Po co wojować z kobietą
Ona myślała: "Po co mi mąż?". On kochał wolność i gitarę. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia i są szczęśliwi. Choć wspólne życie bywa trudniejsze niż wygrana w "X Factor".
Agnieszka
Wygląda na to, że przez najbliższy rok męża prawie nie będzie w domu. Nagrywanie płyty, trasy koncertowe z Gienek Loska Band. Rozumiem to. Długo czekał na sukces i nie tracił wiary, że usłyszy go więcej osób.
Na naszym wrocławskim osiedlu jesteśmy traktowani tak samo jak dawniej. Sąsiedzi są wspaniali, dawali nam wsparcie podczas programu, trzymali kciuki, pomagali w opiece nad córką. Rozgłos po „X Factor” bywa męczący, wywiady, występy telewizyjne są dla nas czymś nowym. Odbieram większość telefonów, ustalam terminy. Przyznaję, że w gruncie rzeczy lubię, gdy coś się dzieje.
Całe moje życie upływa w rytmie muzyki, choć sama nie komponuję ani nie śpiewam. Wychowałam się na bluesie i rocku. Jako młoda dziewczyna razem z siostrą Małgorzatą często jeździłyśmy na koncerty w całej Polsce. Wszędzie miałyśmy przyjaciół. Uwielbiałam taki styl życia.
Nigdy nie myślałam o małżeństwie. Mówiłam: „Po co mi mąż? Ciepłe kapcie, pranie skarpet? Nuda!”. Uważałam, że muzyk rockowy byłby fatalnym partnerem. Znałam takie pary i wydawało mi się, że kobiecie nic gorszego nie może się przytrafić. A jednak mnie się zdarzyło i wcale nie jest tak źle, jak sądziłam.
To była jesień 2003 roku, festiwal Barwy Bluesa w Ostrowie Wielkopolskim. Po koncercie siedzieliśmy w dużym gronie i nagle znajomy przyprowadził kolegę – Gienka. Był w kowbojskim kapeluszu. Od razu zwróciłam uwagę na jego oczy. Popatrzył na mnie tak, że nagle mnie poraziło: „To chyba moja druga połówka”. Poczułam jakąś dziwną więź, choć przecież nie szukałam nikogo.
Na początku trochę mnie zdenerwował. Gdy dowiedział się, że jestem z Wrocławia, zaczął powtarzać stereotypy, z którymi spotykałam się już wielokrotnie: „Jak z Wrocławia, to Helga, czyli Niemka”. Mówię do niego: „Chwileczkę, moja rodzina pochodzi ze Wschodu”. Choć w gruncie rzeczy to, co mówił, i tak nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Ważne, jakim się jest człowiekiem.
Za to doskonale rozmawiało się nam o muzyce. Mieliśmy podobne zainteresowania. I tak jest do tej pory. Różnimy się trochę charakterami. Oboje jesteśmy porywczy, choć on spokojniejszy. Wydaje się szorstki, a bywa ciepły, delikatny.
Nieraz Gienek w ramach przeprosin dosłownie obrzucił mnie płatkami róż. Jest romantyczny. Kiedy dawniej wracał z trasy, nie zapominał przynieść mi kwiatów. Moja mama mówi do mnie żartem: „Jak ty masz dobrze! Taka wredota, a trafił ci się taki dobry mąż”.
Po festiwalu w Ostrowie wymieniliśmy się numerami i rozjechaliśmy każde w swoją stronę. Zaczęły się rozmowy telefoniczne, on wpadał do Wrocławia. Na swoje urodziny w styczniu zaprosił mnie do Krakowa i przedstawił przyjaciołom. Wkrótce odwiedziliśmy moich rodziców, a on zaprosił mnie do swoich. Pojechaliśmy na Białoruś. Nocą dotarliśmy do Brześcia, tam czekaliśmy na pociąg do jego rodzinnego Biełoozierska na Polesiu.
Mówi się, że mężczyzna wybiera żonę na podobieństwo matki, i coś w tym jest. Z mamą Gienka od razu przypadłyśmy sobie do gustu. Zresztą teściowie to ciepli, serdeczni ludzie. Urzekło mnie, gdy widziałam, jak oglądają telewizję, trzymając się za ręce. Tam to naturalne. Byliśmy u nich jeszcze ze trzy razy. Dla nich przyjazd do Polski to wielki wydatek, dlatego rzadko nas odwiedzają.
Ustaliliśmy datę ślubu na wiosnę 2004 roku. Gienek przyjechał do Wrocławia i zamieszkaliśmy razem dwa tygodnie wcześniej. Wynajęliśmy mieszkanie w suterenie. Przytulne, bo z wyjściem do ogrodu. Byłam wtedy urzędniczką w Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej. Gienek grał na ulicach, czyli „na stricie”, jak mówi. Wyruszał też w trasy z jego ówczesnym zespołem Seven B. Kiedy wracał, chciał posiedzieć w domu, pooglądać telewizję.
Wbrew temu, co się mówi, to on ustatkował mnie. Jest domatorem, a ja zawsze wolałam po pracy wyskoczyć do knajpki, pobyć do późna. W momencie gdy zostaliśmy małżeństwem, dla obojga stało się jasne, że każdy z nas musi zrezygnować z dawnego stylu życia. Gienek miał problem z alkoholem, ale szybko przestał pić. Namówiłam go do tego, bo chodziło mi głównie o jego zdrowie – po wypadku, który miał wiele lat temu, jest epileptykiem. A lekarstwa i wódka to zabójcza mieszanka.
Gienek jest pragmatyczny, czyli wychodzi z założenia: „Po co wojować z kobietą, jeśli i tak nie wygram. Lepiej mieć spokój”. Ja zarządzam finansami, czasem doradzam w sprawach dotyczących kapeli. On wysłucha, a jeśli ma inne zdanie, i tak zrobi po swojemu.
Ponad cztery lata temu urodziła się Alesia. Na razie nie pracuję, ale pewnie kiedyś wrócę do aktywności zawodowej, choćby po to, aby zapewnić sobie emeryturę. Kiedy córka była maleńka, przeszliśmy bardzo trudny okres i nie chodziło tylko o pieniądze, których było mało. Nie czułam się najlepiej. Teraz myślę, że może to była depresja poporodowa.
Alesia była trudnym dzieckiem, dużo płakała. Chodziliśmy z nią po lekarzach, kilka razy wylądowaliśmy na pogotowiu, ale nikt niczego złego nie stwierdził. Gienek był wtedy przerażony. Kocha małą, ale to nie jest typ współczesnego ojca. Jeśli się nią zajmował, wszystko trzeba było mu powiedzieć. Im Alesia jest starsza, tym lepiej się rozumieją. Mentalnie to córeczka tatusia. Obydwoje mają wyobraźnię, swoje światy. Wieczorami potrafią siedzieć na balkonie. Patrzą w gwiazdy, opowiadają sobie wymyślone historie, nikogo nie dopuszczają bliżej.
Zazwyczaj Gienek jest mało rozmowny. Zamyka się w sobie. Siedzi z kartką, pisze. Zwykle nie reaguję, chyba że akurat coś od niego potrzebuję. Lubię sprzątać, za to nie znoszę gotowania. Gdy mąż jest w domu, to on przyrządza jedzenie. Robi świetną świeżonkę (usmażona wieprzowina), pielmieni (pierogi z mięsem). Ale nie ma w zwyczaju usiąść przy stole. Bierze talerz i idzie na kanapę.
Wspólne rodzinne posiłki mamy za to w niedzielę u moich rodziców. Nasze ulubione chwile to także te, gdy całą trójką jesteśmy w domu. Leżymy w łóżku i się śmiejemy albo ja i mąż idziemy po Alesię do przedszkola. Mieszkamy w pięknej okolicy, mamy niedaleko park, ogrody, pola. Nasz związek to wciąż dużo emocji, ale z wiekiem nabieram do wszystkiego dystansu. Traktuję małżeństwo jak wielką przygodę, bo z Gienkiem każdy dzień jest inny, zaskakujący.
------
Agnieszka Loska – wrocławianka, ukończyła administrację w Poznaniu. Przez lata pracowała jako urzędniczka w Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej. Teraz wychowuje czteroipółletnią córkę Alesię. Ma 37 lat.
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (76)
-
03.09.2011 (15:54)
-
25.08.2011 (12:52)
-
-
18.08.2011 (15:39)Milosc to podstawa zwiazku, ale potrzebna jest tez odrobina rozumu i duzo tolerancji, zeby taki zwiazek mogl przetrwac. Oni sie kochaja, oby jak najdluzej.zycze im tego z calego serca!
-
17.08.2011 (14:25)Widać , że się kochają i dobrze miłość wszystko przezwycięży. Życzę im szczęścia na resztę życia.
-
15.08.2011 (03:30)














Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli