Przejdź na stronę główną Interia.pl

Osłaniaj mnie, biegnę!

Prawniczka i dziennikarz telewizyjny poznali się w walcu. Oboje są muzykalni, więc starają się, by w ich związku nie było żadnych potknięć ani fałszywych nut. Grażyna i Jakub Poradowie.

Grażyna

Moja koleżanka mówiła: "Jeśli chcesz poznać faceta, przypatrz się, jak prowadzi auto. Bo on cię potem będzie tak wiózł przez życie". Kiedy poznałam Kubę, było fatalnie, kosił krawężniki. Na szczęście ja zawsze umiałam świetnie jeździć. Nauczyłam go i dziś on też jest naprawdę dobrym kierowcą.

Reklama

Zakochałam się w nim od razu, od pierwszego przetańczonego wspólnie walca. Nie mogłam nie zauważyć, że jest świetnym tancerzem. Ale na początku naszej znajomości byłam ostrożna. Tak mnie wychowano. Dorastałam bez ojca, zmarł, gdy byłam mała. Wiele zawdzięczam mamie. Pochodzę z porządnej rodziny z tradycjami. Pamiętam, kiedy pierwszy raz zaprosiłam Kubę do siebie do Krosna, musiał się bardzo starać, żeby zrobić dobre wrażenie na moich bliskich. Babcia była nieufna. "Pan studiuje?", pytała. "Proszę pokazać legitymację i indeks". Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy zobaczyła, że ma dobre oceny. Pół roku później braliśmy już ślub. 15 sierpnia 1993 roku, w święto Wniebowzięcia NMP w samo południe podjechaliśmy pod kościół w Krośnie bryczkami.

Byliśmy tak przejęci, że oboje łyknęliśmy po tabletce relanium. Nie wiem, czym się tak denerwowałam. Szłam do ołtarza z właściwym człowiekiem, byłam tego pewna. Ludzie nam gratulowali, może nawet trochę zazdrościli tego zakochania. Mówili: "Zobaczycie, po paru latach miłość minie, ostygnie". Nie minęła. Kochamy się jeszcze bardziej. W tym roku będziemy obchodzili szesnastą rocznicę ślubu.

Mój mąż bywa niespokojny, nadwrażliwy, niepotrzebnie przejmuje się różnymi rzeczami, ja mu wtedy tłumaczę, że nie warto się denerwować, że wszystko będzie dobrze. Chyba odpowiada mi taka rola. Wcześniej spotykałam mężczyzn, którzy nie potrzebowali pomocy. Przy Kubie mogę czuć się silna i potrzebna. Na początku małżeństwa zdarzały się nieporozumienia. Oboje mamy wybuchowe charaktery. Bywało, że błahe rzeczy wytrącały nas z równowagi. Kłóciliśmy się, ale to były kłótnie we włoskim stylu. Kończyły się równie szybko, jak zaczynały. Ja może potrzebowałam trochę więcej czasu, żeby ochłonąć, Kuba zwykle pierwszy wyciągał rękę do zgody. Z czasem nauczyliśmy się dostrzegać nie tylko to, co nas dzieli, ale przede wszystkim to, co nas łączy.

Kubę pochłania telewizja, moja praca prawnika jest spokojniejsza i mniej absorbująca. Wiem, że to ja muszę dopasować się do rytmu jego zajęć, ale mnie to nie przeszkadza. Wszystkie decyzje podejmujemy razem. Raz tylko zrobiłam coś, nie pytając go o zdanie. Odesłałam zamówioną sofę do sklepu, a za zaliczkę 1500 złotych kupiłam psa, czarnego charta afgańskiego, suczkę. Spełniłam swoje marzenie z dzieciństwa. Kuba chyba nie był tym zachwycony. Pies był bardzo przywiązany do mnie, teraz dla odmiany mamy kota, który zdecydowanie faworyzuje Kubę. W naszym życiu było sporo przeprowadzek. Z miasta do miasta, z mieszkania do mieszkania. Kiedy skończyłam prawo, dostałam pracę w Katowicach. Było mi tam dobrze. Kuba po dziennikarstwie właśnie zaczynał karierę w Warszawie. Przez rok mieszkaliśmy oddzielnie. To miało swoje zalety. Jak mi się nie chciało gotować, zamawiałam pizzę, którą zjadałam do spółki z psem. Mąż gorzej znosił rozłąkę. Nie lubi być sam. Wiedziałam, że bardzo tęskni. Porzuciłam więc swoje dotychczasowe życie i przeniosłam się do stolicy. Zamieszkaliśmy w wynajętej kawalerce na Sadybie. Byliśmy biedni, ale szczęśliwi. Kiedyś zrobiłam spaghetti z pomidorami z puszki i oboje się zatruliśmy. Przeleżeliśmy cały dzień w łóżku, oglądając głupie programy w telewizji. Pamiętam, że pękaliśmy ze śmiechu i czuliśmy się bardzo beztrosko.

A potem przyszedł moment wielkiej próby. Straciliśmy pieniądze wpłacone na własne mieszkanie. Wszystko, co mieliśmy. Deweloper zbankrutował. Zostaliśmy z kredytem na dwadzieścia lat i poczuciem beznadziei. Kuba w nerwach palił papierosa za papierosem, ja siedziałam na kanapie i płakałam. I wtedy okazało się, że trudności mnie mobilizują. Zaczęłam działać, biegać po urzędach i jakimś cudem uratowałam sytuację. Nie dość, że odzyskaliśmy naszą wpłatę, to jeszcze wprowadziliśmy się do większego i ładniejszego mieszkania. Trochę trzeba było do niego dołożyć, więc znów musieliśmy oszczędzać. Dużo radości sprawiało mi urządzanie naszego domu. Kuba zwykle akceptuje moje pomysły i daje mi wolną rękę. Nie zna się na remontach, nie umie przybić nawet gwoździa. To ja kupiłam wiertarkę i odpowiednie wiertła. On za to dobrze gotuje, bywa, że przychodzę do domu, a tu kolacja podana. Wymyśla jakieś wspaniałe potrawy, pierożki albo roladki tajskie. Bardzo się cieszy, kiedy mi smakuje. Lubi być chwalony, pochwały go uskrzydlają. Pod tym względem jest jak duże dziecko. Może za rzadko go chwalę, ale szczerze podziwiam jego pracowitość, wytrwałość i rozmaite talenty. Ja mam wykształcenie muzyczne, ale to on potrafi zagrać melodię ze słuchu. Języki obce wchodzą mu przez ucho, z łatwością uczy się sam. Ma mnóstwo zainteresowań, jest ciekawy świata. Moja babcia mówiła: "Lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć", i ja to odnoszę do Kuby. Cokolwiek by się działo, dobrego czy złego, z nim jest ciekawie. Może tylko za bardzo się martwi. Czuje się nadmiernie odpowiedzialny. Świetnie sobie radzi, ale wciąż wymaga od siebie więcej i więcej. Zwłaszcza w pracy. Staram się wyciągać go na różne wyprawy, żeby się trochę zdystansował, odpoczął. Kiedy gdzieś wyjeżdżamy, też jest perfekcyjnie przygotowany, ma szczegółowo opracowaną trasę i rozrysowane mapki.

Czasem muszę go przekonywać, że teraz łatwo o nocleg bez rezerwacji. Nie dowierza, lubi, jak wszystko jest zaplanowane. Ostatnio byliśmy w Egipcie. Uczyliśmy się nurkować. Nawet pod wodą robił mi zdjęcia. Zawsze podróżujemy razem. Tylko raz pojechałam bez niego, na wczasy. Od rana do nocy zasypywał mnie SMS-ami, telefonował. Zgłaszał się do mnie z każdą najdrobniejszą sprawą. Dziś też dzwonił zrozpaczony, że kamyk uderzył w szybę samochodu i zrobił się odprysk. Muszę go uspokajać i tłumaczyć, że to nie koniec świata. Czasem mam tego dość, ale gdybym miała jeszcze raz wybierać, bez wahania wybrałabym Kubę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje