Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pani zabiła

Edyta miała brać ślub, marzyła o dziecku. Joanna była dyrektorką podstawówki, zawsze stawała w obronie uczniów. Jeden moment sprawił, że wszystko co "przed" straciło sens. Przez przypadek, fatalny zbieg okoliczności zabiły i trafiły do więzienia. Kiedyś kobiety takie jak my. Do końca życia będą o sobie myślały: zabójczynie.

Akceptuję ten wyrok

Edyta: Byłam spóźniona. Jechałam za szybko.

Reklama

Edyta mogłaby być twoją koleżanką. Tobą? Posłuchaj. Trzydzieści parę lat, etat w firmie konsultingowej, podyplomowe studia, narzeczony. Starali się o kredyt na mieszkanie. W kalendarzu 17 października zapisała: "Kupić test ciążowy. Zapłacić rachunki". Nie zdążyła. Rano zjadła z Markiem śniadanie, wyszli do pracy, żegnali się na parkingu przed blokiem. "Uważaj na siebie", powiedziała. "Jedź ostrożnie", odpowiedział.

Rozstając się, zawsze tak do siebie mówili. Zadzwoniła przyjaciółka: - "Podwieziesz mnie i dziecko do lekarza? Wysiadł mi akumulator w samochodzie. - Jestem już spóźniona. - Nie ma korków, dojedziemy szybko, mały ma gorączkę, proszę". Wsiedli. Pusta szosa, po deszczu, nagle wyszło słońce. Powinna zwolnić, ale myślami była gdzie indziej.

Może przez stres, że znów spóźni się do pracy. Może przez prośbę przyjaciółki: "Włącz płytę 'Pearl Jam', tę, którą kupiłam ci na urodziny". Zaczęła jej szukać w schowku. Dorota pierwsza zauważyła zakręt. "Hamuj!", krzyknęła. Auto wypadło z drogi, dookoła były drzewa. Nogi połamane. Każda co trzydzieści centymetrów. I prawe przedramię, którego nie można włożyć w gips, bo na wierzchu rana.

Edyta ocknęła się w szpitalu: "Nie płacz, mamo, ja żyję", powiedziała. Mama głaskała ją po głowie. "Czeka państwa zmiana", usłyszała głos lekarza. Jaka zmiana? "Nie wiemy, kiedy pani wstanie i czy będzie chodzić", powiedział lekarz. Co z Dorotą? "Zginęła na miejscu, jej syn umarł dziś rano". Zdrową ręką zrywała z siebie pościel, chciała wstawać, gdzieś biec, ale nie mogła się ruszyć.

Pielęgniarki przychodziły z zastrzykami, po nich zasypiała. W półśnie widziała Marka, lekarzy, policjantów, mamę. Słyszała jej lament: "Marek, po co ty jej kupowałeś ten samochód, stary, pewnie miał złe hamulce, twoja wina, draniu". Słowa ojca: "Chce ją pan wsadzić do więzienia?! Kara?! Pokazać panu śruby, gwoździe w jej nogach, obręcze na łydkach? Moja córka, gdy pielęgniarki zmieniają opatrunki, krzyczy tak, że słychać ją na całym oddziale. Pan mówi o sprawiedliwości?".

Gdy odzyskiwała świadomość, tłumaczyła: - "Tato, to nie była moja wina, chwila zagapienia, nie pamiętam, jak to się stało. - Załatwimy ci najlepszych prawników. - Tato, czemu przenieśliście mnie do pojedynczej sali, dlaczego przy drzwiach stoi ochroniarz? - Ojciec Doroty jest w szoku, robimy wszystko, żebyś była bezpieczna".

- Wpadałam w histerię. Krzyczałam, że powinnam umrzeć - opowiada Edyta. - Zjawiały się pielęgniarki z zastrzykami. Zasypiałam. Śniła mi się przyjaciółka, byłyśmy młodsze, jak na studiach, uśmiechała się, mówiła, żebym była silna, a potem znikała albo rzucała się w przepaść. Budził mnie mój krzyk. Adwokaci siadali przy łóżku. Pierwszy: "Musi się pani przyznać do winy, okazać skruchę, napisać list do rodziny zabitych. O wyroku w zawieszeniu nie ma co marzyć, przekroczyła pani prędkość o 68 kilometrów, nie wyhamowała przed zakrętem, doszło do złamania kilku przepisów, zostanie pani skazana z artykułu 177 kodeksu karnego punkt 2 za nieumyślne spowodowanie śmierci".

Adwokat drugi: "Grozi pani do ośmiu lat. Sąd pewnie orzeknie dwa do trzech. Takie kary mają wymiar ogólnospołeczny. Proszę sobie wyobrazić reakcję, gdyby pani nie skazano: »Zabiła kobietę i dziecko i jest na wolności«". - Słuchałam i zawsze miałam nadzieję, że to koszmar, który wciąż śni mi się po wypadku.

Areszt pierwszy: szpital. Leży dwa miesiące. Bez pewności, co dalej. Areszt drugi: dom. Łóżko, sufit, okno, telewizor. Już wie, że na rower nigdy nie wsiądzie, nie podbiegnie, nie pójdzie w góry. Będzie kuleć. O ciąży musi zapomnieć. Marek mówi: "To nic, adoptujemy". Ale ją ból ściska w gardle tak, że nie może oddychać. Tata powtarza: "Wszystko przetrzymamy, córciu, najważniejsze, że nie oddali nam ciebie w czarnym worku".

Koleżanki: "Bądź dzielna, najważniejsze, że żyjesz", ale są też takie, które znały je obie, te piszą: "Idiotko, żebyś zgniła w więzieniu". - Nie płakałam, czasami wyłam. Żałowałam, że żyję, w myślach błagałam Dorotę o przebaczenie i o to, żeby mnie zabrała. Marek prawie nie zasypiał albo spał czujnie na wypadek, gdybym obudziła się w rozpaczy i znowu chciała sobie podciąć żyły. Życie ma sens, kiedy na coś czekamy. Nadzieja pozwala wstać z łóżka, pracować, cieszyć się. Mają ją nawet ci, którzy walczą z rakiem. Mnie czekało życie z wyrzutem sumienia, piętnem, niewiadomą.

Przypomniał mi się "Przypadek" Kieślowskiego i pytanie: za naszym życiem stoi zbieg okoliczności czy determinizm? To była moja wina czy tak miało być? A jeśli tak, to dlaczego? Kara? Dla nas? Przecież starałyśmy się być dobrymi ludźmi. Często wściekałam się na Dorotę, że umarła. Że tego dnia chciała ze mną jechać. Że kazała szukać płyty. Że tą decyzją zmarnowała mi życie.

W liście do rodziny Doroty napisałam: "Dobrowolnie poddam się karze i nie będę walczyć o jej skrócenie". Było mi wszystko jedno. Matkę Doroty zobaczyła na korytarzu w sądzie. Znały się kilka lat. "Dziękuję za twój list. Nie życzę ci źle, mój mąż jest oskarżycielem posiłkowym, ale dla mnie mogłabyś być uniewinniona. Ja myślę, że taka była wola boża. Boję się tylko, że to więzienie cię popsuje", usłyszała. Płakały, a potem stały przytulone.

Tego dnia zapadł wyrok. Dwa lata pozbawienia wolności. Edyta zemdlała. Adwokat cucił ją: "Wystąpimy o przedterminowe zwolnienie, to łagodny wyrok, spodziewałem się trzech lat". Ojciec: "Nie martw się, córciu. Jedziesz do zakładu otwartego, widzenia bez ograniczeń, cele jak pokoje, własne ubrania, książki". - Wieczorem spotkaliśmy się we czwórkę: rodzice, Marek, ja. "Nie chcę tam iść, zróbcie coś!", krzyczałam.

Mama się upiła, zaczęła się histerycznie śmiać: "Idziesz do więzienia, cha, cha, ty taka ąę, zawsze piątki, posprzątany pokój, a za kierownicą szatan". Potem zemdlała, rozległy zawał, miała szczęście, że szybko przyjechało pogotowie. Edyta spakowała książki, dżinsy, T-shirty, swetry. Na szyję założyła medalion z Matką Boską. Nie wyjmowała go od czasu Pierwszej Komunii.

Ale teraz? "Najgorzej byłoby myśleć, że to wszystko stało się przez przypadek, nie miało większego sensu", mówi Markowi. Do aresztu wiezie ją narzeczony. Dzień wcześniej klęka i daje pierścionek. "Za dwa lata weźmiemy ślub, od jutra zacznij wszystko planować".

Edyta jest jedną z nas. Mogłaby być twoją koleżanką. Tobą? Na terenach popowodziowych w osuszanych domach zrywa zbutwiałą podłogę, wozi piach taczką. To program resocjalizacji osadzonych w zakładzie karnym, w którym jest już ponad rok. Celę dzieli ze skazaną za oszustwa finansowe Iwoną, która lubi mentolowe davidoffy, czekoladki toblerone i drogie perfumy. Edyta załatwia je koleżance dzięki rodzicom. Za to może oglądać telewizję, nawet kiedy Iwona idzie spać. I tamta broni ją przed Renatą, która w nocy przychodziła do ich celi, zatykała Edycie usta i kładła się na niej. Edyta często rozmawia z więziennym psychologiem, bo ze skazanych ona najlepiej rokuje. Słyszy, że musi wyjść z roli ofiary. Przestać mówić: więzienie to dla mnie psychiczna śmierć. Przestać powtarzać: "Siedzę tu za nieszczęśliwy zbieg okoliczności", przyznać: "W wypadku, który spowodowałam, zginęły dwie osoby". Wtedy uzasadni sobie, dlaczego tu jest, i będzie mogła patrzeć w przyszłość. I walczyć o przedterminowe zwolnienie.

Wychowawczyni staje na głowie, żeby załatwić Edycie pół etatu w kuchni w pobliskiej karczmie. - "Wiem, że możesz czuć się trochę upokorzona, znasz języki, sporo zarabiałaś. Ale chyba lepszy kontakt z ludźmi na wolności niż siedzenie tutaj. Zgadzasz się? - Oczywiście. Dziękuję. - Widzę, że zaczynasz u nas lepiej funkcjonować. - To prawda, wiele zrozumiałam. - Masz już pomysł na życie po? - Założę fundację. - Myślę, że wyjdziesz przed końcem kary".

Kilka dni temu Edyta dostała przepustkę. Pojechała do domu. Siedziała u rodziców w ogrodzie i myślała, żeby uciec. - "Został mi rok, mamo. Rok. Jesień, zima, wiosna, lato. Pamiętasz, gdy byłam mała? Jeździłyśmy do babci na wieś. Płakałam na widok psów trzymanych na łańcuchach. Wieczorami chodziliśmy z ojcem i puszczaliśmy je wolno. Chciałabym, żeby znalazł się ktoś, kto zrobi dla mnie to samo. Bo nie wiem, czy wytrzymam.

- Prawnik wystąpił o przedterminowe zwolnienie - uspokaja mama - jest duża szansa". Tego dnia Edyta idzie na grób Doroty i jej syna. W myślach długo z nią rozmawia: "Bałyśmy się starości, pamiętasz? Zwiotczałej skóry, zmarszczek. Ty przed nią uciekłaś, ja czekam. Z utęsknieniem. Chciałabym mieć już życie za sobą, być na emeryturze i niczego nie musieć. Nie wiem, co ze mną będzie, gdzie znajdę pracę, jestem karana. Wiesz, jak wyglądają moje nogi? Trudno to opisać, bo ciężko się na nie patrzy. Ale przecież wstyd narzekać, ty nie żyjesz, ja chodzę. Zastanawiam się, czy jeśli mnie słyszysz, współczujesz mi, czy raczej to ja powinnam współczuć tobie. Która z nas teraz ma gorzej?

Zadziwia mnie Marek. Prawie codziennie przyjeżdża, zarezerwował restaurację na wesele, wziął kredyt na mieszkanie. On naprawdę czeka. Ja już nie wiem, co do niego czuję. Od wypadku wewnętrznie zastygłam. Boję się, że go skrzywdzę, że już nie potrafię być kobietą dla niego. Ale on daje mi nadzieję, choć czasem czuję się winna, że garnę się do życia. Staram się znaleźć w tym wszystkim wyższy porządek, ale nie mogę. Religie w przypadku śmierci mówią o woli boskiej, więc może nagła śmierć była ci pisana, a ja byłam narzędziem? Kiedy tak myślę, zaczynam żałować, że cię poznałam. Ale przez większość czasu za tobą tęsknię".

Dowiedz się więcej na temat: morderstwo

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje