Przejdź na stronę główną Interia.pl

Po co udawać?

Niektórzy uważają, że nie można pisać o Idze Cembrzyńskiej, nie pisząc o Andrzeju Kondratiuku. - Przepraszam bardzo, kto był na początku świata? Adam i Ewa, prawda? - pyta półżartem Cembrzyńska. - Żadne z nich bez siebie by nie istniało.

Pamięta zdarzenia, które z perspektywy czasu wydają się przepowiednią dramatu. Rok 2004, Iga i jej mąż Andrzej przygotowują film "Pamiętnik Andrzeja Kondratiuka". Jest sylwester, a oni kręcą scenę powitania nowego roku: słuchają radia, Cembrzyńska siedzi przy stole, podśpiewuje. Nagle z oczu lecą jej łzy. Tak miało być też w filmie, ale ona zaczyna płakać naprawdę i nie może przestać. "O co chodzi? - myśli. - Przecież jestem szczęśliwa".

Reklama

Albo sytuacja sprzed lat, gdy robili "Cztery pory roku" w Gzowie nad Narwią. Kondratiuk napisał scenę, w której on i Iga po dziesięciu latach przyjeżdżają oglądać miejsca, gdzie spędzali czas z bardzo chorym ojcem Andrzeja. Reżyser podszedł do poręczy, którą wybudował specjalnie, żeby tata mógł ćwiczyć chodzenie. Złapał się belek i zrobił kilka kroków. "Co ty robisz? Naśmiewasz się z ojca?!", zdenerwowała się Iga. "Zastanawiam się, jak to kiedyś będzie ze mną", odpowiedział po prostu Andrzej.

I jeszcze słowa wróżki, która była gościem na gali, gdzie Kondratiuk i Cembrzyńska mieli odebrać nagrodę za całokształt pracy twórczej. Z odbytej rozmowy z nią artystka zapamiętała zdanie: "Czeka panią wielka rewolucja". To, o czym mówiła tarocistka, wydarzyło się 9 kwietnia 2005 roku.

Wspominam żartem

Niektórzy uważają, że nie można pisać o Idze, nie pisząc o Andrzeju Kondratiuku. Ale zanim Cembrzyńska w 1969 roku go poznała i stała się muzą reżysera, była jedną z najbardziej popularnych artystek w Polsce. Po latach Ewa Szykulska, aktorka i była żona Janusza Kondratiuka, powiedziała o niej: "Potrafi fruwać, a jednocześnie chodzić po ziemi. To ogromna rzadkość u artysty". Zawsze taka była. I umiała walczyć o siebie. Zaraz po studiach w PWST dostała angaż do warszawskiego Teatru Powszechnego. Miała zagrać pierwszą poważną rolę - Anny w spektaklu "Dla miłego grosza" u Adama Hanuszkiewicza.

Kiedyś reżyser, mając zły dzień, wciąż ją strofował. Puściły jej nerwy, wybuchnęła płaczem i wściekła rzuciła lusterkiem o scenę. To było akurat podczas próby generalnej. Hanuszkiewicz zamiast się zdenerwować, powiedział do siedzącej na widowni Anny Retmaniak, znanej dziennikarki radiowej: "Ma charakter. Będą z niej ludzie". Urodziła się w znaku Raka. ("Jestem zodiakalnym Rakiem i może dlatego moje życie tak dziwnie się toczy: krok do przodu i dwa kroki wstecz...", napisała kiedyś).

W dzieciństwie dostała od rodziców dużo miłości. - To dało mi siłę na całe życie - mówi. Talent muzyczny Marysia (bo tak naprawdę ma na imię aktorka) odziedziczyła po tacie, który grał na wielu instrumentach. Kilka lat temu Wojciech Piekarski, dyplomata i wykładowca, opowiadał o Cembrzyńskiej: "Była przyjaciółką Małgosi, mojej siostry. Kiedy wpadała do naszego mieszkania w Radomiu, pokój jaśniał, siadała do fortepianu, śpiewała i grała piosenki jazzowe".

Już dwa lata po skończeniu PWST Cembrzyńska otrzymała swoją pierwszą nagrodę publiczności - Srebrną Maskę - później kolejne. Zaczęła też nagrywać utwory dla radia. Za piosenkę "Intymny świat" zdobyła nagrodę na festiwalu w Opolu. Potem był już przebój za przebojem. Cała Polska śpiewała "Kochasia, który odszedł w siną dal", "Mówiłam żartem" czy słynną "Peruwiankę".

Do tego doszły role filmowe w "Rękopisie znalezionym w Saragossie" Wojciecha Jerzego Hasa i "Jowicie" oraz serialu "Stawka większa niż życie". Kiedy już odnosiła wielkie sukcesy, profesor, który uczył ją w klasie maturalnej, napisał do niej w liście: "Marysiu, piękny motylu, powiedz, czy jesteś szczęśliwa". - Nigdy mu nie odpowiedziałam, choć bardzo chciałam. Bałam się nazwać wszystko to, co się wydarzyło w moim życiu osobistym i twórczym, szczęściem.

Człowiek, którego kocham

Gdy kilka lat temu przeprowadzałam z nią wywiad, podarowała mi swoją biografię. Napisała taką dedykację: "Chwytaj prędko szczęścia chwile, bo ulecą jak motyle... Nawet nie wiesz, jak to mało 10 lat w życiu kobiety". Pierwsza część cytatu pochodzi z ich wspólnego z Andrzejem Kondratiukiem filmu "Wrzeciono czasu".

To samo zdanie powtarzała przed laty Ewie Szykulskiej. - Poznałam Igę, gdy byłam w związku z Januszem Kondratiukiem, jego bratem. Andrzej przedstawił nam wspaniałą, energetyczną dziewczynę - wspomina Szykulska. - Czułam się nawet o nią zazdrosna, bo skupiała na sobie uwagę. Poza tym miała tę mądrość, której inni uczą się z wiekiem. Andrzej Kondratiuk był drugą miłością Igi. Wcześniej przez dziesięć lat była związana z filozofem Andrzejem Kasią, poznała go, zanim stała się popularna.

- Wyszłam za niego na czwartym roku studiów - opowiada. - Imponował mi, przez nasz dom przewijali się wybitni ludzie - Leszek Kołakowski, Piotr Kuncewicz i wielu innych. Kiedy wspomina o pierwszym małżeństwie, spokojnie mówi nawet o najtrudniejszych chwilach. Detale po latach zamazują się, bardziej usprawiedliwia się drugą osobę. Co zresztą jest 10 lat? Andrzej Kasia nie potrafił poradzić sobie z tym, że Cembrzyńska pracuje w teatrze, ze swoimi recitalami jeździ po świecie. Stawał się coraz bardziej zazdrosny, uciekał w alkohol. W końcu powiedziała "dość". - Wyszłam z mieszkania, jak stałam - wspomina aktorka.

Pierwsza randka Kondratiuka i Cembrzyńskiej miała miejsce mniej więcej rok po zakończeniu zdjęć do "Hydrozagadki". Trochę pili, tańczyli i przegadali całą noc. - Iga z Andrzejem byli bardzo symbiotycznym związkiem - opowiada Szykulska. - I proszę mi uwierzyć, bo dziś naprawdę wiem, co mówię, taka miłość zdarza się rzadko. To był bardzo twórczy okres w ich życiu. Wtedy powstały m.in. film "Pełnia" czy spektakl "Koniec ery menelików". - Gdy spotykają się dwie tak silne i utalentowane osobowości - aktorka i reżyser - to z tego muszą powstawać rzeczy wielkie - mówi Barbara Rybałtowska, autorka książki "Iga sama i w duecie".

Cembrzyńska wspomina zabawne sytuacje. Na przykład, jak powstał scenariusz do "Gwiezdnego pyłu". Andrzej obudził się rano i nagle stwierdził: "Iga, weź kartkę i długopis, pisz, ja będę chodził i ci dyktował". - W ciągu 24 godzin przedyktował mi cały film, wszystkie dialogi. Wcześniej o nim myślał, coś sobie zapisywał, ale całość powstała w jeden dzień. Przez dobę nie wyszliśmy z domu, chociaż to był sylwester, mieliśmy pięć butelek szampana, ale piłam głównie ja - uśmiecha się.

W 1982 roku "Gwiezdny pył" został obsypany nagrodami za scenariusz, muzykę, zdjęcia i rolę Cembrzyńskiej. Zdobył grand prix w Berlinie Zachodnim na Prix Futura i główną nagrodę na festiwalu w Gdyni. - Dostaliśmy w sumie 10 tysięcy marek, to nas podniosło z biedy, bo wtedy żyliśmy bez pieniędzy. Gdyby nie ta nagroda, pewnie nie robilibyśmy dalej swoich filmów. Potem były m.in.: "Cztery pory roku", "Mleczna droga", "Wrzeciono czasu" czy "Córa marnotrawna". Większość tych projektów zrobili w Gzowie, gdzie na początku lat 70. kupili kawałek ziemi.

Andrzej zawsze był samotnikiem i wielbicielem przyrody. Lepiej czuł się na wsi ze swoimi psami, kotami i sikorkami niż wśród ludzi. Powtarzał: "Nie tam są laguny, gdzie są laguny, ale tam są laguny, gdzie jesteśmy my" (cytat z "Wrzeciona czasu"). Później nie lubił nawet z Gzowa wyjeżdżać, to Iga reprezentowała ich dwuosobową firmę Iga Film na festiwalach.

Ostatnio Cembrzyńska oglądała "Gwiezdny pył" w Zamku Ujazdowskim. Gdy wystąpiła w filmie, była jeszcze młoda, a wcieliła się w starą brzydką kobietę. - Wcale się nie dziwię, że dostałam nagrodę za swoją grę - uśmiecha się. - Po co mi fałszywa skromność? Mam już swoje lata, nie zawsze jestem z siebie zadowolona, ale ta rola była dobra. Barbara Rybałtowska: - Iga zajęła się organizowaniem codzienności. Andrzej miał tę cudowną szansę poświęcić się tylko pracy artystycznej. Myślę, że wielu twórców zazdrościło mu wspaniałej kobiety.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje