Piorun sycylijski
Marcin Prokop - prowadzi w TVN programy "Dzień dobry TVN" i "Mam talent". Wcześniej był jurorem trzeciej edycji "Idola", redaktorem naczelnym miesięczników "Film" i "Machina" oraz prezenterem MTV Polska.
Marysię zobaczyłem po raz pierwszy podczas kameralnej kolacji, zorganizowanej przez naszych przyjaciół. Już wcześniej słyszałem o jej istnieniu w gronie wspólnych znajomych. Moi koledzy mówili o niej "hard candy", pikantna landrynka. Kiedy się poznaliśmy, zrozumiałem dlaczego. Głośno się śmiała, dużo mówiła. Odpalała papierosa od papierosa, a gdy odwoziła towarzystwo do domu, popisując się sportową jazdą, zgasiła mnie ironicznym stwierdzeniem: "No brawo, brawo, ty to masz jaja". Była irytująca w swojej wyrazistości, ale jednocześnie miała w sobie słodycz, prostolinijność i wdzięk.
Rozbroiła mnie, kiedy następnego dnia zadzwoniła z informacją, że jej się podobam i może byśmy zobaczyli się ponownie. Tak po prostu, bez owijania w bawełnę. Podczas kolejnego spotkania uderzyło mnie, jak bardzo Marysia jest inna od kobiet, z którymi widywałem się wcześniej. Po pierwsze, jako osoba wychowana w USA nie patrzyła na mnie jak na pana z telewizji, przed którym trzeba odegrać scenę zblazowania w stylu: "Skądś cię znam, ale wiesz, ja w ogóle nie oglądam takich programów" albo przeciwnie - obdarzyć go przesadną atencją. Nie oceniała mnie przez pryzmat tego, co robię. Po paru godzinach spędzonych z nią miałem absolutne i nieodwołalne przeświadczenie, że właśnie spotkałem TĘ osobę. Byłem nawet zły na siebie za to gwałtowne zauroczenie. Runęły moje wyobrażenia o tym, jak spędzę najbliższe miesiące, lata. Byłem świeżo upieczonym singlem, chciałem czerpać radość z życia swobodnego jeźdźcy. Imprezy, kumple, szybkie znajomości, brak zobowiązań.
A tu nagle pojawia się ktoś, kto ma przekreślić te plany.
Kilka dni później stwierdziłem, że musimy razem zamieszkać. I tu pojawiły się schody - okazało się, że Marysia ma do tego tematu bardzo konserwatywne podejście. Stwierdziła, że najpierw musi być pewna moich uczuć. Nie namyślając się wiele, wystrzeliłem z oświadczynami, które zostały potraktowane na tyle poważnie, że ze strony jej rodziny pojawiła się nagła presja, żeby temat sfinalizować jak najszybciej. Odebrałem to jako zamach na swoją suwerenność. Z wrodzonej przekory narodził się we mnie bunt z gatunku: "Skoro mnie cisną, to ja się nie dam".
Kiedy zamieszkaliśmy razem, nasza znajomość została wystawiona na kolejną próbę. Moje ówczesne lokum było dość odrażające. Malutkie, nieremontowane od wieków mieszkanko w przedwojennej,
zaniedbanej kamienicy. Marysia "oficjalnie" nigdy się nie skarżyła, ale coś zaczęło się między nami psuć. Również dlatego, że mimowolnie przerodziłem się w zaborczego despotę, który z obawy przed utratą swojego szczęścia, chce je zamknąć w złotej klatce, odizolować od świata. To nie była klasyczna zazdrość, tylko chęć zniewolenia i zniszczenia kogoś po to, żeby z pokruszonych kawałków zbudować go od nowa, na własne podobieństwo. Emocjonalny totalitaryzm tyrana-neurotyka. Izolowałem nas od życia towarzyskiego. "Nie, zostańmy", mówiłem, gdy proponowała wyjście. "Napijmy się wina, zróbmy kolację, obejrzyjmy film na DVD". Próbowałem zmienić jej nawyki, przyzwyczajenia, przekonania, co dobre, a co złe. Ona zawsze ufała ludziom, uważała, że są z gruntu dobrzy, ja odwrotnie. Ona mówiła, że musi mieć obok siebie grono znajomych, przyjaciół, chce uczestniczyć w ich życiu. Ja twierdziłem, że jeśli dwoje ludzi naprawdę się kocha, nie potrzebują do szczęścia nikogo innego, mogą stać się samowystarczalną emocjonalną wyspą.
Drażniła mnie konieczność dzielenia się nią. Denerwowała jej otwartość wobec obcych ludzi. Potrafiła na stacji benzynowej, tankując samochód, opowiedzieć połowę swojego życia facetowi z okienka. Bałem się, że ktoś to wykorzysta i ją skrzywdzi. Kiedy przestawała słuchać moich argumentów, zaczynałem demonstracyjnie milczeć, co trwało nawet kilka dni. To doprowadzało ją do rozpaczy i furii na przemian. Byłem naprawdę upierdliwy i zachowywałem się idiotycznie.
W pewnym momencie nasz związek znalazł się na skraju rozpadu. Marysia stwierdziła, że nie wytrzyma tego dłużej, i wyjechała do rodziny do Szwecji. Dopiero wtedy zrozumiałem swój błąd i z podwiniętym ogonem prosiłem, żeby wróciła i dała mi jeszcze jedną szansę, obiecywałem, że się zmienię. Po kilku dniach Marysia uległa, a ja dotrzymałem słowa, chociaż była to dla mnie trudna i bolesna transformacja. Czułem, że staję się kimś, kogo nie poznaję. Kimś, kto udziela się towarzysko, pamięta o urodzinach przyjaciół, nie krytykuje zachowań innych, zaczyna uprawiać sport, którym wcześniej pogardzał. Nagle stałem się radosnym konsumentem życia. Mogę więc powiedzieć, że poniekąd dzięki Marysi z dziwaka żywcem wyjętego z filmów Woody'ego Allena przeistoczyłem się w miarę normalnego faceta.
Ciąża Marysi mnie zaskoczyła, nie byłem gotowy na dziecko. Jednak kiedy Zosia już się urodziła, zrozumiałem, że wszystko, co się do tej pory wydarzyło, było jedynie próbą generalną przed prawdziwym życiem. Dziś nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej nie być.
To również ona sprawiła, że moje relacje z Marysią z poziomu ciągłej walki, napięcia i szarpaniny przeszły do fazy związkowego zen, w której czuję się absolutnie bezpiecznie i spokojnie. Przyzwyczaiłem się do jej nieznośnej lekkości bytu, nie pytam już, na co wydała w kilka dni swoją roczną nagrodę. Płacę rachunki i biorę odpowiedzialność za nas troje. Nie przeszkadza mi, że Marysia nie jest typem gospodyni domowej, a nasza lodówka zwykle świeci pustkami. Bardzo cenię to, jaką jest matką - cierpliwą i tolerancyjną. Cieszę się, że realizuje się zawodowo i jest szczęśliwa. Patrząc na nią, stwierdzam, jak wiele jest prawdy w powiedzeniu, że za sukcesem każdego mężczyzny stoi mądra kobieta.
Katarzyna Troszczyńska
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (5)
-
19.10.2010 (11:14)
-
16.03.2010 (14:15)
-
-
02.03.2010 (21:42)Amerykanki traktowane są przez Amerykanów jak królowe? I tyle tam rozwodów?
-
26.01.2010 (20:49)ALE FAJNIE, ZE INNI TEZ MAJA TAK SAMO JAK MY. BOM JUZ SIE MARTWILA ZE DZIWOLOGI- PRZEPYCHANKI, KLOTNIE NA POCZATKU ZWIAZKU NICZEGO DOBREGO NIE WROZA.
PS. MY TEZ MAMY NADZIEJE NA ZOSIE W TYM ROKU -
15.01.2010 (15:35)














Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli