Przejdź na stronę główną Interia.pl

Piorun sycylijski

Ona nie gotuje, nie sprząta, a zarobione pieniądze wydaje tylko na siebie. W Stanach Zjednoczonych nauczyła się, że to mężczyzna powinien rozpieszczać kobietę. Marcin uważa podobnie, dba o Marysię tak, jak jego tata dbał o mamę.

Maria Prażuch - ma 30 lat, wychowała się w Stanach Zjednoczonych. Na DePaul University w Chicago skończyła historię i filozofię.W 2001 roku przyjechała do Polski. Dziś pracuje w amerykańskiej firmie deweloperskiej.

Wiem, że Marcin podoba się kobietom. Czasem idziemy gdzieś z przyjaciółmi - gadamy, śmiejemy się i nagle patrzę na niego, i myślę: "Jaki on piękny, i cały ten metraż jest mój, cudnie". To naprawdę fajnie po tylu latach ciągle tak się kimś fascynować.

Reklama

Długo się mijaliśmy, chociaż mieliśmy tę samą grupę znajomych. Przyjechałam do Polski w 2001 roku, poznałam nowych przyjaciół. To byli również znajomi Marcina. Często do nich wpadałam i zwykle okazywało się, że Marcin też tam był, ale wyszedł dosłownie parę minut wcześniej. I odwrotnie - kiedy on przychodził, mnie od kilku chwil już nie było. Dużo natomiast o Marcinie słyszałam. Że jest fajny, zabawny, że robi karierę. Chciałam go poznać, ale w tym czasie podjęłam decyzję, że wracam do Stanów. Dostałam tam pracę. Zdążyłam dolecieć do Nowego Jorku, gdy okazało się, że moja firma wysyła mnie z powrotem do Polski, bo akurat otwiera w Warszawie biuro. Dziś myślę, że to po prostu było przeznaczenie. Miesiąc później spotkałam Marcina. Strasznie się wygłupiał, popisywał. W jednej chwili smarował się sosem i wsadzał sobie frytki do nosa, a w drugiej mówił coś serio. Wiedziałam, że mam do czynienia z potwornie inteligentnym i przenikliwym facetem. Całkowicie różnił się od mężczyzn, których znałam wcześniej. Wydawał mi się bardzo nieoczywisty, trudny do rozgryzienia.

Zanim go poznałam, cieszyłam się totalną wolnością. Przyjechałam do Warszawy jako zakręcona Amerykanka, która myślała, że tutaj są fajniejsze imprezy, bo nie zaganiają cię do domu o drugiej w nocy, a balangi w Piekarni trwają trzy dni. Byłam osobą, która żyła w anarchii. Uczyłam angielskiego, zarabiałam superkasę, pracując trzydzieści godzin tygodniowo. Często wyjeżdżałam i bawiłam się ze znajomymi, mieszkałam z przedziwnymi osobami. I nagle poznałam poukładanego, poważnego kolesia, którego początkowe megawyluzowanie okazało się mylne. Bo chociaż ma wizerunek beztroskiego "zabawiacza", prywatnie jest zupełnie inny.

Jesteśmy jedyną parą, jaką znam, która na samym początku znajomości przeżyła prawdziwą wojnę, by potem krok po kroku odbudować zgliszcza, wreszcie osiągnąć harmonię. Z sześć czy siedem razy go zostawiałam, bo mną manipulował, robił mi pranie mózgu, na każdym kroku kwestionował moje wartości, moich znajomych, moje postępowanie. Ale zawsze wracałam, bo moje uczucie było silniejsze niż ból, który mi sprawiał. Poza tym często okazywało się, że niestety ma rację i że osoby z mojego otoczenia, od których mnie odciągał, rzeczywiście w pewnym momencie mnie zawodziły. Marcin ma nieomylną intuicję do ludzi, taki szósty zmysł, który w nim podziwiam. Na szczęście w porę zrozumiał, że zamiast coś budować, przez swoje despotyczne zachowanie niszczy to, co jest między nami. Od tamtego czasu bardzo się zmienił, dojrzał, przestał być neurotykiem skoncentrowanym na swoim wnętrzu.

Pomogło nam moje zajście w ciążę. Kiedy Zosia się urodziła, całą uwagę i energię skierował na nią. Jest świetnym ojcem, myślę, że to dobrze, że urodziła się nam córka. Są mężczyźni, którzy powinni mieć tylko dziewczynki, bo dla chłopca byliby najprawdopodobniej zbyt surowi i ostrzy. Zosia zmiękczyła Marcina, złagodziła.

Nie jestem i nie byłam nigdy o niego zazdrosna. Nie mam potrzeby zawłaszczania drugiej osoby i myślę, że dlatego tak dobrze funkcjonujemy. Zresztą Marcin nie daje mi żadnych powodów, żebym wątpiła w jego uczucie. Moja zazdrość z pewnością zniszczyłaby ten związek, przecież on non stop gdzieś wyjeżdża, obściskuje się do zdjęć, kokietuje kobiety na imprezach, flirtuje z moimi koleżankami. Robi to jednak w tak zabawny sposób, uroczy i niewinny, że wręcz lubię na to patrzeć.

Kiedy Marcin nie prowadzi "Dzień dobry TVN", początek dnia zawsze jest leniwy, jakby to była niedziela. Po obudzeniu bawią się z Zosią w łóżku: przytulają, tarmoszą, siłują. Ja wstaję wcześniej, ogarniam dom. Wieczory są podobne: kąpiemy Zośkę, czytamy jej bajki, czasem Marcin włącza komputer i pokazuje jej coś ciekawego w Internecie. Latem w dni wolne staramy się wyjeżdżać. Za to zimą zamieniamy się w mieszczańską parę: oglądamy filmy na DVD albo spotykamy się z przyjaciółmi na kinderbalach.

Nie jestem typową żoną, jadamy przeważnie w knajpach. Poza tym śmieję się, że mamy tradycyjny podział obowiązków. On płaci za wszystko, ja - za swoje przyjemności. Przepuszczam kasę głównie na typowo babskie rzeczy: torebki, ciuchy i sprzęt sportowy, np. na nową deskę kitesurfingową. Uwielbiam jeździć na Hel i cały dzień siedzieć na wodzie z latawcem nad głową. Czasem mam wyrzuty sumienia, że Marcin w tym czasie zajmuje się Zosią, ale cieszę się, że jest tak niesamowicie cierpliwy do moich pasji i wyrozumiały dla wad.

Jasne, on też nie jest ideałem. Czasem wadą wydaje mi się ten jego pragmatyzm, który zabija w nim spontaniczność. Romantyczne wypady, niespodziewane prezenty nie są jego najmocniejszą stroną. A ja jestem rozpieszczona, bo amerykański wzorzec faceta jest zupełnie inny. Kobiety traktuje się w Stanach jak księżniczki. Tak na marginesie, czasem się dziwię Polkom, że potrafią być z mężczyznami, którzy nie zarabiają, nie gotują, nie dbają o swoją kobietę, o siebie, a do tego jeszcze są ciągle skwaszeni. Nie rozumiem, dlaczego nie kopną tych swoich mruków w tyłek, zamiast im matkować.

Wracając do mnie i do Marcina, po wielu walkach i spięciach od jakiegoś czasu jest w naszym związku dobrze. Przyjaźnimy się, szanujemy, słuchamy nawzajem. Ostatnio dużo dyskutujemy o drugim dziecku, ale na spokojnie, bez dawnych ciśnień. Nauczyłam się, że w takich sytuacjach trzeba dać Marcinowi czas i spokój, aby oswoił się z tematem, przemyślał go. Gdy tylko czuje się do czegoś zmuszany, poddawany presji, wyślizguje się jak węgorz albo z przekory postępuje odwrotnie. Rzadko udaje się z nim wygrać od razu. Z Marcinem trzeba spokojnie, małymi kroczkami - delikatnie przy kawie, sushi, winie. Ma bardzo dużą potrzebę niezależności, a przy tym charakter wiecznego szefa, który lubi narzucać swoje zdanie, zabijając przeciwnika mocą argumentów. Dlatego ciężko się z nim dyskutuje.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje