły, żeby załagodzić sytuację. Moje ja w tym związku przestawało stopniowo istnieć.
Cały artykuł znajdziesz w najnowszym numerze magazynu PANI - już w sprzedaży!
Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli