Przejdź na stronę główną Interia.pl

Obrazki z wystawy

"Jestem łysa. Stało się. Jadę po perukę". "Nie przeżywałam utraty piersi tak bardzo jak utraty włosów. Co powiedzą ludzie?". "Fryzjerka goliła mnie maszynką, byłam przerażona, łzy same leciały mi z oczu". Kobiety po chemioterapii cierpią podwójnie. Stają twarzą w twarz z wyniszczającą chorobą, która dodatkowo uderza w ich kobiecość. Mężczyzna bez włosów nie wzbudza żadnych reakcji, łyse kobiety muszą znosić dziesiątki spojrzeń. Nie zawsze życzliwych. Jak sobie z tym radzą? Co czują? Opowiadają bohaterki wystawy Cięcie.

Obrazek 1: Projekt cięcie

Reklama

Czerwiec. Park w Wilanowie, słońce, zieleń. Niespieszne niedzielne popołudnie. Spacerują głównie rodziny z dziećmi, jacyś starsi państwo, którzy wyszli z kościoła, kilka par. - "Zapraszamy na wystawę - zachęcają dziewczyny z Fundacji Psychoonkologii Ogród Nadziei. - Co za wystawa? - Zdjęcia kobiet po mastektomii, które przeszły chemioterapię. Wszystkie bez włosów. - Dziękuję, może innym razem" - zagadnięta kobieta ucieka wzrokiem i szybko odchodzi. - Jedni po prostu wzruszali ramionami i szli dalej, inni udawali, że nie słyszą, młodzi rodzice z dzieciakami starali się omijać wystawę szerokim łukiem. Po co sobie psuć nastrój? - mówi Monika Popowicz, organizatorka wystawy.

Zaproszenia na wernisaż dostało wiele znanych osób, dziennikarzy. Niemal nikt nie przyszedł. Dziwne? - Poruszyłyśmy temat tabu. Niby nic wielkiego, łysa głowa, ale co za nią tak naprawdę stoi? Choroba. Cierpienie. Śmierć. Udajemy, że nas to wszystko nie dotyczy, a już z pewnością nie chcemy się z tym konfrontować w niedzielne popołudnie. Ale byli też tacy, którzy odważyli się obejrzeć zdjęcia i przeczytać dołączone opisy. Pewien starszy mężczyzna przyszedł rano i stał prawie godzinę sam na sam z tymi kobietami ze zdjęć. Niemal bez ruchu. Jakby go zamurowało - wspomina organizatorka. Wystawa robi wrażenie, oswaja temat. Zdjęcia znalazły się w przestrzeni publicznej, tam, gdzie przychodzą ludzie i w sposób naturalny na nie trafiają. Bo te kobiety są wśród nas, ale czują się napiętnowane, brzydkie - mówi Iza Moczarna-Pasiek, autorka zdjęć. - Chciałam im pomóc, pokazać, że łyse też może być piękne. A przede wszystkim, że jest normalne. Bo jest.

Obrazek 2: Kasia

Pojechałam do Warszawy po wyniki badań zupełnie sama. Weszłam do gabinetu: "to jest rak", usłyszałam. Tak po prostu, bez owijana w bawełnę. Szok? Tak. Ale tylko chwilowy. Może to dziwnie zabrzmi, ale rak piersi od paru lat był tematem, który zapalał we mnie jakąś lampkę. Może się szykowałam? Nie wiem. Czytałam książki o raku piersi, interesowałam się ruchem amazonek. Wiedziałam, że to się leczy, że można wyzdrowieć. Więc kiedy usłyszałam, że jestem chora, byłam tak zmobilizowana do walki, że nie czułam strachu. Pojechałam do restauracji, zamówiłam dobre jedzenie, kieliszek białego wina i obdzwoniłam wszystkich, którzy powinni o tym wiedzieć, również ludzi z pracy. Nie bałam się operacji. Utrata włosów przerażała mnie najbardziej. Te włosy! Do końca wierzyłam, że nie wyjdą. Ciekawe, bo przecież nosiłam krótką, chłopięcą fryzurę. Umówiłam się z moją fryzjerką, że dyskretnie na zapleczu ogoli mi głowę. Ale jak tylko zaczęły wychodzić, nie wytrzymałam: pobiegłam do osiedlowego fryzjera. To taki malutki salon, siedziała w nim jedna klientka. I okazało się, że ona też miała raka piersi, też przez to przeszła! Więc kiedy fryzjerka goliła mi głowę, nie miałam oporu. Postanowiłam robić dobrą minę do złej gry. Co robić? - myślałam. W peruce czułam się źle, byłam w niej chora, brzydka. No i nie chciałam ukrywać choroby, peruka to byłoby dla mnie oszukiwanie siebie i świata, że mam włosy. To nie moje włosy. Ale mój syn nie akceptował mnie z łysą głową. Bał się, wychodził z pokoju. Więc nie chciałam go narażać i nosiłam chustki. Za to córka pocieszała mnie, mówiła, że wszystko będzie dobrze, że wyglądam jak Sinéad O'Connor.

Do dziś ludzie mówią mi, że myśleli, że ja tak po prostu chodzę sobie w chustce. Wyglądałam ładnie. A mnie się wydawało, że wszyscy widzą tylko moją łysą głowę. Co się wtedy zmienia? Dziwna rzecz, jakby nagle cały świat składał się z włosów, wszędzie reklamy szamponów, widzę włosy, słyszę o włosach, czytam o włosach. Kłuły mnie w oczy te modelki z długimi lokami. Było mi smutno, trudno. Może dlatego nigdy nie wyszłam z domu z zupełnie łysą gołą głową. Do pewnego stopnia to naturalne - była zima. Ale nie chciałam komentarzy. Aż tyle nie miałam odwagi. No i szanowałam innych, bo nie wiadomo, jaka byłaby ich reakcja, nie chciałam nikogo bulwersować, narzucać się z czymś. Może to zabrzmi paradoksalnie, ale czas choroby wykorzystałam w pełni. W końcu miałam więcej czasu dla siebie. Chodziłam na koncerty, nadrabiałam kulturalne zaległości, spotykałam się ze znajomymi. Myślałam: skoro jestem chora, niech coś dobrego z tego wyniknie. Nie zastanawiałam się, dlaczego to się dzieje, tylko po co. Kryzys przyszedł po trzeciej chemii. Czułam, że kolejnej nie zniosę, już wolę umrzeć. Ale jakoś się wzięłam w garść. Cały czas myślałam o tym, że w wakacje pojadę w moje ukochane góry...

W liceum była konferencja na temat raka. W chustce, pamiętam, takiej czerwonej, pokazałam się młodzieży. Spytałam córkę, czy nie ma nic przeciwko temu - w końcu chodzi do tej szkoły. Pełna sala i ja w tej chustce, chora na raka. Pokazałam im, że można jakoś funkcjonować nawet z rakiem. Ważny dzień. Ta choroba to w ogóle ciąg ważnych dni. Ogoliłam głowę 4 grudnia. Chustkę zdjęłam z głowy 4 czerwca. Dokładnie pół roku później, w moje czterdzieste urodziny. Dzień wyzwolenia. 22 października, w rocznicę operacji, zaprosiłam wszystkich, którzy mnie wspierali przez rok: moją mamę, siostry, przyjaciółki. Dla każdej miałam list z podziękowaniem - pisałam je kilka tygodni, by znaleźć właściwe słowa. Był tort, szampan. Mówią mi: a tam, zapomnij, co było, to było. A ja nie chcę zapomnieć. Kiedyś mówiłam, że przez chorobę nie mogę tego czy tamtego. Teraz mówię, że dzięki chorobie poznałam nowych ludzi, uporządkowało mi się życie. Rak uświadomił mi, że życie to nie jest próba generalna. Nie odkładam ważnych rzeczy na później, szkoda mi czasu na kłótnie, stępiły mi się kanty - śmieję się. Dobrze mi ze sobą.

Obrazek 3: Bogusia

Zgodziłam się wziąć udział w wystawie, żeby jakoś pomóc chorym i ich bliskim, którzy nie wiedzą, co robić, jak się zachowywać, jak ich wspierać. Sama spotkałam się z taką pomocą, więc chcę się tym dzielić. Dla mnie rak piersi był dniem powszednim. Pracowałam w służbie zdrowia, robiłam mammografie, spotykałam chore kobiety. Ale nigdy nie przypuszczałam, że będzie mnie to dotyczyć w inny sposób. To był szok. Skończyłam właśnie studia z wyróżnieniem, czułam się doceniona. Dostałam propozycję pracy, byłam zadowolona, że coś się zmieni, zacznę więcej zarabiać, że otwierają się przede mną jakieś drzwi. Odchodząc z pracy, pierwszy raz zrobiłam sobie mammografię. Zdjęcia wrzuciłam do koperty. Zajrzałam do nich dużo później. Zaczęły się badania, biopsje. Tuż przed świętami lekarz odczytał mi wynik. Rak. Jakbym dostała cios między oczy, jakby ktoś chciał mi wszystko zabrać. Lekarz przedstawił, co mnie czeka: operacja, radioterapia, leczenie hormonalne. Zatrzymać miesiączkowanie? Ja nie chcę! Niesamowite, jak człowiek jest przyzwyczajony do normalności. Z młodej kobiety chcecie zrobić staruszkę? Ale trzeba było się pozbierać.

Pierwsza operacja - usunęli sam guzek, ale znaleźli inne. Czekałam na wyniki, Sylwestra spędziłam w szpitalu. Wieloogniskowy rak. Chciałam, żeby ta operacja była już. Zaczęłam patrzeć na swoją pierś jak na wroga, śmiałam się nawet, że zaraz wezmę nóż i sama sobie tę pierś obetnę. Patrzyłam na kawałek swojego ciała ze świadomością, że tam jest coś, co mnie może zabić. Nie chciałam nikogo widzieć. Poszłam do pielęgniarek: jutro mam zabieg, chcę być sama ze sobą. Dały mi jednoosobowy pokój. Pomogły mi. Usłyszałam, że po pierwszej chemii stracę włosy. A ja jeszcze po drugiej miałam wszystkie. Poszłam się uczesać do fryzjerki, a ona pyta: To się opłaca coś z nimi robić? Przecież i tak wypadną. Ala ja dzisiaj mam włosy, dzisiaj chcę ładnie wyglądać. Nikt nie chce zwracać na siebie uwagi obcych ludzi, ale z łysą głową to się nie udaje. Ludzie nie wiedzą, czy udawać, że nie widzą, że jesteś chora, czy o to pytać, więc wolą unikać. To bardzo oddala. Pamiętam to czekanie. To już dziś? Wypadną od razu? Jak? Wracałam do domu, wiał silny wiatr. Panicznie się bałam, że mi włosy zdmuchnie z głowy... Niby to wszystko jest na chwilę, bo włosy odrastają, ale kiedy ich nie ma, wrażenie jest okropne. W lustrze z piętnaście lat starsza twarz, podkrążone oczy, łysina. To mam być ja? Nosiłam perukę. Ale kiedyś trzeba ją ściągać.

Pokazanie się ludziom z łysą głową pierwszy raz to jest trauma. Umówiłam się z przyjaciółką w restauracji, wypiłam drinka. I na trzy cztery zdjęłam perukę, wyszłam na rynek. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Kupiłam sobie duże kolczyki, chusty. Po ostatniej chemii ogoliłam włosy, a właściwie szary, matowy puch. Zaczęłam swój wizerunek dopasowywać do tego, jak wyglądam. Poczułam jakieś uwolnienie. Przypomniałam sobie mnichów buddyjskich - goła głowa jest symbolem duchowości. Więc kiedy było mi źle, wkładałam ulubioną białą, lnianą koszulę, kolczyki, szal i czułam się trochę tak jak oni. Związana z naturą, całym światem. Nie pracowałam, dużo czasu spędzałam sama. Musiałam przerobić strach przed śmiercią. Śmierć zwykle dotyczy innych. A tu - to mogę być ja. Zaraz. Co to znaczy: mnie nie ma? Życie się toczy? Budziłam się zlana potem. Bałam się. Zaczęłam sobie wyobrażać siebie leżącą w trumnie, nagrobek, zdjęcie. Oswoiłam śmierć. Od tej chwili śpię spokojnie. Pragnęłam normalnie żyć, spotykać się z ludźmi jak dawniej, nie być na bocznym torze. Ludzie są ważni.

Dwa dni po tym, kiedy się dowiedziałam, że jestem chora, spotkałam na ulicy znajomą, której nie widziałam całe lata. - "Co, Bogusia, taka jesteś nie w humorze? - spytała. - A jaka mam być? Mam raka". Na to ona mocno mnie przytuliła i mówi: "Nie martw się, ja jestem po operacji już tyle lat. Żyję, jestem szczęśliwa. Wyjdziesz z tego". Bardzo mi pomogła. Zapominamy o takich prostych odruchach: wziąć kogoś za rękę, przytulić, pogłaskać, pozwolić mu się wypłakać, wygadać, przyjść z talerzem zupy: "Masz, ugotowałam ci coś pysznego".

W chorobie życie sprowadza się do samego sedna. Jest też wielka samotność, lęk. Nie ma włosów, rzęs, brwi, skóra żółknie, idzie się ulicą, patrzy na innych - po prostu się od nich odstaje, zupełnie nie pasuje do tego tempa. Ale czuje się też przymus: jestem kobietą, powinnam jakoś wyglądać. Kobieta nie może być łysa, gruba, musi się pięknie uśmiechać. Zadaję sobie pytanie: dlaczego tak ważna jest atrakcyjność fizyczna, przecież bez względu na to, jak się zmienię, to będę ja. Choroba jest sprawdzianem więzi łączących nas z ludźmi. Będą takie, które się wzmocnią, wiele umrze, ale w ich miejscu powstaną nowe. Trzeba się tylko otworzyć.

Tekst Tatiana Cichocka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje