Przejdź na stronę główną Interia.pl

Otwieram oczy, zaczynam dzień

Świat się zawalił, kiedy 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginął jej mąż Stanisław Komorowski, wiceminister obrony narodowej. Nie załamała się. Poskładała rozsypane na kawałki życie.

I wie, że jeszcze będzie się uśmiechać. Bo już nieraz los przynosił jej nieszczęścia, których się nie spodziewała, i szczęścia, o których nawet nie marzyła. Wierzy, że tak będzie dalej.

Reklama

Twój STYL: "Moje serce rozbiło się na tysiące kawałków", powiedziała Pani w Smoleńsku. Zaczęło się goić?

Ewa Komorowska: - To już nie jest to samo serce, kształtne i równe jak z piernika. Ale wiem, że choć posklejane, bije. Czy pozrastało się we wszystkich miejscach? Nie wiem.

Jak pani znosi pierwszą rocznicę śmierci męża?

- To czas na łzy. I choć tak naprawdę smutek nie pyta o datę i przychodzi także 15, 24 czy 28 każdego miesiąca, myślę, że pamięć musi mieć swoje specjalne miejsce i od tego jest rocznica

Pani od początku była silna. Człowiek po stracie ukochanej osoby często zamyka się w sobie, pani nie.

- Do sierpnia żyłam w letargu. Poruszałam się jak automat, chodziłam na różne uroczystości, odsłonięcia, odbierałam telefony. Dziś wiem, że mam wybór. Mogłabym wspominać moją piękną przeszłość i koncentrować się na żalu, że ją straciłam. Ale mogę też wspominać tę przeszłość z uczuciem wdzięczności, że była. A jeśli była, to znaczy, że życie jest dobre i jeszcze coś dobrego mi przyniesie.

Często zadawała sobie pani pytanie: "Dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego ja?".

- Chyba każdy tak pyta, kiedy spotka go nieszczęście. Odpowiedź jest prosta: "A dlaczego nie ja?".

Pamięta pani ten dzień?

- W sobotę 10 kwietnia 2010 roku obudziłam się wyspana, po ósmej. Dom był pusty. Staszek wyszedł bladym świtem, leciał z delegacją do Katynia. Jak zwykle na paluszkach, uważnie, żeby mnie nie obudzić. Nie było powodu, żeby się do czegokolwiek spieszyć. Dziwię się, że nawet nie pomyślałam: "Ciekawe, czy już ich pokazują w telewizji". Tak jakby jakiś dobry anioł chciał mnie jak najdłużej zachować w błogiej nieświadomości. Nie udało się. Usłyszałam dźwięk telefonu. "W TVN24 mówią, że stracono łączność z samolotem", to był głos mamy Staszka. Pomyślałam wtedy, że matki zwykle denerwują się za bardzo. Ale włączyłam telewizor. W momencie, kiedy wiadomo już było, że coś się stało, tylko nie do końca wiadomo co.

Pamięta pani moment, kiedy wszystko było już wiadomo?

- Pamiętam tylko, że usłyszałam, że samolot płonie. Potem Jarosław Kuźniar powiedział, że to niestety wiadomość potwierdzona, że wszyscy zginęli. I wtedy moje serce zaczęło walić pewnie z trzysta uderzeń na minutę. Tak przecież nie bije ludzkie serce. Dudniło tak, że niczego innego nie słyszałam, nie czułam, nie było rzeczywistości, tylko obłędny, dziki lęk. Już nie strach. Chwilę potem zadzwoniła przyjaciółka z Podkowy Leśnej, gdzie mieszkam. Pamiętam tylko jej słowa: "Ewa, Ewa, Ewa...". Po chwili chyba zapytała, czy może przyjść. A potem w domu było coraz więcej ludzi.

- Przyjechały moje dzieci, synowie Staszka, rodzice. Nie wiem, kiedy to się stało, bo byłam jakby nieobecna. Dziś wiem, co znaczy określenie "obuchem w głowę". Cios był tak straszny, że początkowo nic nie czułam. Czucie zaczęło wracać po paru tygodniach i było jak wsączanie świadomości w ten szok.

Co się z panią działo potem?

- Tak naprawdę jedynym momentem, który na pewno pamiętam z tego dnia, był telefon do ministra Klicha. Chciałam wiedzieć, czy to naprawdę się stało, zadzwoniłam. Powiedział, że się dowie, oddzwoni. "No, niestety, nie mam dobrych wiadomości - usłyszałam po chwili. - Staszek umarł" - dodał cicho. Mój mózg przeszyło wtedy "umarł". Nie "odszedł", nie "zginął", nie "nie żyje", tylko "umarł". Dla mnie właśnie to słowo oddaje to, co się stało. Niczego nie łagodzi, odzwierciedla prawdę. I dzisiaj też myślę, że w tym wszystkim trzeba trzymać się prawdy.

- Nie można wtedy nie dostrzec, że życie zadaje ból i życie koi. Że życie przynosi cierpienie i życie przynosi szczęście. Nie można więc podjąć decyzji: "Zostanę po stronie cierpienia".

Ale ono było. Choćby wtedy, gdy przyleciały trumny. Nie dała pani po sobie poznać, że to boli.

- Staliśmy na płycie lotniska przez cztery godziny. Było zimno. Potwornie. Dygotałam. Nie wiem, czy z powodu niskiej temperatury, z nerwów czy może z bólu... Stałam tam tak, jak on by stał. Jak żołnierz na warcie honorowej. A kiedy przyszedł czas odjazdu i żołnierze przenosili trumny z katafalków do samochodów, starsi synowie męża poprosili, żeby zrobiono dla nich miejsce. Żołnierze się posunęli, a wtedy Maciek i Karol na własnych ramionach ponieśli trumnę do samochodu.

Trudno było przeżyć pogrzeb?

- Przeżyłam.

Dowiedz się więcej na temat: Ewa Komorowska | wdowa | katastrofa w Smoleńsku

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje