Przejdź na stronę główną Interia.pl

Niech tylko poprawi się pogoda

Ta walka często jest nierówna, jednak warto ją podjąć, oswoić żartem, rozbroić, zaakceptować chorobę. I czekać na wygraną.

Barbara Falandysz - prawniczka, żona zmarłego w 2003 r. prof. Lecha Falandysza, matka czwórki dzieci. Skończyła 52 lata. Przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia dowiedziała się, że ma raka.

Kiedy w czerwcu ubiegłego roku Fryta, najmłodsza córka, wróciła ze Stanów i dostała się na prawo na UW, poszłam na cmentarz do męża i powiedziałam: "Zadanie wykonane". Gdy mąż zmarł, dzieci wymagały jeszcze opieki, najstarsza Wiktoria nie skończyła 18 lat, Fryta miała zaledwie 9. Cały czas powtarzałam mu, że dam sobie radę. I obietnicy dotrzymałam. Starsza trójka jest już poza domem - skończyli studia, pracują, przy mnie została tylko najmłodsza. Każde zdało amerykańską maturę, bo udało mi się ich wysłać na wymianę rotariańską do Stanów. Ktoś na moim miejscu mógłby sobie pomyśleć: "No, teraz, Baśka, wreszcie przyszedł czas, żebyś zajęła się sobą, odpoczęła".

Reklama

Ale jako prawnik zapytam: "Na podstawie jakiego aktu prawnego miałabym wyciągnąć taki wniosek?". I dodam powiedzenie przypisywane Władysławowi Gomułce: "Niczego nie obiecywaliśmy i słowa dotrzymaliśmy". W sierpniu ubiegłego roku moja wnuczka Basia wspinała się po mnie i nacisnęła mi na pierś, tak dziwnie zabolało. W listopadzie ta pierś zaczęła puchnąć, wiedziałam, że muszę pójść do lekarza. Przed świętami zdecydowałam, że chcę zakończyć złe sprawy w starym roku i tak zrobiłam. Trochę się łudziłam, że to jakiś tłuszczak, ale kiedy poszłam na usg., to zaskoczenia nie było. Prawdę mówiąc, podejrzewałam, że to rak.

Gdy usłyszałam diagnozę, poczułam wręcz ulgę, bo wiedziałam, że w końcu coś mnie dopadnie - zawał albo wylew. Jestem silna, odporna, ale od śmierci męża za dużo było na mojej głowie, a ostatnie dwa lata były wyjątkowo koszmarne. Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie. Dzieciom przez dwa tygodnie nic nie powiedziałam. Czekałam na dobry moment, to znaczy na taki, który będzie najmniej zły. Przez ten czas nawet powieka mi nie drgnęła. Dyskrecja jest dla mnie czymś naturalnym, bo w pracy stykam się z takimi sytuacjami, że włos się jeży na głowie, o których nie wolno nikomu powiedzieć. Przy okazji też człowiek w pewnym momencie przestaje się martwić: "Cholera, moje problemy w porównaniu z ich to nic". Taka automatyczna gradacja.

Nigdy nie myślałam, że rak to coś najgorszego, co może mi się przytrafić. Zdecydowałam, że powiem rodzinie po Wigilii. Po północy nalałam im trochę alkoholu, było wesoło i kiedy poczułam się zmęczona, oznajmiłam: "Mam raka". Zamurowało ich. A ja spokojnie kontynuowałam: "Damy radę, bywało gorzej. Trzeba się przygotować, bo to dotyczy nas wszystkich". No i od tej pory wszystko poszło szybko. Miałam biopsję, która potwierdziła diagnozę, zaraz potem znalazłam się w fantastycznych rękach doktor Elżbiety Stachlewskiej. 4 stycznia odbyła się operacja, a następnego dnia wyszłam do domu. Minęły dwa tygodnie i fizycznie nic mi nie dolegało. Spadł śnieg, to odśnieżyłam. Jak zawsze.

Teraz rozpoczął się proces leczenia, jestem po pierwszej chemii. W zasadzie czuję się nieźle, niby dobrzeję, jednak nie do końca. Mam włosy, ale wiem, że to kwestia dni i wypadną. To nie jest ważne, dużo gorsza jest świadomość tej wędrującej po moim organizmie chemii, która działa w różnych miejscach. Nie chce mi się wierzyć, że to zostaje bez śladu. Dzisiaj moje samopoczucie przypomina mieszankę ciężkiego kaca, grypy i stanu przedzawałowego. Czasem gdy idę, to zapiera mnie coś w klatce, tak jakbym miała zemdleć. Wściekam się na te objawy. Zauważyłam, że moja wyobraźnia gorzej pracuje. Akurat robię drobny remont w kuchni, kiedyś każdą decyzję podejmowałam błyskawicznie, teraz muszę się zatrzymać, zastanowić, gdzie co przesunąć. Nie jestem do tego przyzwyczajona.

Niedawno dzieci mnie zapytały: "Kiedy ty, mamo, ostatnio chorowałaś?". Zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać i wyszło, że nikt tego nie pamięta. Bo ja się nikomu nie kojarzę z chorobą. Dlatego też powiedziałam o raku w telewizji. Żeby uzmysłowić wszystkim, że nie ma ludzi niezniszczalnych. To był także sygnał dla osób, które mają do mnie różne sprawy, żeby dały mi spokój. Nie potrafi ę być asertywna. Teraz mogę z czystym sumieniem odpowiedzieć: "Przykro mi, nie zajmę się tym, bo mam raka". Nie mam zamiaru nikogo tym dołować, nie składam też oświadczenia: "Wygram z rakiem", bo nie wiem, czy wygram. Śmieszy mnie, że ludzie nie chcą słyszeć złych wiadomości, tak jakby mówienie o przykrych rzeczach miało siłę sprawczą. Wiele osób rozumie myślenie pozytywne jak zaklinanie rzeczywistości: "Będzie dobrze".

Z drugiej strony zakładanie z góry, że się nie uda, też jest niszczące. Ja mam takie filozoficzne podejście, że niczego nie warto za bardzo chcieć. Jako prawnik uważam, że trzeba rozważać też najgorszy wariant. Dlatego po śmierci męża od pierwszego dnia realizowałam taki scenariusz, jakby jutro wszystko miało się zawalić. Na początek przeanalizowałam, co mogłoby uniemożliwić realizację moich planów - wyszło mi, że kredyt. Przez jakiś czas szarpałam się, ale uznałam, że nie jestem w stanie funkcjonować z miesięcznym obciążeniem 6 tys. zł, bo w końcu zwariuję. Przeprowadziłam się do mniejszego mieszkania. Uporządkowałam wszystkie sprawy finansowe, nie mam długów, nie muszę pisać testamentu, bo dzieci są ustawowo zabezpieczone. Jestem spokojna i moja choroba tego nie zmieniła.

To brzmi makabrycznie, ale z uśmiechem na ustach przygotowywałam się do własnej śmierci. Świadomość, że w każdej chwili coś może mi się przytrafi ć, dawała mi dużego kopa do działania. Szłam jak czołg. Co prawda liczyłam, że po sprzedaży domu zostanie na cztery kawalerki, a ledwo starczyło na dwie, potem udało mi się kupić trzecią, została mi tylko kawalerka dla Fryty, bo poczucie sprawiedliwości każe mi ją wyposażyć podobnie. Ta kawalerka jest dla mnie ważna z wielu powodów. Uważam to za symboliczne zakończenie procesu wychowawczego, odcięcie pępowiny. Sama po śmierci ojca zostałam z kawalerką i najniższą z możliwych rent. Opłaty okazały się na tyle niskie, że byłam w stanie ją utrzymać. Szybko nauczyłam się wielu potrzebnych rzeczy - porządku, oszczędzania. Zawsze miałam ściśle wyliczone, ile mogę wydać na szaleństwa.

W tej chwili nie pracuję, żyję skromnie, ale daję radę. Plany krok po kroku realizowałam, ale jak już mówiłam, ostatnie dwa lata kosztowały mnie zbyt wiele. Fryta poleciała do Stanów, a do mojego domu przyjechała na wymianę koszmarna Brazylijka. Przeżyłam z nią prawdziwy horror - alkohol, dopalacze, trzeba ją było z chłopaków ściągać. W tym czasie dowiedziałam się, że moja średnia córka Tosia będzie mamą. Półtora roku temu urodziła się wnuczka Basia, Tosia w połogu siadła do książek, bo trzy dni po porodzie miała egzamin na aplikację, więc ja zajęłam się dzieckiem. Zamieszkały we dwie u mnie, bo ktoś musiał zostawać z Basią, gdy Tosia szła do pracy, i wyszło na to, że w mieszkaniu, które było przewidziane dla dwojga, nagle musi się zmieścić czworo. Tata Basi przychodził regularnie, chociaż zaczęło się między nim a Tosią psuć. Już byłam zmęczona, rozedrgana.

Gdy Fryta wróciła ze Stanów, cieszyłam się, ale nie tak, jak powinnam. Czułam, że dochodzę do ściany. Przez rok byłam samotną babką karmiącą, dyspozycyjną przez 24 godziny na dobę. Miałam być w dzień, a Tosia w nocy, ale okazało się, że kiedy ona się budziła, to potem nie mogła zasnąć i w pracy, niewyspana, do niczego się nie nadawała. Ja też nie byłam w dobrej formie po paru pobudkach, w końcu mam 52 lata, ale nikt się tak dobrze nie zaopiekuje dzieckiem jak ja. Przecież wychowałam czwórkę, żadne nie ma alergii, chorowały może z pięć razy w życiu. Tosia z Basią nadal mieszkają ze mną. Mała poszła do żłobka, często choruje, a ja na gwałt muszę ją odizolować od siebie. Stąd remont - istnieje zagrożenie, że zamiast wyleczyć się z raka, umrę na świnkę, którą mała przyniesie ze żłobka, bo mój organizm będzie bezbronny.

Dzieci traktują moją chorobę z powagą. Czasami się nad nimi trochę znęcam i przypominam: "Bo ja mam raka", a oni wtedy: "Mamo, przestań". Mam takie tragikomiczne poczucie humoru, podobnie jak mąż. Kiedy zachorował, wybuchła łódzka afera z "handlem skórami". Pamiętam, że ktoś do niego zadzwonił do szpitala, a on spokojnie powiedział: "No, leżę tutaj jako skóra". Nie upieram się, że rodzaj tych dowcipów jest wyrafinowany. Może to jakiś sposób na poradzenie sobie z sytuacją? Śmierć można próbować oswoić. W mojej rodzinie ciągle ktoś umierał. Ojciec zmarł na raka mózgu w wieku 55 lat. Wcześniej potrafił rozmawiać z pięcioma osobami na pięć różnych tematów, a w trakcie choroby brakowało mu słów, aby wyrazić najprostszą myśl. Prosił Boga, żeby to jak najkrócej trwało. W takiej sytuacji pojawia się pytanie, czy życie za wszelką cenę jest wartością.

Ja się śmierci nie boję. Nie to, że chcę umierać, ale tyle się napatrzyłam. To się przydarza. Zapowiedziałam dzieciom, że jeśli się okaże, że mam tych raków więcej w środku, to nie chcę chemii, bo ona mi nie pomoże, tylko zadręczy. W takiej sytuacji wolę skupić się na terapii przeciwbólowej. Dla mnie podstawowym elementem zawsze przywracającym mi humor i siły była ciężka praca fizyczna, po której od razu widać efekt: kopanie, rąbanie drewna, koszenie. Jestem potem ledwo żywa, wypijam trzy piwa, idę spać i mogę od rana góry przenosić. Jeśli będę leżeć i wsłuchiwać się w swój organizm, to kiedy zaboli mnie brzuch, natychmiast dojdę do wniosku, że mam przerzut. Natomiast gdy będę zajęta, pomyślę: "Jasne, przecież wczoraj jadłam fasolkę po bretońsku". Trzeba mieć jakiś cel. Moim jest pozbycie się dwóch gałęzi, które mnie denerwują, bo okna są zasłonięte liśćmi. Stanę na głowie, ale je urąbię. Niech tylko poprawi się pogoda.

Dowiedz się więcej na temat: walka z chorobą

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje