Przejdź na stronę główną Interia.pl

Niech mówią, co chcą

Cała Polska tym żyła, kiedy Andrzej Łapicki w wieku 85 lat ożenił się z młodszą od siebie o 60 lat kobietą. Rok po ślubie państwo Łapiccy są tak szczęśliwi, że złośliwe komentarze już tylko ich bawią.

*Wypowiedzi z czerwca 2010 roku

Kamila

Reklama

Z dnia na dzień po ślubie z Andrzejem przestałam być anonimowa, przed naszym domem non stop koczowało kilku paparazzich. Prosiłam: „Proszę pana, może pan dać nam spokój?”. Teraz już nie rozmawiam i nigdy nie „ustawiam się” do zdjęć mimo licznych, czasami zabawnych, propozycji, np. żebym zadzwoniła, jak będę kupowała bieliznę albo kiedy zaplanuję romantyczny spacer w Łazienkach. Na pytania dotyczące życia prywatnego odpowiadam dość eufemistycznie: w moim małżeństwie niczego nie brakuje.

Nie bylibyśmy razem, gdybyśmy się sobie nie podobali. Andrzej jest atrakcyjny jako człowiek, zarówno pod względem intelektualnym, jak i fizycznym, bo jest aktywny, zadbany. Nasze życie jest uczciwe i szczęśliwe, więc różne spekulacje już tylko mnie śmieszą. Nie budzę się rano i nie zastanawiam, jaka różnica wieku nas dzieli.

Ale też pamiętam sytuację, kiedy szukałam zdjęć męża do jakiegoś artykułu i przeglądałam domowe albumy. Zobaczyłam fotografie z początku jego pracy w teatrze, z wakacji z żoną i przyjaciółmi: Tadeuszem Konwickim, Adamem Hanuszkiewiczem, Gustawem Holoubkiem, i poczułam się jak kosmita. „To nie jest mój świat, tyle nas dzieli”, pomyślałam. Nie chodzi o to, że on się do kogoś uśmiecha, przytula. Nagle odkryłam człowieka z krwi i kości, a dla mnie Andrzej z czasów przed naszym poznaniem był ikoną. Kiedy studiowałam wiedzę o teatrze, widywałam go na korytarzu uczelni, ale nigdy nie zamieniliśmy słowa. Nawet mu się nie kłaniałam.

Do dzisiaj mi wypomina, że zachowywałam się niegrzecznie, a ja nie chciałam zawracać mu głowy swoją osobą. Na czwartym roku studiów udało mi się dostać pracę w miesięczniku „Teatr”. Andrzej od lat pisywał do niego felietony, a ponieważ nie używał ani komputera, ani maszyny do pisania, do moich obowiązków należało przepisywanie. Wpadał do redakcji raz w miesiącu, zazwyczaj około dziewiątej, o tej porze zwykle siedziałam sama. Był miły, ale choć za każdym razem proponowałam mu herbatę, zawsze odmawiał i nawet przyszło mi do głowy, że być może mojego towarzystwa nie uważa za wystarczająco dobre.

Z czasem stał się jednak bardziej otwarty, zagadywał mnie, nawet w lekko kokieteryjny sposób: „A nie boi się pani tutaj siedzieć tak sama?”. Później zwierzył mi się, że przychodził, kiedy wiedział, że jestem w redakcji – wcześniej dzwonił i sprawdzał: jeśli odbierał mój kolega, odkładał słuchawkę.

Z kolei ja dzwoniłam do Andrzeja, kiedy nie mogłam czegoś odczytać z rękopisu, potem coraz częściej tylko udawałam, że nie mogę odczytać. Wybierałam jakiś fragment czy nazwisko aktora i wiedziałam, że Andrzej chętnie opowie mi coś więcej na ten temat. Kiedyś odważyłam się i napisałam SMS, że przysłał świetny felieton. Od tej pory esemesowaliśmy ze sobą kilka razy dziennie, to były dość banalne rzeczy w rodzaju: „Miłego dnia”, „Co słychać?”. Niby nic, a jednak. Po miesiącu, to było w lutym 2009 roku, zapytałam go, czy nie wybrałby się ze mną do Teatru Narodowego na premierę „Lekkomyślnej siostry” Włodzimierza Perzyńskiego w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Oddzwonił trochę niezadowolony, bo okazało się, że go uprzedziłam, też chciał mnie zaprosić do teatru i to dokładnie na to samo przedstawienie.

Przed pierwszym wspólnym wyjściem postanowiliśmy, że spotkamy się prywatnie. Andrzej zaproponował kawiarnię Bliklego, w której zwykle się umawia, a ja rzuciłam: "Może lepiej będzie w jakimś spokojniejszym miejscu?". Spotkaliśmy się u niego w domu. Nie miałam pojęcia, że nikt go wcześniej nie odwiedzał, dom to było święte miejsce, tylko dla rodziny. Dziś się z tego śmiejemy, bo kiedy weszłam do środka, rozejrzałam się i rzuciłam: "Ładnie tutaj, sam mieszkasz?".

Cały czas wysyłaliśmy do siebie podświadome, ale czytelne sygnały. Potem usiedliśmy naprzeciwko siebie. Andrzej powiedział, że minęło pięć lat od śmierci jego żony, czuje się samotny i myśli o poważnym związku. Zapytał, co o tym sądzę. Ledwie mogłam oddychać. To było nasze pierwsze prywatne spotkanie, ciągle miałam przed oczami pana Łapickiego - profesora, rektora i dyrektora. A on poszedł do swojej garderoby i przyniósł zawiniątko: "Miałem dać ci w teatrze, ale bałem się, że się przestraszysz, więc zrobię to teraz". To był pierścionek, srebro z bursztynem. Byłam tak oszołomiona, że w ogóle nie rozumiałam, co do mnie mówi. Pierścionek był śliczny, ale za duży. Teraz nosi go teściowa, czyli moja mama. Wyszliśmy do teatru, a później wybraliśmy się na pierwszą w życiu wspólną kolację - do "Kucharzy". Wszystko, co się wtedy wydarzyło, było niezwykłe.

Jestem racjonalistką, a Andrzej to poważny i odpowiedzialny mężczyzna i nie żartował. Wiedziałam, że jeśli się zdecyduję, to wyjdę za niego za mąż. Żaden romans, jakieś układy nie wchodziły w grę. Nie mogło być tak, że będziemy tylko się spotykać i chodzić razem do teatru. Zapytałam mamę i Marysię, najlepszą przyjaciółkę, co one by zrobiły na moim miejscu, ale i tak od początku wiedziałam, że się zgodzę. Właśnie minął rok od naszego ślubu i to był najdziwniejszy i zarazem najpiękniejszy okres w moim życiu. Nie wiedziałam, że taka miłość istnieje, że drugi człowiek może tak bezwarunkowo kochać, być takim oparciem, że można czuć się tak bezpiecznie.

Jednak docieraliśmy się długo, bo jesteśmy różnymi ludźmi. Ja lubię wstać wcześnie - piąta, szósta rano. Andrzej budził się o ósmej i zaczynał dzień powoli, gosposia przynosiła mu gazety. Teraz przestawił się na mój rytm, kiedy on idzie do łazienki, ja wsiadam na rowerek stacjonarny - to pierwszy prezent od Andrzeja - szykuję śniadanie, itd. Wszystko mamy poukładane. Zakupy zamawiamy przez Internet, pranie oddajemy do pralni, a na obiady chodzimy do restauracji, bo mąż jest osobą, która nie toleruje w domu pralki i zapachów z kuchni. Na początku uważałam to za luksus, ale ponieważ dla niego było to normalne, więc przywykłam i przyznam, że mi z tym wygodnie.

Mąż żartuje, że cierpię na ADHD i pracoholizm, ale równowaga jest zachowana, bo on jest zdystansowanym do wszystkiego człowiekiem, który już nic nie musi. Tym bardziej mnie zaskakuje, ile ma w sobie energii. I choć wiele rzeczy już przedtem robił sto razy, jest gotowy dla mnie zrobić to po raz sto pierwszy.

Czytaj dalej na następnej stronie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje