Przejdź na stronę główną Interia.pl

Poranki są święte

Janusz Palikot kilka razy przekłada spotkania, przeprasza. W końcu pojawia się w kawiarni hotelu Sheraton, dźwigając ze sobą tony papierzysk. Zamawia zieloną herbatę.

– Nic tak nie uspokaja – zapewnia. Ma za sobą kolejny ciężki dzień. Rano gościł w audycji w RMF-ie, w ciągu dnia wypowiadał się dla jednej z telewizji regionalnych, a wieczorem w TVN-ie będzie odpowiadał na pytania dotyczące konfliktu w Platformie. Choć polityką zajmuje się dopiero kilka lat, bardzo szybko z szeregowego członka partii stał się jedną z jej czołowych postaci.

Reklama

– Tygodnie, które spędzam w Sejmie, są do złudzenia podobne. Narady o 9, posiedzenia o 11 i 15, codziennie głosowania około 21. W Lublinie też nie jest lżej, jestem przewodniczącym regionu PO. Mówię pani, dom wariatów: a tu rura pękła i zalała fabrykę, a tu cmentarz w złym miejscu, a tu droga nie taka. Każdą sprawę trzeba dopilnować do samego końca, tak funkcjonuje w naszym kraju administracja. Kiedy ma czas, żeby się wyciszyć? – Na to… trzeba znaleźć czas – uśmiecha się. I zaraz dodaje, że kiedyś zdarzało mu się uciekać od kobiet, dziś raczej właśnie to u nich, a konkretnie u swojej drugiej żony, szuka spokoju. – W ciągu trwającego cztery lata związku może kilka nocy spędziliśmy oddzielnie – opowiada. – Nawet gdy głosowania kończą się późno, wracam do Lublina.

Kiedyś nie umiał analizować problemów. Gdy pojawiał się kryzys, wolał wziąć nogi za pas, uciec i w samotności szukać rozwiązania. Wtedy były podróże: Włochy, Hiszpania, Francja. I ta najbardziej odległa – na biegun. – Rozmowa wymaga pewnej dojrzałości, mężczyźni ciągle jeszcze nie są do niej przygotowani. Nikt nas tego nie nauczył, przynajmniej mężczyzn z mojego pokolenia. Dorastaliśmy w domach, gdzie o ważnych sprawach się nie mówiło. Nigdy nie widziałem rodziców, którzy siadają przy stole i otwarcie przyznają: „Jest źle, teraz musimy wynegocjować jakieś rozwiązanie”. Druga rzecz to polska szkoła. Dostajemy wiedzę encyklopedyczną, formalną, ale nikt nie tłumaczy, jak radzić sobie z uczuciami.

Rok 2001. Palikot czuje, że jest na życiowym zakręcie, nie wie, czy dalej chce zajmować się biznesem, jego małżeństwo przeżywa kryzys. Przyjaciel ze studiów Marek Kamiński organizuje wyprawę na biegun. „Jadę z tobą”, postanawia Palikot. Trzy tygodnie poza rzeczywistością. – Temperatura minus dwadzieścia parę stopni, nie ma dnia ani nocy, po kilku dobach nie wiedziałem już nawet, gdzie jest prawo i lewo, bo wszystko wyglądało tak samo. Do tego ta niezmącona cywilizacją cisza. Prądy morskie powodują ciągły ruch, kry się przemieszczają. Budziliśmy się, na przykład, kilka kilometrów dalej od celu niż byliśmy poprzedniego dnia – wspomina. I dodaje: – Ten wyjazd zmienił mnie zasadniczo. Wtedy podjąłem decyzję, że nie będę zajmował się już tylko zarabianiem pieniędzy, postanowiłem również rozstać się z żoną.

Może więc kryjówki są po to, żeby z dystansem spojrzeć na swoje życie i wreszcie zdobyć się na odwagę, by podjąć radykalne kroki? Przynajmniej tak było w moim przypadku.

Na początku nie było mu łatwo, tęsknił za dziećmi, wtedy zadecydował, że poświęci się polityce. – Teraz jestem statecznym czterdziestolatkiem, nie muszę już uciekać jak sztubak. Ale dziś też ma swoje miejsca, gdzie szuka spokoju. Pierwsze, w jego lubelskim domu. To najstarszy budynek w mieście. Grube, półtorametrowe mury, jego fragmenty są renesansowe. Pokój z jedną ścianą całą przeszkloną. Widok rozciąga się na cały Lublin, w oddali widać zamek. Palikot spędza tu poranki. To jego dwie godziny tylko dla siebie, wtedy gdy nie jest w Warszawie. Wstaje o piątej trzydzieści i przez półtorej godziny zajmuje się dwójką maluchów: Zosią i Frankiem. O siódmej przychodzi niania, a on zamyka się w tym swoim magicznym pokoju i czyta. Czasem poezję, czasem traktaty filozoficzne. Ostatnio Leśmiana. – To dla mnie rodzaj medytacji, czytam i interpretuję znaczenie każdego wiersza. Takie analizowanie rzeczywistości, rozważania zostały mi jeszcze po studiowaniu filozofii. Zresztą od zawsze mam w sobie potrzebę kontemplacji, to niemal jak uzależnienie, które dodaje mi sił.

Jego drugi azyl znajduje się nad Biebrzą. Dziesięć lat temu kupił dom w Dzierwanach na Suwalszczyźnie, skąd robi wypady na bagna. Przyjeżdża tam na przełomie marca i kwietnia, gdy Biebrza wylewa. – Biebrza to jedno z największych w Europie siedlisk ptaków wodnych – tłumaczy. – Wiosną rzeka rozlewa na szerokość dwudziestu kilku kilometrów i można zobaczyć tysiące, setki tysięcy ptaków przylatujących w tym czasie z Afryki i Azji Mniejszej. Lądują tam, dokarmiają się, a potem, gdy się ociepla, lecą do Norwegii, Szwecji, na Syberię. Siedzę tam w samotności, godzinami obserwuję. W okresie od marca do kwietnia nie ma piękniejszego miejsca na świecie. Woda zalewa drogi, mienią się kolory, gdy wracam do codzienności, jeszcze tygodniami słyszę szum skrzydeł ptaków – rozmarza się, a za chwilę znów nerwowo zerka na zegarek. – Do końca miesiąca mam 49 oficjalnych spotkań na terenie Lubelszczyzny, 12 w Warszawie. Jestem jak rozpędzona rakieta. Ale te poranne medytacje i wiosenne wyjazdy nad Biebrzę to dla mnie rzeczy święte. Co na to żona? – Boże, ja bym nie potrafił być z kobietą, która nie rozumie, że czasem trzeba się oddalić. Chociaż na kilka godzin.

Katarzyna Troszczyńska

Fragment tekstu "Oprócz błękitnego nieba".

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje